Długo-weekendowe wyluzowanie zacząłem sobie nieco wcześniej, najpierw koncert muzyki klasycznej, potem seans filmowy z dyskusją na koniec. Wszystko w środku tygodnia, po pracy, z podróżą do i z, a rano do pracy, więc tylko 4 godziny snu przez dwa dni z rzędu. Na szczęście zasypianie nie zajmuje mi już godzin. Warto było. Szkoda, że na takie koncerty czy seanse nie mam z kim pójść. Moi przyjaciele nigdy by sobie nie pozwolili na takie fanaberie (jak to, w środku tygodnia?!?)... W sumie rozumiem ich. Po co zarywać sen.
Pierwszy weekend długiego weekendu bez wychodzenia z domu, za to sam w domu (bo Domownik wyjechał do poniedziałku). Trochę porządków, trochę blogowania. Podejmowane wcześniej już kilkukrotnie próby dobudzenia się o 5 rano udały się dopiero w niedzielę. Żeby pobiegać. Nie wiedziałem, że świat o świcie jest taki piękny. Słońce przygrzewało, ptaki szalały a ja delektowałem się zmieniającą się wokół przyrodą. Do 8 rano byłem po prysznicu, po śniadaniu (ehh jak to dobrze mieć sałatę i rzodkiewkę z własnego ogródka), po zmywaniu naczyń. Normalnie zeszłoby do 12. Potem fantastyczna rozmowa z kilkoma zaskoczeniami i jedną obietnicą :)
Pierwszy poniedziałek długiego weekendu jeszcze zakręcony, drugi (tj. w środę) i trzeci poniedziałek (tj. w piątek) już na wolniejszych obrotach, bo bez szefa. Czyli w pracy, ale nie chciałem tracić takiej okazji.
Pierwszego maja najpierw dołek. Co ze mną jest nie tak, nie ruszam się z domu, nie mam wielu przyjaciół, a Ci, którzy są, jeśli ja się nie przypomnę, to o mnie zapominają... Telepatia czy co, nie wiem, ale zjawił się u mnie Jeden, wieczorem w trójkę wyszliśmy na koncert.
Drugiego maja po naszych pracach, ani trzeciego, mimo moich prób, wspólne wyjście nie wyszło... Trzeciego, zdesperowany, postanowiłem wyjść sam. Naczekałem się na opóźnioną komunikację, niemal zrezygnowałem, ale w końcu spóźniony dotarłem. Udało się coś zaliczyć, choć to tylko 2 filmy (Dokąd teraz?, Skowyt). Na pierwszym uśmiałem się, ale kilka łez pociekło po policzku. Na drugim przypomniało mi się platoniczne podkochiwanie się w takim jednym chłopaku ze szkoły, w trakcie którego napisałem wiersz-erotyk... Nigdy za poezją szczególnie nie przepadałem. Kolejny raz uświadomiłem sobie, jak bardzo wrażliwi na piękno świata mogą być geje. Po kinie posłuchałem sobie orkiestry młodzieżowej. Sam tak kiedyś grałem (eh, to były czasy)... Potem deszcz, burza, w końcu decyzja: nie przejdzie, trzeba zmoknąć, by wrócić. Zmoknięty dojechałem na kolejny koncert. Warto było, choć wróciłem zziębnięty.
Ostatnia, druga sobota długiego weekendu: czwarty raz bieganie o świcie. Zaczyna mi się to nawet podobać. Późnym rankiem nadrabiam zaległości blogowe, zanim zajmę się porządkami. Nagle telefon, Kuzynka z rodziną wpadnie za godzinę... Sielanka skończona, trzeba zakasać rękawy. Nawet nie wiedziałem, że szafy pomieszczą także nieprasowane ubrania. Szybkie odkurzanie i sprzątanie, szybkie zakupy czegoś do kawy, ale zdążyłem, nim przyjechali. Fajnie było się znowu spotkać!
Ostatnia niedziela znów spokojnie. Chyba zepsuła mi się waga. Stwierdziłem, że nie czuję się mocny w doradzaniu w sprawach miłości (ja, niedoświadczony gej, czy mogę się w ogóle wypowiadać?). Poza tym, zarysowałem sobie koncepcję pewnej sztuki teatralnej. Kiedyś lubiłem pisać, ale życie potoczyło się w inną stronę.
Tak skończył się mój długi weekend. Najbliższe grille były co prawda codziennie, ale dopiero u sąsiadów. Tak niezdrowych rzeczy z resztą już nie jadam.
PS. Obiecuję, że następnym razem będzie jak zwykle poważniej [OK, źle się wysłowiłem :P] mniej przyziemnych rzeczy, za to jeszcze bardziej poważnie :)
Paul McCartney, Only Our Hearts z albumu Kisses On The Bottom, 2012