środa, 30 maja 2012

Piękno

Nigdy nie sądziłem, że rykoszetem i mnie Ktoś tak miło "wyzwie" ;) od Pięknych Dusz... Głupio się czuję z takim określeniem, skorom nie tak całkiem młody, ex-heteryk gej, samotny, bez dorobku... Wy zaś macie piękne dusze, serca i umysły przeto jesteście piękni, bo widzę w Was prawdziwą miłość w różnych stadiach i postaciach, tyle wzlotów i upadków, a każdy na swój sposób piękny...

Czym jest piękno? Jakimś stanem, zmianą, a może porównaniem? Czy ma skalę i wzorzec? Czy piękno ma granice oraz kiedy przeplata się z brzydotą? Czy jest obiektywne? Czy podlega demokratycznemu głosowaniu? Czy zmienia się wraz ze stuleciami?

Czasem zamiast do Warszawy trafiam do Lwowa, tym razem trafiłem na film Piękno (oryg. Skoonheid). Za streszczeniami i trejlerami odsyłam do internetu. Pomimo dwóch kontrowersyjnych scen, myślę, że warto go zobaczyć. Czy ktoś oglądał ten film i chciałby go skomentować?

Główny bohater ma żonę, dwie córki, prowadzi przykładne życie. Ale jest homoseksualistą. Swoje praktyki seksualne ogranicza do jednej ukrytej formy. Może i w tym nie byłoby nic złego (nie zaglądajmy ludziom do łóżek), gdyby nie krzywdził tym swojej rodziny i gdyby nie skrzywdził (bardzo) jeszcze jednej osoby... Poza przestępstwami, nie oceniam cudzych żyć, więc i takiego podwójnego (jawnie hetero- + skrycie homoseksualnego) życia głównego bohatera nie będę oceniać.

Ustalmy więc, że zboczenie, wynaturzenie, nieprzyzwoitość i krzywdzenie ludzi są niezależne od orientacji seksualnej. Zboczony może być heteryk, zboczony może być gej. Skoncentrowanie prawdziwej seksualności na takich, a nie innych praktykach, występuje w każdej orientacji. I niestety wyrządzone zło też nie ma jednego imienia.

Film przypomina mi, że niedawno ja dokonałem wyboru, że nie chcę więcej spychać mojej orientacji na zupełny margines mojego życia, tak jakby jej nie było, a jakbym ja był hetero- albo aseksualny. Orientacja seksualna nie jest najważniejsza w życiu, ale istotne i ważne jest, w jaki sposób ją realizujemy (a nie realizując w żaden, żebyśmy nigdy nie wybuchli w groźny dla siebie i otoczenia sposób).

Wiem jedno: ja tak nie chcę i nie będę żyć, jak główny bohater filmu.

Ja nie będę miał żony ani z nią dzieci, bo będąc gejem z tego tytułu nie zapewnię żonie tego, czego i kogo ona potrzebuje, ani ona nie zapewni mi, kogo i czego ja potrzebuję. Na układy wieloosobowe nie idę. Takie udawanie społecznych oczekiwań przy zaspokajaniu potrzeb na boku --- skrzywdzi na pewno mnie i prawdopodobnie moją rodzinę. Prawidłowe wypełnianie ról społecznych (męża, ojca) jest w takim przypadku niemożliwe (tak, wiem, także nie wszystkie związki różnopłciowe się układają jak powinny, ale różnopłciowe mają tę jedną płaszczyznę problemów mniej).

Nie będę też spychać mojego dorosłego życia erotycznego (...ha ha ha, jakbym naprawdę jakieś miał...) do form dla mnie wynaturzonych, w formie pokazanych na filmie potajemnych zbiorowych schadzek z nieco przygodnymi partnerami tylko do seksu. Ależ oczywiście, że każdy do takich ma prawo, jeśli tylko nikogo innego tym nie krzywdzi. Ja tak nie chcę i nie muszę się z tego tłumaczyć.

I nie zgadzam się z tym, że mój własny Kościół katolicki ustami i piórami swoich polskich i światowych publicystów i kapłanów twierdzi, że tak właśnie wygląda życie homoseksualistów --- nieuporządkowane, egoistyczne, ograniczone do ryzykownego seksu z dużą liczba partnerów chociażby naraz --- bo tak być nie musi i najczęściej nie jest. Zostawmy jednak mój Kościół w spokoju, bo nie tylko ta instytucja religijna podtrzymuje takie nieprawdziwe teorie.

Odnoszę wrażenie, że „krytycy” homoseksualizmu (a od kiedy z prawdą się polemizuje?) chcieliby nas zepchnąć właśnie do takiego wynaturzonego podziemia, bo tak najłatwiej się nas pozbyć i przy okazji uzasadnić wszelką dyskryminację.

Pozwólcie normalnie żyć, gdy będziecie w polskim Sejmie odrzucać ustawę o związkach partnerskich... (a propos, mój polski krewny podziwia Węgry za tradycyjne społeczeństwo zwrócone przeciwko zboczeńcom... jak dobrze, że choć tam żyją normalni ludzie...).

Wymowna jest dla mnie scena, gdy główny bohater Piękna obserwuje parę młodych mężczyzn, najwyraźniej zakochanych w sobie. Uczucie, którego on wobec mężczyzny nigdy poznać nie mógł. Dwa światy, jego i ich. Brzydota i piękno (czymże innym jest dwoje zakochanych w sobie ludzi?). Tym właśnie różni się samozaprzeczenie i "leczenie" homoseksualizmu (to pierwsze sam przecież przeżyłem) od jego zaakceptowania jako normalnego.

Ja to już rozumiem, już wiem. Przepraszam, Panie Boże, że nie dotarłem do tego wcześniej. Być może tak właśnie miało być. Że nie stałem się głównym bohaterem filmu, ani jego potajemnym kolegą, ani ofiarą. Miało tak być, że jestem przeciętnym gejem, no, może który zaskoczył trochę późno...

Moja dusza w trakcie tej drugiej kontrowersyjnej sceny krwawiła, ale tym razem powstrzymałem oczy od łez. Co musi czuć ofiara w trakcie zadawania bólu fizycznego i psychicznego, tego wyobrazić sobie w pełni nie potrafię ani nawet nie chcę :( Dopiero po kilkunastu minutach od wyjścia z sali kinowej ochłonąłem i przestałem myśleć, co się stało z ofiarą i jak się otrząsnęła z tego; uświadamiając sobie, że przecież to był tylko film...

Piękno...

Zależy od nas samych. Czy je dostrzegamy i chcemy rozwijać: w innych, w sobie...



Ralph Vaughan Williams, Fantazja na motywie Thomasa Tallisa, skomp. 1910
wykonanie: New Conservatory of Dallas' Next Generation Orchestra, 2011
zdjęcia: San Jua, Kolorado, USA
(polecam włączyć rozdzielczość HD)

niedziela, 27 maja 2012

Zimne jaja

Uczyła, że życie jest piękne, że powinniśmy być człowiekiem, powinniśmy umieć patrzeć i widzieć. Uczyła, jak kochać i szanować ludzi, jak patrzeć na świat. Moja Mama... Brakuje mi Jej od pięciu lat... Nie zdążyłem Jej przeprosić, za to jak niedoskonałym byłem synem, ani podziękować, jak dobrą była Matką... Już nie podzielę się z Nią radościami i smutkami mojego życia, nie wysłucham jej mądrych lub denerwująco szczerych rad... Nie powiem jej, że jestem gejem. Nie przedstawię jej mojego faceta. Nie zapytam, co sądzi na jakiś temat. Nie zaproszę na wspólny niedzielny obiad. Nie usłyszę wsparcia, gdy zasmuci świat. Nie zapytam, dlaczego na odchodne powiedziała mi, że zawsze chciała, żebym był zdrowy... Czy to tylko przejaw matczynej troski, czy jednak wiedziała o moim homoseksualizmie? Tego (w najbliższym czasie) się nie dowiem... Choć wierzę i czasem czuję, że teraz czuwa nade mną i dodaje sił...

Usłyszałem dziś, że kościoły na zachodzie stoczyły się na psy, że ludzie tam porzucili tradycyjne wartości, że gejom i lesbijkom pozwalają się kochać i zawierać małżeństwa, że to zboczenie, że odbierają siłą dzieci, a inne mają tam teraz po sześcioro rodziców, że biskupi też błądzą, że lobby pedałów. Usłyszałem wszystko, co tylko złego możliwe, na rząd, Tuska, Komorowskiego, zdrajców, Euro, drogi, szkoły, biedę, studentów, media, katastrofę smoleńską, Rosjan... Że dobry jest Rydzyk, TV Trwam, Radio Maryja, Gazeta Polska, Pośpieszalski. Że manifestacje, że koncesja na multipleks, że tradycja, że prawdziwe wartości...

Co z tego, że niektórzy mnie geja mogliby nazwać dobrym chrześcijaninem, choć nie mam zasług. Co z tego, że słuchałem takich rzeczy od ludzi na poziomie, wykształconych, prowadzących własne biznesy, obecnych w środowisku akademickim, w jakimś sensie od elity Narodu... Co z tego, że warto rozmawiać, skoro najpierw trzeba w ogóle rozmawiać...

