31.10.2012

Halloween

Znajomi chcieli mnie wyciągnąć na jakieś przyjęcie na Halloween dzisiaj, ale nie poszedłem :/

Już nawet byłem gotów iść tam, mimo głośnej zapowiedzi obecności trzech nadmiarowych singielek, choć raczej unikam prowokowania niepotrzebnych sytuacji, których domyślą się nieliczni. Chciałem iść, choć nie dopracowałem planów jutrzejszych i pojutrzejszych spotkań na podwójne ;) święto. I nie, nie złapałem jeszcze przeziębienia. Ani nawet brak charakteryzacji na twarzy czy odpowiedniego przebrania mi nie przeszkodził.

Opuszczając szafę i schodząc z wagi, po prostu zapomniałem przeskoczyć kilka rozmiarówek, kupując także jakiekolwiek ciemne ubrania z długim rękawem. Najnormalniej w świecie, nie mam w co się ubrać. Łatwo powiedzieć, że wystarczy bym włożył czarny sweter i czarne spodnie... Najpierw trzeba je mieć! Może to tylko wymówka? Sam nie wiem. Chyba będę musiał odkupić się dużą ilością cukierków :P

Dopiero teraz sobie uświadamiam, ile mnie w życiu kiedyś mijało. Nie chcę, by dalej mijało, choć czuję niemałą konsternację, że chyba powinienem był stać się dla pozoru... szowinistą, inaczej Baby mnie zjedzą :P a ja Facetowi coś chcę zostawić...

Kolejna Kobieta w pracy próbowała niby to naturalnie, niby niechcący wydobyć, tym razem przynajmniej ze mnie, a nie za moimi plecami, czy na wigilię w grudniu „zaproszę jakąś babę, bo chyba nie chłopa?”. Kilka razy krążyła wokół płci żeńskiej, widząc mój brak zwiększonego zainteresowania, więc mogę przypuszczać, że pytanie nie było o wigilię, tylko o płeć. A że owa Pani dysponuje nie tylko sympatycznym tupetem, bezczelnością i wścibstwem, ale i głupotą też nie grzeszy, to pewnie chwila ciszy oraz obejście tematu dały jej pole do dalszych, tym razem już  bardziej śmiałych domysłów. Na pewno musiała dostrzec, że nie ustosunkowałem się do „baby czy chłopa”.

Czy już rozumiecie, gdy mówię, że bzdurą jest to, że moja orientacja seksualna to moja prywatna sprawa? Musiałbym się odizolować od Ludzi, jak to (na szczęście nieskutecznie) robiłem kiedyś.

Owszem, póki będę mógł, nie mam potrzeby wychodzenia z taką informacją wszystkim wokół. Ale w końcu zdarzą się takie sytuacje, że mi się nie będzie chciało udawać tego, co niektórzy się domyślają lub wiedzą, tylko obie strony perfidnie udają, że niby nie ma nic na rzeczy. Na szczęście, nie zajmuje to już moich myśli.


Arisa, La notte z albumu Amami, 2012



Antonino, Resta ancora un pò z albumu Libera quest'anima, 2012

30.10.2012

Dokąd wzrok sięga

Prawda jest taka, że daleko mi do wulgarności, o którą można mnie posądzać po ostatnim wpisie. Nawet poprzez własne pokorne zgorszenie można dostrzegać, pamiętać i walczyć o godność i szacunek dla Człowieka, pomimo różnego definiowania, rozumienia i postrzegania ludzi, prawd, słów i gestów. Choć łatwo mnie wyrwać z kontekstu i wziąć za kogoś innego, niż jestem, bo przecież to tylko fragmenty nas samych.

Dla ilu z Was jestem człowiekiem? Ilu z Was nie potrzebuje myśleć o mnie przez pryzmat pełnionych ról społecznych, posiadanych dyplomów, zawodowych i prywatnych osiągnięć, życia seksualnego, popełnianych błędów, poszukiwanych cech, wyglądu, słów wypowiedzianych lub niewypowiedzianych, oczekiwanych lub niechcianych, zbyt czystych i pięknych albo zbyt gorszących? Komu niepotrzebne wszystkie etykietki, bo liczy się tylko jakim się jest, próbuje lub chce się być człowiekiem?

Te pytania mógłbym zadać tu wirtualnie, ale i ludziom w realu.

Wiem, że tak daleko wzrok nie sięga, bo ściągają go bliższe ciału jego części. Jednych motywuje to do bycia lepszymi dla ludzi, inni pozostawiają po sobie tylko niesmak.

Czy jest coś moralnie złego w tym, że jakiś byt (istota żywa lub rzecz) komuś się podoba, wywołuje pozytywne emocje na widok, dźwięk, zapach, samą myśl? Sprawia, że dusza się raduje i chce żyć? Czy moralnie złe jest samo odczuwanie, że cudze ciało jest atrakcyjne? Czy takim jest też poczucie atrakcyjności ciała tej samej płci? Jakiejś jego części? Jakiejś części osobowości?

Są ludzie i miejsca, z którymi i w których czujemy się dobrze. Dla których chcemy się zmieniać na lepsze i z czasem nam się to udaje.