Znów musiałem się tłumaczyć z braku dziewczyny, dlaczego przyczyna chudnięcia nie ma imienia. Znów musiałem kłamać, bo jak nie kłamać, gdy moment wcześniej spłynął taki jad... Jak powiedzieć, że nie gustuję w żeńskich imionach... A tak bym chciał powiedzieć prawdę, co myślę, co czuję... To nie byłoby jednak rozsądne, wciąż racjonalne myślenie bierze u mnie górę, choć to nie łatwe...

Ja wiem, że wysłuchałem skrajnie nienawistnych poglądów, które w gruncie rzeczy są wypaczeniem chrześcijańskiego szacunku dla człowieka, że to Oni mają problem, a nie ja. Ja jestem asertywny, ale też cierpliwy i otwarty na ludzi. Wiem, że nie musiałem ani nie muszę tego słuchać, że mogę olać takich ludzi, powiedzieć im: spadówa i już nigdy więcej ich nie spotkać...

Ale przecież to moja rodzina... Może nie odwiedzaliśmy się ostatnio zbyt często, każdy zaganiany za własnymi sprawami, stosunkowo niewielka odległość (a jednak odległość) też swoje robi. Ale nie są mi obojętni.

Kocham ich bardzo i pomimo wszystkiego szanuję...

Choć wiem, że prędzej czy później dowiedzą się o mojej prawdziwej orientacji seksualnej. A wtedy będzie jeszcze gorszy krzyk, zboczenie, grzech, wieczne potępienie, nagabywanie pozostałej rodziny, msze za duszę, psychiatrzy, polecanie terapii i leczenia, a kto wie, czy nie egzorcyzmy...

Dowiedzą się, bo świat jest mały, a w moim otoczeniu dobrze rozchodzą się takie plotki. Otoczenia zmieniać nie chcę i nie planuję. Choćbym uciekł na drugi koniec świata, i tak by się dowiedzieli. Mogę teraz o tym nie myśleć (i za chwilę tak pewnie zrobię), ale wyimaginowany problem kiedyś wróci. Wolę go uprzedzić i być przygotowanym, przynajmniej w podświadomości.


Płakać mi się chce, gdy powoli na moich oczach odchodzi kolejna, tym razem już ostatnia osoba z pokolenia moich dziadków... Przeżyła swoje długie lata. Co miała wywołać uśmiechów lub napsuć krwi, bo przecież różnie przez te lata bywało, to już wszystko zdążyła. Złe rzeczy zapomina się, dobre pozostaną. Teraz śmiertelna, nieuleczalna choroba zabiera ją po kawałku. Modlitwa ozdrowieć nie pomoże. Nie wiem nawet, czy to nie było nasze ostatnie spotkanie, o czym w duchu pomyślałem już w trakcie niego...

Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, o pierdołach, o tym co słychać u każdego. Znów usłyszałem czworgiem głosów, że jestem bardzo podobny do mojego dziadka, taki sam z profilu, z sylwetki, taki sam uśmiech, tak samo przystojny... Puste słowo...

Zdając sobie sprawę ze śmiertelnej powagi sytuacji, na przekór wszystkiemu żartowaliśmy. Nasza chora ciocia, leżąca na łóżku i ledwo mówiąca, i my wokół niej. To było takie wzruszające...

Opowiedziała nam kawał:


Rozmawiają trzy przyjaciółki.
Pierwsza mówi:

—  Kiedy kocham się z moim Frankiem, to on zawsze ma zimne jajka.
Faktycznie, jak ja się kocham z moim Stachem, to on także ma takie zimne jaja — odpowiada druga.
Na to trzecia:
— A wiecie, że ja nie wiem? Nigdy nie sprawdzałam, jakie ma jaja mój Tomek w trakcie stosunku!

Po kilku dniach spotkały się ponownie. Trzecia (ta od Tomka) przychodzi z limem pod okiem. Pozostałe dwie pytają się:
— Co ci się stało?
— Kochałam się z moim Tomkiem, sprawdzam te jego klejnoty i mówię: Tomuś! Ty masz w trakcie kochania tak samo zimne jajka — jak Franek i Stach...

Ciocia w tym roku skończy 80 lat...



Mark Evans & Siobhan Dillon, Somebody That I Used To Know
w ramach Ghost The Musical, 2012
(oryg. Gotye & Kimbra z albumu Making Mirrors, 2011)

środa, 23 maja 2012

Wciąż

Jestem.

Jestem jednym z wielu ludzi, którzy żyją.

Bywam człowiekiem, który też myśli i czuje.

Chciałbym nim pozostać...

Tak łatwo wyróżniać się w tłumie, gdy ma się kolorowy kapelusz na głowie. Jakże ciężej jest być zwykłym człowiekiem w czapce-niewidce. Kto takiej nie miał na sobie, temu trudniej to zrozumieć. Spróbuję to troszeczkę wytłumaczyć.

Tak, ukrywam się. Jestem gejem, choć na co dzień wciąż mało kto o tym w moim otoczeniu wie.

Wybaczcie mi, proszę, że się narzucam, że śmiem twierdzić, że w ogóle istnieję...

Przecież nie było mnie tyle długich lat... Tak długo wmawiałem sobie dokładnie to, czego ode mnie w moim otoczeniu oczekiwaliście –– może nigdy wprost, ale dało się to wyczuć w rozmowach, pytaniach, odpowiedziach, komentarzach, żartach, docinkach... Wszyscy włącznie ze mną uważaliśmy to za takie oczywiste. Jakże w ogóle mogłoby być inaczej. Ale nie jest i nic tego nie zmieni. Nie mam pretensji do nikogo, prócz siebie samego, że tak długo oszukiwałem Was i siebie. Przepraszam.

Nie ma znaczenia, kim jestem, bo jestem nikim, bo chcę być sobą, bo jestem Tobą, bo jestem Nim. Jestem tutaj, żyję pośród ludzi. Jestem członkiem Waszej rodziny, sąsiadem, współpracownikiem, kolegą ze szkoły lub studiów. Generalnie niepozorną osobą, którą mijacie w sklepie lub na ulicy. Znacie mnie doskonale lub przelotnie. Dla jednych być może jestem miłym skrawkiem lub nawet jakąś zauważalną częścią Waszego pięknego życia. Niewątpliwie są i Tacy, co za mną nie przepadają, być może ze wzajemnością. Cóż, trudno, nie jestem ideałem, jestem tylko człowiekiem, choć nie chcę nikogo skrzywdzić, wychodzi różnie. Większość osób mijam i większość mija mnie gdzieś obok obojętnie.

Chcę jednak dalej żyć. Prawdziwie żyć, prawdziwie kochać. Chcę dalej być pośród Was. Nie odbierajcie mi, proszę, mojego człowieczeństwa tylko dlatego, że nigdy nie będę taki, jak Wy...


Tak jak Wasi życiowi partnerzy i partnerki uczestniczą razem z Wami we wspólnym życiu pośród wszystkich ludzi w Waszym otoczeniu, w rodzinie, pracy, szkole –– tak i ja chciałbym żyć z moim życiowym partnerem (być może kiedyś się odnajdziemy) w społeczeństwie. Niczego więcej nie śmiem oczekiwać. Choć i to, włączywszy telewizor, już tak strasznie dużo...


Ten blog jest dla mnie takim własnym Brokeback Mountain, dotąd jedynym miejscem, do którego przynajmniej na razie musiałem uciekać, by stać się sobą, by poznać siebie. To jest świadectwo mojej drogi, na której początku było całkowite wyparcie mojej orientacji seksualnej. To autopsychoterapia. Powolne wyjście z nieudolnie udawanego heteroseksualizmu i dziecięcego wypierania homoseksualizmu. Docieranie do dojrzałości emocjonalnej, dorosłości psychicznej. Do miłości. Chcę ponownie żyć dla ludzi, dla mężczyzny mojego życia, dla siebie.

Wydaje mi się, że faktycznie zmieniam się. Zadziwiające, że w ogóle można odnaleźć tak wiele sił do pokonywania własnych ułomności i przeciwności, by po prostu prawdziwie żyć.

Zakładałem bloga dla siebie, nie sądziłem, że ktoś będzie częściej zaglądał na siódme i pół piętro prowadzące do mojej głowy (niczym jak w Być jak John Malkovich), moich oczu (niemal jak w The Truman Show) i mojego serca.

Być może moje doświadczenie pomoże innym w podobnej do mojej sytuacji. Być może niektórym doda wiary w siebie, że można, że uda się, że dasz radę.

Nie powinienem wypowiadać się w imieniu Osób Heteroseksualnych, pośród których jeszcze do niedawna sam siebie postrzegałem, bo do takich nie należę, nigdy nie należałem (choć kłamałem, że tak jest) ani nigdy należeć nie będę. Mimo to potrafię zdobyć się na obiektywizm, nie przestając dostrzegać wspaniałości i wielkości niektórych Ludzi nawet wówczas, gdy jedni z Nich są gejami, a inni im, w tym mnie, życzą wiecznego potępienia...

Nie powinienem jednak wypowiadać się też w imieniu Gejów, bo choć cały czas byłem, jestem i chcę zawsze w pełni być jednym z nas, to przecież stawiam dopiero bardzo pierwsze kroki, pomimo relatywnie posuniętego wieku metrykalnego [za którą to autoironię najmocniej przepraszam wszystkich starszych ode mnie ;-)].

Jednakże, w jakiś sposób zgodziłem się na wyciągnięcie przed tablicę. Obudziłem się pośród grona kilku nowych Czytelniczek i Czytelników mojego skromnego bloga. W duchu marzę, żebyśmy wszyscy mogli sobie tu dalej towarzyszyć: czasem milczącym wysłuchaniem, czasem komentarzem z dobrą radą lub zasłużoną krytyką. Bez względu na płeć i orientację, dokładnie tak samo, jak mijamy się na ulicach.

Stardust, z takiego pięknego pyłu gwiezdnego jak Ty budują najwspanialsze galaktyki, gwiazdy i planety!! Dziękuję!

Podtrzymuję mój pozytywnie niedowierzający zachwyt („wow”), że istnieją Ludzie, na których uznanie i akceptację przynajmniej ja nie czuję się dość zasłużony, a mimo wszystko nie zostałem przez Nich zrównany z ziemią za moją odmienność, szczerość, niedoświadczenie... I za to Im–Wam dziękuję!!

Od jakiegoś czasu towarzyszę Waszym hetero-, bi- i homoseksualnym życiom opisywanym (w różnym stopniu) przez Was na Waszych blogach w ostatnich latach. Cieszyliśmy i smuciliśmy się razem, choć ja tak poniewczasie...

Niektóre Piękne Dusze poddają się: nie chcą już nigdy więcej cierpieć przez żadną nową miłość, albo odwrotnie, chcą w cierpieniu przez dawną miłość doczekać swych ostatnich dni...

Cóż ja mogę wiedzieć o życiu, o ludziach, o miłości... Nie wiem nic... Czy warto ryzykować? Przereklamowany mit, a może niebezpieczna loteria? Chemiczne uzależnienie?

Wciąż wierzę w miłość, chcę ją widzieć w ludziach, skrycie trzymam kciuki za Niektórych, sam też chcę jej poszukać.

Nie zawsze będzie ckliwie, romantycznie, czule, a może patetycznie, poważnie, krzepiąco lub zabawnie (także tu na blogu)... To tylko nasze życia, nieustannie zmieniają się, o ile nie zamykamy się przed światem, zawsze możemy uchylić choć okno... Przede wszystkim od nas samych zależy, co w życiu jeszcze przed nami...

Snow Patrol, You could be happy z albumu Eyes Open, 2006

niedziela, 20 maja 2012

Piękne życie

Gdy rano biegam, świat i myśli przybierają inne barwy... Przewija się świat wokół, przewijają się myśli w środku...

[znów przespałem piątą rano, zaczynam o szóstej, dobiegam do parku]

Komentarze pod ostatnim postem, co tam było, co odpowiem? Kogoś rozbawiłem. Co więc lepsze, niebyt czy bolesne doświadczenia?

[kurczę, zimno]

Pustka też boli. A ból też może być piękny. Bo miłość jest piękna, nawet gdy błądzi, krzywdzi, cierpi, umiera. Cud miłości, cud życia. Bo noworodek nie myśli o śmierci, a też krzyczy, że zimno, głośno, jasno, niedobrze.

[ale cieplej, niż ostatnio, przynajmniej nie pada, słońce wyraźnie świeci]

Ich życia są piękne, choć sobie nie zdają z tego sprawy. Smagani wzlotami i upadkami, porażkami i sukcesami. Zbuntowani, nieśmiali, odważni, ufni. Szukali, znaleźli, gubili, gniewali się, kochali. Kochali... Miłość, zdrada, odrzucenie, rezygnacja, zagubienie, nadzieja. Piękne. A może tylko ja tak chcę to widzieć. Może nie tylko ja.

[wreszcie park, witaj]

To, co przeżywa i musi przeżywać każdy gej, jest samo w sobie wspaniałe. Każdy zaś przeżywa inaczej i to też jest wspaniałe, jak wiele jest dróg.

[skręcam w prawo]

Tyle lat uciekałem od mojej, to teraz trudno w pojedynkę nadrobić dystans... Nie poddam się, dogonię...

Mamo, czy to Ty dodajesz mi sił? Też to przeżyłaś. Tak późno znalazłaś Tatę. Czy po drodze wątpiłaś, że pomimo choroby i 35 lat znajdziesz mężczyznę? Może tak jak ja, też płakałaś? Też zdążyłaś stracić swojego ukochanego ojca. Pragnąca miłości, a samotna. A jednak się udało. Był mąż, był jedyny syn. My jesteśmy... Ciebie już nie ma...

[sztuczny zbiornik, kacza mama z trzema kaczuszkami, nie bójcie się, nic wam nie zrobię, już odbiegam...]

Jesteś, wierzę...

Czasem żałuję, że nie mam rodzeństwa, które mógłbym wspierać i byłbym wspierany w takich chwilach, jak te...

Ile to jeszcze potrwa, trochę dużo tych chwil. Tak bardzo nienawidziłem siebie, swojego ciała, swoich myśli. Teraz kocham moje życie. Czy pokocha je ktoś inny. Czy pokocha mnie.

[przerwa, pół parku; a jeszcze trzy tygodnie temu tak daleko nie dobiegałem, robiłem po drodze kilka przerw, teraz jestem coraz dalej]

Co ja mogę wiedzieć o miłości. Nie tak łapczywie, powoli, by nie skrzywdzić innych ani siebie. Jeszcze nie mogę. Jeszcze nie powinienem, bo z czym do ludzi... Wytrzymam. Wytrzymam...

[obwodnica... tyle razy jeździłem nią rowerem na cmentarz do Mamy... dawno u Niej nie byłem... biegnę dalej]

Dlaczego się ukrywałem, nie byłem odważniejszy. I tak się wszyscy śmiali, kujon, dziwak, nie wychodzi z domu. Przynajmniej mieliby realny powód do gnojenia.

[nie chce mi się, muszę stanąć, nie mogę stanąć, nie staję, biegnę dalej]

Wszystko przypomina lata niebycia... Może trzeba uciec... Zmiany... Są na duchu i ciele, może trzeba dalej, w pracy, w domu...

[byle do kolejnego drzewa; no dobra, kolejnego; i jeszcze kolejnego; i jeszcze; i znów]

Tylko gdzie? Po co destabilizować życie, gdy jest już dach nad głową i kasa w portfelu. Mało, ale nie jest źle. Ojca zostawić samego, przyjaciół za sobą, szukać nowych gdzieś tam, tylko gdzie? Czy prowokować zmiany, czy czekać tutaj, aż same mnie znajdą?

[a gdzie trzeci wędkarz, dziś tylko dwóch? piękny ten nasz staw; krótka przerwa; drugie okrążenie]

Tak niewiele wiem o życiu, o miłości, o sobie, o ludziach. Tak niewiele wiedzą o mnie, wiemy o sobie... Nie mogę robić mu nadziei. Nie zasługuję. On tak, ale na kogoś lepszego. Świat biegnie dalej, ja daleko w tyle.

[znów ten facet z psem i papierosem, czy ja też tak źle kiedyś wyglądałem?]

A może wcale nie tak daleko. Zmieniłem się przecież bardzo, wciąż mało. Czy nie za szybko? Chcę szybciej. Gdy przestałem wzbudzać zainteresowanie kobiet, łatwiej było kłamać. Czy jestem gotów być atrakcyjny we właściwych oczach? Czy w ogóle moje ciało może być atrakcyjne?

Byle na samych ciałach nie skończyć. Tak łatwo zatracić się na cielesności, pogoni za wrażeniami. Chcę kochać prawdziwie. Ciałem i duszą, jednocześnie...

[to już staw? sam siebie zagadałem, trzecie okrążenie]

Boże, znasz mnie, wiesz wszystko, co czuję, jak bardzo pragnę... Jak bardzo ufam... Gdzie są Twoi Słudzy, że widzą tylko żądze, niestałość, uprzedmiotowienie, egoizm, krzywdę i nieuporządkowanie? A nawet jeśli ktoś się pogubi, czy jestem ja grzeszny, jeśli i to rozumiem? Jeśli sam gotów jestem się zagubić, by być, by żyć, by kochać, by znaleźć? Nic co ludzkie nie jest mi obce. Przepraszam.

[kukułka czy gołąb? wczoraj tego śpiewu nie słyszałem]

Czy ja potrafię skrzywdzić, zdradzić, wykorzystać, kłamać, nic nie czuć? Czy wiem, jak przecierpieć bycie skrzywdzonym, odzyskać wiarę w ludzi, ponownie zaufać tej samej osobie? Jak nie zawieść drugiego człowieka, jak teraz być, pomimo długiego niebycia. Przeskoczyć niewiedzę z pustym bagażem niedoświadczeń. Pominąć piękne upadki i jeszcze piękniejsze wzloty. Żyć, uczyć się, sprawdzać siebie i innych, nie myśleć, być sobą, tu, teraz, już teraz...

[o proszę, i nawet dzięcioł się znalazł!]

Dobrze, że są Oni. Dzięki Boże, że tym razem nie przeszkodziłeś. Odnaleźliśmy się na blogach. Choć wirtualnie, towarzyszymy swoim życiom. Wspieramy słowem. Czasem milczeniem. Ich piękne życia rodzą uśmiech i łzy, na ich, na mojej twarzy...

[a tym razem inaczej, skręcę w tę ścieżkę; tam była kiedyś górka...; o jej, takie to małe, zapamiętałem jako wyższą...]

Mogłem tam szaleć i upijać się za młodu, pośród rówieśników. Czemu tego nie robiłem? Może wtedy wcześniej poznałbym siebie?


[o jej, ale śliczna łąka!; chyba nie powinienem; pobrudzę się; zaraz obejdą mnie robale; wezmą mnie za wariata; w końcu kto normalny gdzieś po siódmej rano kładzie się na samej trawie i polnych kwiatach; nigdy w życiu tak po prostu nie położyłem się na łące, nigdy z resztą nie chciałem; raz kozie śmierć!]

...

Błękit nieba, łagodny wiatr, powoli przesuwające się połacie mleka... Słońce rozjaśnia zieleń drzew i ogrzewa moje plecy... Śpiew ptaków konkuruje z odgłosami zapracowanych owadów gdzieś za moją głową... Cisza... Spokój... Jestem częścią łąki...

Pięknie...

Jeszcze chwilę poleżę, nim wstanę i pobiegnę dalej...


Lindsey Stirling & VenTribe, We found love, 2012
(oryg. Rihanna z albumu Talk That Talk, 2011)

czwartek, 17 maja 2012

Napiętnowany

W Międzynarodowym Dniu Walki z Homofobią (17 maja) wracam myślami do Dnia Geja (15 maja). W tym dniu minęły równo 3 miesiące odkąd pierwszy raz przyznałem się przed sobą, że jestem gejem. To wtedy nieśmiało zacząłem ten blog. Nie wiedziałem, co z nim pocznę, czy będę pisał dalej. Czułem tylko, że samotność nie jest moim powołaniem. Dopiero po trzech kolejnych tygodniach z trudem napisałem kolejny post, a potem następny, i następny, i następne...

Zacząłem powoli rozwiązywać mój "problem" z homoseksualizmem. Zrozumiałem, że "problemem" wcale nie jest sama orientacja, lecz jej negowanie i wypieranie z mojego życia. Na blogu zacząłem poruszać różne tematy dotąd skrywane w sercu i duszy. Zacząłem czytać i komentować inne blogi o życiu, w tym o życiu Gejów. Początkowo starałem się czytać wszystko chronologicznie, od Waszych internetowych początków...

Po kilku takich blogowych lekturach... wysiadam. Do współodczuwania cudzych przeżyć przyzwyczajony jestem, ale już porównywanie mojego życia z Waszym jest dla mnie zbyt bolesne. To są długie lata Waszego pięknego życia i mojego żałosnego niebycia. Gdy Wy byliście, mnie jakoby nie było. Szczerze żałuję i przepraszam, że tak długo ukrywałem się przed Ludźmi i samym sobą. Oczywiście, byłbym nieuczciwy utrzymując, że w tym czasie nie przeżyłem niczego istotnego. Przeciwnie, w moim życiu też zadziało się mnóstwo wspaniałych oraz kilka tragicznych rzeczy. Moje życie wydawało się mieć sens, jednak czegoś, kogoś brakowało. Dzisiaj blogi staram się czytać na bieżąco, ale prześledzić najciekawszych od początku na razie nie potrafię, choć chciałbym.

Przez te trzy miesiące dużo się zmieniło w moim życiu. Zaakceptowałem niepodważalny fakt, że jestem gejem. Wirtualnie poznałem wspaniałych Ludzi. Jestem gotów przyznać się do mojej orientacji seksualnej twarzą w twarz przed niektórymi moimi znajomymi, a nawet niektórymi krewnymi, choć na razie do tego nie doszło. Zmieniam się w środku, zmieniam się na zewnątrz (trzy osoby powiedziały już "stop", ale to nie koniec). Próbuję wyzbywać się niektórych kompleksów. Nie czuję tego czasu, że to tylko tyle; dla mnie jakby minął rok...

Co więcej, niedawno przed Jednym z Was nieoczekiwanie... ujawniłem się, choć tylko wirtualnie, choć Go nie znam, choć sam jest przecież niezwykły. Nie planowałem nic z tego, co się stało. Byłem przeświadczony, że powinienem bezinteresownie coś zrobić, ale wpierw musiałem się przełamać (dalej nie czuję się z tym komfortowo, przepraszam!). Na koniec dodałem coś, przez co może się dowiedzieć o mnie wszystko. To wciąż jedyna Osoba, która wie. W tym sensie, nieodwołalnie odgiąłem pierwszy palec własnej ręki...

Jednak największego piętna nie wywieramy zaskakując i odkrywając samych siebie, lecz gdy zaskakuje nas ktoś inny: raz, drugi, trzeci... aż traci się rachubę.


Tyler Ward (pianino: Kurt Schneider), The Hardest Thing, 2011

środa, 16 maja 2012

Ile w geju mężczyzny?

Ile w ludziach jest mężczyzny, a ile kobiety? W zależności od płci, orientacji, postrzegania stereotypów oraz danej osoby, odpowiedzi będą różne.

Aktualnie pracuję w sfeminizowanej firmie, gdzie jednak szefami w przeważającej części są mężczyźni. Rodzi to różne implikacje.

Dla mnie, homoseksualisty, co tu dużo ukrywać, zawsze lepiej dogadywało się z kobietami. W kompatybilności umysłowej i duchowej gejów z kobietami jest dużo stereotypu, choć podobno ma to swoje uzasadnienie biologiczne. Chyba nie każdy gej tak ma, ale przynajmniej ja powinienem się przyznać do częściowego wypełniania tego stereotypu. Prędzej przełamuję nieśmiałość zagadując obcą kobietę, niż obcego mężczyznę, choć i to się we mnie zmienia (być może to kwestia samej nieśmiałości, a nie orientacji seksualnej). Czasem łatwiej odnajdę się w tematach, na jakie zwykle rozmawiają (heteroseksualne?) kobiety, niż w tematach, na jakie zwykle rozmawiają (heteroseksualni) mężczyźni. Tym nie mniej, różnię się w sposobie myślenia i rozmawiania od kobiet, najzwyczajniej w świecie nie wszystkie też babskie tematy zdzierżę.

Szef heteryk ma typowo seksistowskie podejście do kobiet, z którym raczy mnie co jakiś czas zapoznawać, pomimo na przemian nieśmiałych i nieudanych prób zaznaczenia mojego stanowiska, szanującego na równi obie płcie. Jego zdaniem kobiety mają siedzieć przy garach, żelazku i dzieciach w domu, obsługując męża i ojca, a nie robić karierę. W pracy on co najwyżej Je toleruje z poczucia pozornej wyższości (którym maskuje kompleks niższości). On uważa, że ja myślę analitycznie (od szczegółu do ogółu) jak typowy mężczyzna, podczas gdy baby myślą syntetycznie (przyjmując z góry założone tezy).

Zdziwiło mnie, że heteryk nieświadomie próbuje widzieć w geju faceta. Gdyby się dowiedział o mojej orientacji, zapewne dołączyłbym do grona istot służebnych i przestałbym być mężczyzną.

Przerabiałem już gejowskie stereotypy, ale tym razem nie będę się ośmieszał, próbując analizować te damsko-męskie. Dość wspomnieć, że te również istnieją w kategoriach prawdy lub mitu, ale wszystkie mają się dobrze.

Nie wiem, a może nie chcę definitywnie rozstrzygać, ile we mnie mężczyzny, a ile kobiety. Do tej pory wydawało mi się, że wyglądam, zachowuję się i myślę raczej jak typowy mężczyzna. I pewnie tak w jakimś stopniu faktycznie jest. Dostrzegam jednak w sobie pewne pierwiastki stereotypowo bardziej kobiece, jak większą wrażliwość, uczuciowość i empatię; tudzież niektóre stereotypowe zainteresowania i umiejętności, których heterycy mogą mi zazdrościć.

Mówi się czasem, że prawdziwy mężczyzna powinien w życiu zbudować dom, spłodzić syna i posadzić drzewo.



Cóż, domu nie potrzebuję budować. Teoretycznie już go mam po przodkach, po co więc budować nowy. Z drugiej strony, nie wiem, czy w perspektywie dalszej przyszłości nadal chcę mieszkać i pracować w tej samej mieścinie, w której mieszkam niemal od urodzenia.

Jak ja miałbym tutaj być z mężczyzną mojego życia. Z ojcem, obok niezbyt rozgarniętych kilku krewnych, pośród tych sąsiadów, na oczach tych znajomych. Wszystkie spojrzenia i komentarze mógłbym dla niego nawet godnie znosić, ale tego samego nie mógłbym wymagać od niego. On mógłby mieć podobnie, choćby dla heteryka korzystnie, to dla geja problematyczną perspektywę mieszkaniową.

Dlatego naprawdę własny nowy kąt byłby wskazany, tylko czy od razu musi to być dom? Dla ilu osób? W jakim mieście? Jak daleko od centrum? A może na wsi? To nie są pytania, które powinno adresować się do, bądź co bądź, póki co singla. Zawodowo być może stałem się zbyt szybko ustabilizowany, ale przecież życia sobie wcale nie ustawiłem... Ba, czasem nawet tak myślę, że nie musiałbym mieszkać wcale w mojej ukochanej Ojczyźnie w Polsce... W moim życiu wciąż brakuje Kogoś, więc budowa domu, choćby w zasięgu moich ambicji i potrzeb, jest teraz czystą abstrakcją, a w przyszłości... się zobaczy.




Własnego syna ani własnej córki nie spłodzę. Choć spisałem sobie drzewo genealogiczne mojej rodziny, ja nigdy nie przedłużę mojej własnej gałęzi, będę ostatnim z rodu, przynajmniej w mojej linii... Bardzo to smutne dla mnie, że nie będę miał komu przekazać dziedzictwa duchowego i materialnego, otrzymanego od przodków i zgromadzonego własnym życiem. Pomijam w tym momencie problem zabezpieczenia życiowego partnera, kwestię spadku, testamentu, związku partnerskiego i małżeństwa, które mogłyby uchronić od destabilizacji życiowej w najgorszych chwilach po śmierci pierwszego z nas. W tej chwili stawiam sobie natomiast pytanie, co pozostanie po nas obojgu, czy przeminiemy, czy przekażemy coś lub kogoś kolejnym pokoleniom.

Brak potomka dla geja niby nie powinien być problemem. W moim otoczeniu do niedawna naprawdę nie miałem styczności z małymi dziećmi. Niestety nie wiem, jak się z nimi obchodzić, jak się do nich odzywać. Nie miałem od kogo się tego nauczyć, choć pewnie wszystko dałoby się nadrobić. Teoretycznie nie wiem, jak by to miało być, gdybym miał własne dziecko do opieki. Jakie to obowiązki, jakie to uczucie. Teoretycznie...

Nie znaczy to bowiem, że nie znajduję w sobie uczuć ojcowskich, choć oczywiście ojcem nigdy nie byłem. Jeszcze nie tak dawno, zanim zacząłem ten blog i zanim zaakceptowałem swój homoseksualizm, czasami z prawdziwym bólem (takim, po którym po męskim policzku skrycie cieknie mała łezka, żeby nikt nie zauważył) patrzyłem na ojców z ich dziećmi --- z wózkiem, na ulicy, na placu zabaw, pod przedszkolem, wokół domów, w trakcie bycia ojcem... Zauważyłem, że też mógłbym i chciałbym wychować moje własne dziecko, nauczyć go życia, pokazać mu piękno tego świata, uchronić przed niebezpieczeństwami, wpoić wyznawane zasady i miłość do bliźnich... Moja Mama jedyne, co chciała mi przekazać, to właśnie wartości, które wpoili jej rodzice i dziadkowie, jak to, że świat jest piękny i warto kochać ludzi...

Ja, wówczas ani heteroseksualista ani homoseksualista, poczułem w sobie instynkt ojcowski. Dalej go czuję teraz, gdy czuję się też gejem, choćby mi kto słusznie przypomniał, że przecież nie wiem, co to znaczy z autopsji. Dalej czuję się ogniwem w łańcuchu pokoleń, który przychodzi mi zerwać... No bo jak gej mógłby mieć dzieci...

Nie chcę zakładać typowej heteroseksualnej rodziny, bo moim skromnym zdaniem skrzywdziłbym tym przede wszystkim Kobietę i Dzieci, a jednocześnie samego siebie (odsyłam do poprzednich postów na blogu). Nawet pójście na jakiś "układ" pod tytułem "urodzisz nam dziecko" nie wydaje mi się w tej chwili dobrym rozwiązaniem dla wszystkich, choć przełamania oporów lub znalezienia złotego środka teoretycznie wykluczyć nie mogę, więc profilaktycznie zarzekać się nie będę...

To jest jeden z tych bólów, które prawdopodobnie będą mi towarzyszyć do końca życia. To chyba troszeczkę podobnie jak u impotentów, którzy bardzo chcieliby naturalnie począć dziecko, ale w ten sposób jest to poza ich zasięgiem. Inna kwestia, czy ja czuję się impotentem. W heteronormatywnym świecie jako gej jestem wszakże impotentem, niezdolnym psychicznie do (przepraszam za nazwanie rzeczy po imieniu) erekcji i ejakulacji w ciele kobiety (nie jestem biseksualistą, nie odnajduję w sobie żadnego pociągu do żeńskiego ciała). W Kościele rzymskokatolickim przez ten drobny szczegół nie mogę nawet zawrzeć ważnego sakramentalnie związku małżeńskiego z kobietą, a gdybym nawet to zrobił, popełniałbym grzech. Choć gej, to nie czuję się impotentem (wszystko przebiega u mnie naturalnie jak trzeba, uwzględniwszy jednak orientację seksualną).

Skoro jednak prawdziwy mężczyzna powinien spłodzić syna, to może to nie tylko puste hasło, lecz mądrość życiowa. Czy czując to wszystko, co czuję w jednym tak niedoskonałym ciele, umyśle i duszy, powinienem się tym przejmować, że w takim razie nie jestem prawdziwym mężczyzną?




Nie wiem, skąd w przysłowiu wzięło się drzewo. Dom i syn mogą mieć znaczenie dosłowne, ale drzewo? Być może w tym przypadku, chodzi o szerszy kontekst, że gdy jest już dom, a w nim przedłużający ród syn, to trzeba zostawić po sobie jeszcze coś trwałego w przyrodzie, co przetrwa wiele pokoleń, właśnie takiego jak drzewo, las. Przypomina mi się mój dziadek założył las, który do dziś szumi w rodzinnych stronach.




Choć niektórzy nazwą mnie ciotą, pedałem i kilkoma innymi niebranżowymi inwektywami, czuję się w pełni mężczyzną, a orientacja seksualna tylko troszeczkę komplikuje i wzbogaca to wszystko, co przeżywa każdy heteroseksualny mężczyzna, od dzieciństwa, poprzez dojrzewanie i siłę wieku, po starość i śmierć. Choć nie jestem kobietą, tak samo jak kobiety pragnę mężczyzny, fizycznej i mentalnej bliskości jego ciała i umysłu. Nie każdy mężczyzna jest nam jednak dany. Idealistycznie gotów jestem okrążyć cały świat, by nas odnaleźć...

Paulla (Paulina Ignasiak), Tak mało o życiu z albumu Nigdy nie mów zawsze, 2010

sobota, 12 maja 2012

Co by było gdyby?

Czym różniłoby się moje heteroseksualne życie od homoseksualnego?

1

Gdybym nie był gejem, prawdopodobnie miałbym inne relacje z otoczeniem. Być może nie miałbym kompleksu niespełnionych oczekiwań rodziców. Prawdopodobnie od dziecka miałbym więcej kolegów, a mniej koleżanek; tych pierwszych być może mniej bym się krępował. Jest dość prawdopodobne, że miałbym teraz mi obce stereotypowe zainteresowania (sport, motoryzacja), za to nie miałbym innych teraz posiadanych (muzyka, film, teatr). Możliwe również, że po studiach byłbym bardziej odważny w karierze zawodowej, nie bałbym się sukcesów.

Gdybym nie był gejem, prawdopodobnie nie uciekałbym od miłości i seksu. Być może miałbym pierwszą sympatię jeszcze w szkole podstawowej, a do matury mógłbym przeżyć wszystkie miłosne wzloty i upadki. Prawdopodobnie w którymś momencie byłbym w poważnym związku, który po studiach mógłby się zakończyć małżeństwem. Być może nawet miałbym już nie jedno, ale nawet więcej dzieci. Prawdopodobnie byłbym dumą rodziców i rodziny.

Gdybym nie był gejem, prawdopodobnie nie wiedziałbym, co znaczy cenzurować swoje zachowanie. Miałbym normalniejsze podejście i relacje zarówno z kobietami, jak i mężczyznami. Być może miałbym nieco więcej znajomych ze szkół i studiów. Swobodniej byłoby mi nawiązywać nowe znajomości.

2

Wszystko "gdyby", bo heteroseksualny nigdy nie byłem, więc muszę to sobie wszystko wyobrażać, dla mnie to jest jak SF.

Ponieważ jednak nie byłem też gejem, bo będąc homoseksualny nie potrafiłem przebić się przez oczekiwania otoczenia i trwałem na uboczu, ani tu, ani tu, tak na prawdę żyłem w swoim własnym, innym świecie.

Nie randkowałem (ani z dziewczynami, ani z chłopakami). Nie chodziłem na imprezy. Nie pijałem alkoholu. Nie zachowywałem się swobodnie. Unikałem sytuacji, rozmów i znajomości, które groziłyby mi wyrażaniem uczuć lub prawdy.

Bo jak tu normalnie rozmawiać o fajnej (przepraszam za uprzedmiotowienie) dupie i jej cyckach, fajnej bryce czy beznadziejnej bramce, gdy nie chcę nawet udawać, że mnie to interesuje.

Próbując zachowywać się tak, jak oczekiwało tego ode mnie otoczenie, stworzyłem w sobie wewnętrzny filtr, blokujący prawdziwego mnie przed światem. By nie rozmawiać o rzeczach, o których jako nie-gej uważałem, że mówić nie powinienem: o samych facetach, o sztuce i kulturze, o uczuciach. By nie reagować spontanicznie i naturalnie, bo moje naturalne zainteresowanie mężczyznami i stereotypowy sposób bycia byłyby narażone na ujawnienie.

O zagłuszaniu seksualności już pisałem, niestety wszystko to było prawdą. Próbowałem odciąć się od bodźców wzrokowych, dźwiękowych, zapachowych, dotykowych... Zmysłowa wstrzemięźliwość i celibat. Koszmar. Agonia. Nieporozumienie. Kto nie przeżył, ten nie zrozumie. Na szczęście przeszłość.

3

Gdyby mnie ktoś za młodu wyciągnął z szafy (tj. za mnie ujawnił orientację seksualną) albo gdybym wtedy wyszedł sam, moje życie byłoby zupełnie inne.

Prawdopodobnie okres dojrzewania przeżyłbym znacznie bardziej burzliwie. Wszystko byłoby naturalne, nie unikałbym tak wielu rzeczy, rodzice próbowaliby mnie pewnie "nawrócić", ale z czasem by mnie zaakceptowali, tak myślę. Prawdopodobnie byłbym nieco bardziej spontaniczny, naturalny, otwarty i szczery wobec wszystkich ludzi, nie tłumiąc uzewnętrzniania myśli, uczuć, odruchów...

Być może w szkołach byłbym szykanowany, nie wiem. Być może byłbym bardziej rozwiązły, tego też nie wiem. Być może byłbym nieodpowiedzialny, a może tylko miałbym pecha, w niewłaściwej chwili z niewłaściwym człowiekiem złapałbym HIV; nie mogę wykluczyć, że tak mogłoby być. Wydaje mi się tylko, że różne cechy mojego charakteru wykształciły się niezależnie od skrywania orientacji i nic takiego złego by się nie stało. Gdybanie.

A może nastoletni coming out ograniczyłby się do wąskiego kręgu, wiedzieliby nieliczni. Wśród nich prawdopodobnie zachowywałbym się swobodnie, ale na zewnątrz być może również byłbym nieco bardziej naturalny. A ujawnianie orientacji każdej kolejnej osobie być może byłoby tylko kwestią odpowiedniego kontekstu chwili.

4

Ten blog jest dla mnie autopsychoterapią. Jest drogą. Zmieniam się. Zrzucam kajdany, które sobie sam założyłem. Może czasem powoli, może sam chciałbym szybciej, ale jednak. Widzę, ile zostawiłem za sobą, domyślam się, ile jeszcze przede mną, dokonuję rozeznania, co dalej.

Jakie życie czeka mnie teraz? Czy chcę teraz popełniać wszystkie te błędy, które powinienem był popełniać w młodości? Jak ma wyglądać moje życie poza szafą?

Nie wiem! Coraz częściej porzucam planowanie, poddaję się wydarzeniom, nie mając nad wszystkim kontroli, choć tej skłonności zbyt często jeszcze ulegam. Co będzie, to będzie :)


Wczorajszy Onet odświeżył trzy historie o wspólnym tytule: Mam 30 lat i nie uprawiałem jeszcze seksu.

Paweł, 31 lat, anglista

Trochę nie pasuję do tego zacnego grona, bo „dziewictwo” straciłem rok temu! Tyle lat zajęło mi uzyskanie dojrzałości seksualnej. Dopiero na dwa miesiące przed 30-stką odważyłem się powiedzieć sobie i światu: „Tak, jestem gejem. Nie sypiam z kobietami, bo chcę to robić z facetami!”. Odkąd pamiętam starałem się poskromić homoseksualne ciągoty. Nie miałem wątpliwości, że od dziewczyny, z którą się spotykałem, wolałem jej brata, a widok ojca mojej narzeczonej powodował u mnie tak silny wzwód, którego nie umiała wywołać żadna erotyczna sztuczka córki. Choć wszyscy sugerowali mi, że jestem gejem, skutecznie starałem się to wypierać ze świadomości. Do czasu, kiedy nie lądowałem z tą czy inną dziewczyną w łóżku.

Kilka lat temu spotykałem się z Magdą. Bardzo chciałem, żebyśmy zostali parą. Robiła wrażenie na facetach – inteligenta, szczupła i wysoka blondynka. Słowem – marzenie wielu heteroseksualnych gości. Uwielbiałem spędzać z nią czas, imprezować, wyjeżdżać na wakacje, ale elektryzowała mnie myśl o wspólnej nocy. Z Magdą się nie udało, ale potem była Paulina. Trzy podejścia zakończone katastrofą. Powód: brak erekcji i lęk przed tym, że nie zrealizuje się w roli łóżkowego partnera. Najlepiej wspominam związek z dziewczyną, z którą byłem najdłużej, czyli z Igą, w ogóle nie myślała o seksie. Miało być „po bożemu, po ślubie” (śmiech), co z jednej strony mnie bawiło, z drugiej dawało poczucie bezpieczeństwa.

Moja seksualna abstynencja była wynikiem silnego wypierania homoseksualizmu. Wolałem pozostać prawiczkiem, niż sypiać z kobietami. Z drugiej strony nie decydowałem się na seks z facetem w obawie przed tym, że to mi się spodoba. Kiedy po raz pierwszy wylądowałem w łóżku z moim obecnym chłopakiem, Łukaszem, poczułem się dobrze, naturalnie. Tak, jakbym czekał na to od lat. Seks przestał mi się kojarzyć z traumą, a z przyjemnością. Cieszę się, że nie muszę już oszukiwać ani krzywdzić zarówno swoich partnerek, jak i siebie.

Monika Błaszczak, psycholog: Paweł był typowym homoseksualistą, który nie mógł pogodzić się ze swoją orientacją. Bardzo chciał stworzyć szczęśliwy związek z kobietą, ale paraliżowała go myśl o tym, że mogliby razem uprawiać seks. Tak jak wspomina, w jego przypadku stopień wyparcia homoseksualizmu był na tyle silny, że chciał uwolnić się od myśli o stosunku z innym mężczyzną. Uważam, że tylko to było przyczyną wewnętrznej blokady uniemożliwiającej mu spełnienie seksualnych fantazji.

Paweł to nie ja, ale nasze historie są tak podobne... Jeden z komentarzy pod artykułem brzmi: W ramach wciskanego wszędzie na siłę równouprawnienia na koniec wtrącono o skrytym homoseksualiście. Autor tamtego komentarza niech mi wybaczy, że się narzucam swoim istnieniem, że już nie udaję, że mnie nie ma. Przeto autentycznie jestem wdzięczny, że Wam chce się tu mi towarzyszyć...



Rufus Wainwright, Helena Bonham Carter, Out Of The Game z albumu o tym samym tytule, 2012

piątek, 11 maja 2012

Skrzydła


Pierwszy filmik dotyczy Thomasa Bridegrooma, mojego równolatka, zmarłego tragicznie w zeszłym roku amerykańskiego aktora, a przy okazji geja. Historię na początku maja 2012 opowiada jego partner Shane Bitney Crone, z którym był przez ostatnich 6 lat...


Barack Obama jako pierwszy urzędujący Prezydent USA 9 maja 2012 r. stwierdził, że jego osobistym zdaniem geje i lesbijki powinni mieć prawo do zawierania związków małżeńskich.


Maja Kleszcz z projektem incarNations,
Nasza miłość ma skrzydła z albumu Odeon, 2012
(chodzi po mojej głowie od porannej Trójki)

czwartek, 10 maja 2012

Interes

Życia nie da się jednak zaplanować, choćbyśmy nie wiem jak chcieli...

Potrzeba ujawnienia się wciąż nie doszła do realizacji. Gdybym teraz umarł, wciąż jesteście jedynym osobami, które wiedzą o mojej tajemnicy, o nienormatywności w normalności, że to zaakceptowałem i żyłem dalej.

Próbowałem już raz wcześniej wykorzystać okazję, nic tu nie pisząc, ale wtedy nie udało się. Wspominając o planach, niemalże chciałem rzucić jakieś pozytywne zaklęcie, uniemożliwiające ich zniweczenie. Nic bardziej mylnego. Planom na wczorajszy coming out wobec Koleżanki przeszkodził nagły wyjazd służbowy. Dzisiejszym zaś ― nieoczekiwana Współtowarzyszka rozmowy. Na "prapremierę" przy dwóch osobach jednocześnie, w tym jednej niemal obcej, nie zdecydowałem się, choć w trakcie zastanawiałem się, że może jednak wbrew wszystkiemu powinienem spróbować... Dziś odstąpiłem. Co ciekawe, wcale nie czuję się jak tchórz. Teraz to już nie wiem, kiedy Jej powiem. Ani czy będzie pierwsza.

Poobiednim rozmowom towarzyszyło nam kilka drinków (czy ja już mówiłem, że zasadniczo nigdy nie nauczyłem się pić?), które pewnie odczuję przy jutrzejszym wstawaniu... :)

Czy Wam też zdarza się męsko-damska gra słów? Przykładowo, opowiadając Im dzisiaj pewną historię, w pewnym momencie użyłem sformułowania, że w pracy wyłożyłem się ze swoim interesem na biurko... (chodziło mi tylko o rozłożenie papierów!). No co...? :) Przede mną to Koleżanka pierwsza dwukrotnie rzuciła podobnym tekstem... Nam tak się częściej zdarza, a Wam? :)

PS. Czy wyobrażacie sobie, żeby Prezydent RP publicznie powiedział: jestem za legalizacją małżeństw jednopłciowych?


Robbie Williams, My Way, wersja live z Royal Albert Hall, 2007
oryg. (najbardziej znane wykonanie) Paul Sinatra, 1968

wtorek, 8 maja 2012

Na męskim ramieniu

Póki drobną zmianę w wyglądzie dostrzegają tylko kobiety, moim jedynym problemem jest chwilowy dyskomfort bycia w centrum uwagi, na szczęście drobne onieśmielenie z czasem je ucisza :) Jeśli zwracają uwagę heteroseksualni mężczyźni, czuję się już nieco zażenowany i skonsternowany. Zasadniczo jednym i drugim, nie wiem, co mam odpowiedzieć. Tym bardziej, że przecież to nie koniec. Skąd ja do tego wszystkiego czerpię silną wolę...

Znów wracają męsko-damskie żarty wokół skojarzeń i tego, o czym niby jako facet otoczony babkami cały czas myślę :) Przekręcać słówka też potrafię, ale panie, zamiast tłumaczyć to humorem, chyba raczej myślą, że wywołują podniecenie? Dziś nie zauważyłem podobno pociągająco odsłoniętych nóg koleżanki, co za fujara ze mnie :P Gdyby jakiś kolega przyszedł w krótkich spodenkach, nie pozostałby przeze mnie ani na chwilę niezauważony, no ale nie mam co na to liczyć.

Pamięta ktoś "pedałka"? Widziałem, słyszałem. Gaduła, owszem, ale nie większa niż ja :P [jeśli ktoś nieświadomie mi pozwoli :)]. Na pierwszy rzut oka: uśmiechnięty, pozytywnie nastawiony do życia, otwarty do ludzi. Jeśli jego ruchy są spedalone, to moje też. Nic pedalskiego w nim nie dostrzegam. Niestety, pretekstu do rozmowy nie ma. Wydaje mi się, że prędzej jest interesującym heterykiem, niż gejem, ale o grze pozorów też coś wiem, więc nigdy nie wiadomo...

Czy wszyscy geje potrafią wyczuć innego geja w drugim facecie? Czy gejdar jest wrodzony, czy nabyty? Można się tego nauczyć? Ja po latach odwyku niby miewam jakieś przeczucia, których nie potrafię wyartykułować ani uzasadnić, ale pewności, czy to właśnie to jest gejdar, wciąż brak (jak to było? organ nieużywany zanika? :P). Nie mam śmiałości zagadać takiego jednego, choć coś w dziwny sposób przyciąga nasze spojrzenia, ale nie wiem, czy przypadkiem to tylko mi się tak wydaje, a on heteryk nie rozumie, dlaczego mu się tak przyglądam (szkoda, że tak rzadko...). Znów, pretekstu brak, a strach ma wielkie oczy.

Wczoraj wspomnieniem o technikach zagłuszania orientacji seksualnej wprawiłem kogoś w osłupienie. Najwyraźniej mógłbym pisać podręczniki dla obu stron barykady, ale tylko ta jest tego warta...

Maj, miesiąc komunijny, o czym mi przypomniał nieufny post. Czym dla mnie była I Komunia? Pamiętam przygotowywania wiele miesięcy przed, wystrojony kościół, odświętne stroje. Wszystko wczesnym rankiem, na raty, mnóstwo dzieci i jeszcze więcej rodzin. Dla nas dzieci bardzo długa i nudna msza, dookoła ziewanie. To chyba od tamtego czasu z Bogiem mam bezpośrednią linię telefoniczną. Czy ja dostałem jakieś prezenty? Biblia, zegarek, keyboard, walkman. Dziś to jeszcze dalej wszystko zeświecczało.

Niebawem mam się spotkać z koleżanką bez powodów do obaw. Cały czas mam duszę na ramieniu. W końcu, jeśli nie stchórzę ani nikt i nic nam nie przeszkodzi, już nigdy nie będzie mnie postrzegała w ten sam sposób... I nie wiem, jak zareaguje... Trzymajcie kciuki! :)

Ja moje od kilku dni trzymam za Duszka!



30 Seconds to Mars, Kings and Queens z albumu This Is War, 2009

poniedziałek, 7 maja 2012

Życie vol. 2 track 3

Długo-weekendowe wyluzowanie zacząłem sobie nieco wcześniej, najpierw koncert muzyki klasycznej, potem seans filmowy z dyskusją na koniec. Wszystko w środku tygodnia, po pracy, z podróżą do i z, a rano do pracy, więc tylko 4 godziny snu przez dwa dni z rzędu. Na szczęście zasypianie nie zajmuje mi już godzin. Warto było. Szkoda, że na takie koncerty czy seanse nie mam z kim pójść. Moi przyjaciele nigdy by sobie nie pozwolili na takie fanaberie (jak to, w środku tygodnia?!?)... W sumie rozumiem ich. Po co zarywać sen.

Pierwszy weekend długiego weekendu bez wychodzenia z domu, za to sam w domu (bo Domownik wyjechał do poniedziałku). Trochę porządków, trochę blogowania. Podejmowane wcześniej już kilkukrotnie próby dobudzenia się o 5 rano udały się dopiero w niedzielę. Żeby pobiegać. Nie wiedziałem, że świat o świcie jest taki piękny. Słońce przygrzewało, ptaki szalały a ja delektowałem się zmieniającą się wokół przyrodą. Do 8 rano byłem po prysznicu, po śniadaniu (ehh jak to dobrze mieć sałatę i rzodkiewkę z własnego ogródka), po zmywaniu naczyń. Normalnie zeszłoby do 12. Potem fantastyczna rozmowa z kilkoma zaskoczeniami i jedną obietnicą :)

Pierwszy poniedziałek długiego weekendu jeszcze zakręcony, drugi (tj. w środę) i trzeci poniedziałek (tj. w piątek) już na wolniejszych obrotach, bo bez szefa. Czyli w pracy, ale nie chciałem tracić takiej okazji.

Pierwszego maja najpierw dołek. Co ze mną jest nie tak, nie ruszam się z domu, nie mam wielu przyjaciół, a Ci, którzy są, jeśli ja się nie przypomnę, to o mnie zapominają... Telepatia czy co, nie wiem, ale zjawił się u mnie Jeden, wieczorem w trójkę wyszliśmy na koncert.

Drugiego maja po naszych pracach, ani trzeciego, mimo moich prób, wspólne wyjście nie wyszło... Trzeciego, zdesperowany, postanowiłem wyjść sam. Naczekałem się na opóźnioną komunikację, niemal zrezygnowałem, ale w końcu spóźniony dotarłem. Udało się coś zaliczyć, choć to tylko 2 filmy (Dokąd teraz?, Skowyt). Na pierwszym uśmiałem się, ale kilka łez pociekło po policzku. Na drugim przypomniało mi się platoniczne podkochiwanie się w takim jednym chłopaku ze szkoły, w trakcie którego napisałem wiersz-erotyk... Nigdy za poezją szczególnie nie przepadałem. Kolejny raz uświadomiłem sobie, jak bardzo wrażliwi na piękno świata mogą być geje. Po kinie posłuchałem sobie orkiestry młodzieżowej. Sam tak kiedyś grałem (eh, to były czasy)... Potem deszcz, burza, w końcu decyzja: nie przejdzie, trzeba zmoknąć, by wrócić. Zmoknięty dojechałem na kolejny koncert. Warto było, choć wróciłem zziębnięty.

Ostatnia, druga sobota długiego weekendu: czwarty raz bieganie o świcie. Zaczyna mi się to nawet podobać. Późnym rankiem nadrabiam zaległości blogowe, zanim zajmę się porządkami. Nagle telefon, Kuzynka z rodziną wpadnie za godzinę... Sielanka skończona, trzeba zakasać rękawy. Nawet nie wiedziałem, że szafy pomieszczą także nieprasowane ubrania. Szybkie odkurzanie i sprzątanie, szybkie zakupy czegoś do kawy, ale zdążyłem, nim przyjechali. Fajnie było się znowu spotkać!

Ostatnia niedziela znów spokojnie. Chyba zepsuła mi się waga. Stwierdziłem, że nie czuję się mocny w doradzaniu w sprawach miłości (ja, niedoświadczony gej, czy mogę się w ogóle wypowiadać?). Poza tym, zarysowałem sobie koncepcję pewnej sztuki teatralnej. Kiedyś lubiłem pisać, ale życie potoczyło się w inną stronę.

Tak skończył się mój długi weekend. Najbliższe grille były co prawda codziennie, ale dopiero u sąsiadów. Tak niezdrowych rzeczy z resztą już nie jadam.

PS. Obiecuję, że następnym razem będzie jak zwykle poważniej [OK, źle się wysłowiłem :P] mniej przyziemnych rzeczy, za to jeszcze bardziej poważnie :)


Paul McCartney, Only Our Hearts z albumu Kisses On The Bottom, 2012

niedziela, 6 maja 2012

Pasja

Wolny czas można poświęcać różnym rzeczom: partnerce/partnerowi, wychowaniu dzieci, opiece nad rodzicami, pracy po pracy, Bogu, wolontariatowi, pasjom, rozrywkom, nałogom itd. Lub wielu z takich rzeczy naraz.

Ja mam kilka pasji/hobby, które dają niesamowitą frajdę i w pewnym zakresie złudne poczucie pożyteczności mojej marnej osoby na tym świecie... Oddawałem im się tak bardzo, że niemal każdą wolną chwilę po pracy, w weekendy, święta, na urlopie lub na chorobowym, poświęcałem tylko jednemu. Co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście tysięcy godzin w ciągu ostatnich kilku lat, poświęciłem temu specyficznemu "nałogowi" (hobby), który mnie wciągnął na maksa. Rodzice mają mi nawet za złe, że tyle temu poświęcałem. Mama, co prawda początkowo sceptyczna, ale nawet doceniała efekty i chwaliła się mną. Tato nigdy się nie interesował, czym zajmuje się jego syn (to ja lub ktoś inny czasem mu coś szepniemy).

W pewnym sensie stało się to moją odskocznią od codziennych problemów, od ukrywania homoseksualizmu, od udowadniania sobie, że mogę nie być gejem. Mogłem zająć czymś czas (taka zapchajdziura), zrobić coś fajnego dla niektórych osób, a przy okazji nie musiałem nawet tłumaczyć, że nie mam czasu na dziewczyny, odpowiedź przecież była widoczna jak na tacy, jeśli kto dociekał. Oczywiście, nie wszyscy to rozumieli, niektórzy byli zawiedzeni, czekając na moją weselną wódkę, ale generalnie czasu przecież nie marnowałem, więc co wytrwalszym zamykało to usta.

Dzięki tym pasjom poznałem też mnóstwo wspaniałych osób. Większość tylko wirtualnie, niektóre osobiście, z czego bardzo się cieszę. No ale czasem łatwiej było kontaktować się tylko wirtualnie, gdy uzasadnione i nieuzasadnione kompleksy, w tym związane z homoseksualizmem, decydowały o poczuciu niskiej wartości, tak niskim, że nie byłem godzien z Nimi się spotykać...

Czy komukolwiek się przydałem? Czy moja praca była dla kogoś pożyteczna? Nie mnie to oceniać. Być może coś tam w małym zakresie paru osobom troszeczkę pomogłem...

Od dwóch miesięcy całkowicie przerwałem te półtora dodatkowego, darmowego etatu nad tymi pasjami.

Czy moje hobby daje mi szczęście i satysfakcję? W pewnym zakresie, ależ oczywiście, że tak. Nawet dziś — gorzko nienawidząc siebie, a może tylko moje decyzje, jak mogłem wcześniej tak bardzo uciekać przed życiem osobistym — mimo wszystko wiem, że coś tam dobrego zrobiłem. Czy było warto? Naprawdę, nie wiem. Subiektywnie, cena była bardzo wysoka. Żałuję, że obudziłem się dopiero teraz, ale z drugiej strony, byłaby wielka szkoda, gdybym tylu rzeczy nie zrobił, a jednak mi się udało. Powinienem był tylko oprócz tych rzeczy zająć się też innymi... No, ale co się stało, to się nie odstanie, teraz los wciąż jest w moich rękach...

Czy i kiedy powrócę do pasji? Znów nie wiem. Kiedyś na pewno, ale chyba muszę sobie dać jeszcze trochę czasu. Z jednej strony, tęsknię już trochę do tego wiru pracy nad tymi pasjami, jak i do współpracy czy kontaktów z tymi wszystkimi fantastycznymi Ludźmi. Z drugiej strony, boję się, żebym znów nie stracił z punktu widzenia kogoś, kto dla mnie powinien być najważniejszy, a nigdy dotąd nie był, bo go nawet nie szukałem, ani nie dawałem się znaleźć... Bo zapomnieć o potrzebie miłości na krótką (nawet kilkuletnią) perspektywę bardzo łatwo, natomiast w dłuższej perspektywie, te hobby powinny być tylko dodatkami do mojego życia, ale nie powinny go zastępować, przenigdy.



Budka Suflera, Nowa Wieża Babel z albumu Nic nie boli, tak jak życie, 1997

czwartek, 3 maja 2012

Cierpliwość

Ostatnio zastanawiam się, ile można czekać; gdzie kończy się cierpliwość...

Nie wiem, ile jeszcze będę cierpliwie musiał i chciał czekać, aż moje ciało i serce będą gotowe. Bo przecież dopiero co się obudziłem. Szybki skok na główkę i pływanie w głębokiej wodzie, gdy jeszcze nie umiem ani nie przywykłem naturalnie pływać, oznaczałby niewątpliwie utonięcie. Gdybym obrał drogę na skróty, ta mogłaby mnie wyprowadzić na manowce, a przecież zamiary są jasno sprecyzowane, tylko cel tak odległy... O swoją konsekwencję i determinację w powziętych zamiarach się nie boję, ale zegar tyka. Nie spodziewałem się, ani nawet nie planowałem w lutym, jak daleką drogę pokonam choćby do teraz, ani co będzie na horyzoncie. Jedna z moich pasji wykształciła we mnie anielską cierpliwość, która momentami gaśnie lub irytuje. Bo i życie doprowadziło mnie do diabelskiego rozsądku, który niegdyś cenzurował spontaniczność w pewnych sprawach. A przecież to wciąż nie koniec przemiany...

Przy własnym ambiwalentnym stosunku do cierpliwości, nie mam prawa jej oczekiwać od innych ludzi. Zrozumienie uczuć i akceptacja mojej skromnej osoby, mi samemu zajmują trochę czasu. A gdy co do czego dojdzie, to przecież nie mogę zakładać, że ktoś ważny poczeka, a najbliżsi w mig zaakceptują... Życie toczy się dalej, to tylko ja włączam się do ruchu. Może zbyt powoli, a może właśnie za szybko.

Marzę o wehikule czasu, który przeniósłby mnie w najbliższą przyszłość, chroniąc w ten sposób od słabości i błędów w tym czasie, który teraz przede mną. A może raczej, żeby mnie przeniósł w przeszłość, by naprawić młodzieńczy błąd zaniechania i wyparcia. Ale takie wehikuły już dawno opuściły sale kinowe, teraz trzeba sobie radzić w prawdziwym życiu i po omacku szukać źródła światła.

Piosenki mojego dzieciństwa:


Black, Wonderful Life z albumu o tym samym tytule, 1987
ulubiona...




Fancy, Flames of Love z albumu o tym samym tytule, 1988




Europe, The Final Countdown z albumu o tym samym tytule, 1986

wtorek, 1 maja 2012

Przemoc

Znacie tego demota? Mnie nawinął się dopiero dziś:


Moją uwagę, poza tragedią Człowieka, zwrócił podpis: Jestem pewien, że homoseksualizm da się leczyć bardziej humanitarnie. Postanowiłem odszukać, skąd pochodzi zdjęcie i jaka historia za nim stoi.

To nie jest fikcja. 20-letni brazylijski student William dos Santos, woluntariusz organizacji pozarządowych, a przy okazji gej, w lutym br. został zwyzywany od pedałów oraz pobity (stracił cztery zęby, reszta widoczna na ilustracji) w centrum Porto Alegre na przystanku autobusowym w pobliżu uniwersytetu (źródło: sul21, babadocerto). Jeżeli dobrze zrozumiałem, sprawcy widzieli go wcześniej na manifestacji i nie było to gay pride. Oryginalne zdjęcie: Daniela Bitencourt (sul21).


Wydaje mi się, że autor demota mógł mieć nawet szczerze i słuszne zamiary, poniekąd wskazując, że przemoc wobec homoseksualistów jest niedopuszczalna, tak samo jak wobec wszystkich ludzi.

Tylko wyszło jej/mu to opacznie: homoseksualizmu nie można "wyleczyć", tj. zmienić (odsyłam do wcześniejszych postów na blogu, np. To się leczy). Ani humanitarnie, ani przemocą. Pierwsze (próby "leczenia") prowadzą czasami do samobójstw i depresji, drugie czasami do śmierci. Czy czymkolwiek "zagrażamy", żeby nas eliminować?

Ani na tym zdjęciu, ani podobno nawet w chwili ataku, pokrzywdzony nie wyróżniał się. A jednak sprawcy dopadli go za wcześniejszą aktywność.