Czasami takich ludzi brakuje. Innym razem, nim jacyś ludzie znikną, krzywdzą i na długo pozostawiają złe piętno na naszym życiu. Potem trudno znów zaufać drugiemu człowiekowi. Aż w końcu zjawia się taki, który przypomina nam, dla kogo i dla jakich chwil żyjemy.

Gianna Nannini, Meravigliosa Creatura z albumu Perle, 2004

28.10.2012

Zgorszenie

Po łebkach proszę mnie nie czytać i nie łechtać, bo oboje spuścimy się za szybko na nieprzyzwoite dno ciemnych miejsc, pozostawiając po sobie niemiłe wrażenia, nie zdążywszy poczuć w środku żadnej mocy, a przecież wbrew pozorom nie o to w tym wszystkim chodzi, a wręcz dokładnie odwrotnie, o ile czyta się całość między słowami...

Siewca zgorszenia, który aż do bólu wchodzi za głęboko we wszystkie poruszane tematy, tak naprawdę tylko płynnie ślizgając się po ich zarumienionej powierzchni. Zagubiony w życiu grzesznik, który wielu pięknym Osobom naraz od tyłu ukradkiem odciąga oficjalnie czyste myśli na jedną onieśmieloną i opryskaną po wielokroć twarz zgorszenia.

Chciałbym teraz widzieć Wasze twarze. Tak, tak, tak, te kąciki ust, które niemal stanęły w otworze skrywanego uśmiechu. Otoczonego przez pulsujące policzki, ściekające oparami gorącej śliny wyplutej w trakcie śmiechu.

Czy naprawdę słowa mogą być aż tak twardym mieczem, który wbije się w każdy wąski umysł? Czy wystarczająco lub zbyt dużo zdeprawowałem, by być wysłuchanym?

Serio?

Zniesmaczonych smakiem moich słów przepraszam, można wypluć bez połyku.

Czy to było o mnie? Czy to ma znaczenie, kto jest po obu stronach ekranu? Czy skojarzenia by zaistniały, gdyby nie trafiły na podatny grunt? Czy ja taki jestem, czy taki/taka jesteś Ty, lub moglibyśmy być, tak naprawdę w realu? Czy tego chcemy?

A może jedynie czasem sobie pozwalamy? Może tylko żartujemy, w zawoalowany sposób dowodząc dystansu do samych siebie i świata? Może nie powinniśmy? A może trzeba wiedzieć nie tylko gdzie, kiedy i z kim, ale przede wszystkim, w jaki sposób i po co?

Jeśli za dużo w tym pozornej wytykanej inteligencji, obiecuję poprawę, bo nie o to mi chodziło.


Słowa mają dużą moc, choćby nie były wydrukowane na etykiecie >40% alc/vol.

Słowami i człowiekiem bawić się nie warto. Jedne i drugiego łatwo wykorzystać, skrzywdzić, sprzeniewierzyć. Pomylić z czymś innym, ale wziąć na kredyt, bez możliwości szybszego zwymiotowania. Samemu stać się podartą jednorazówką, którą wiatr hula po śmietniku. Nasze słowa, nasz człowiek. Cudze słowa, inny człowiek. Innych jak siebie, a siebie jak innych.

Niełatwa to sztuka, by rozmawiać z niedoskonałymi ludźmi za pomocą niedoskonałych słów, kiedy samemu jest się niedoskonałym. Kluczem jest jednak szacunek wobec drugiej osoby. I empatyczne zrozumienie niedoskonałości każdego z tych elementów.

Łatwo mówić innym, jak powinni żyć. Oczekiwać, rozliczać, pouczać, potępiać. Bo nasze poglądy są lepsze lub najlepsze, bo nasza nauka i wiara są słuszne, a to Ty nie chcesz się zmienić. Bo Ty wywołujesz zgorszenie, a my takiego Ciebie widzieć i znać nie chcemy. Albo nawet być może my tolerujemy, ale inni nie akceptują, a ponieważ my akceptujemy ich, to nie akceptujemy Ciebie, bo się wychylasz. W ten sposób, choć żeś nasz, toś nie nasz, ani ich.

Owszem, warto czasami pomyśleć, czy i jaki skutek wywołuje nasze zachowanie i nasze słowa, oraz dlaczego nie wychodzą nam i nie oddziałują tak, jak tego oczekiwaliśmy, by wiedzieć potem, czy i jak się odezwać. W obie strony.

Czy aby na pewno to ktoś jest gorszy od nas i to ktoś nie chce naszej prawdy przyjąć? A może to ktoś ma swoje racje, a to my nie słuchamy? A jak stwierdzimy, że przecież słuchaliśmy, to warto się pokornie nawrócić, bo czy na pewno zrozumieliśmy? Serio? Czy zbyt często nie dopowiadamy sobie gotowych odpowiedzi, zamiast po prostu zapytać?

Czy oddziałując na kogoś słowami, określając kogoś jako gorszego, nie jest przypadkiem tak, że dopiero te słowa uczynią kogoś w rzeczywistości takim gorszym, jak go my malujemy, choć wcale taki nie jest? Tylko na zasadzie samospełniającej się przepowiedni, tyle razy komuś coś się wmawia, że potem takim się staje, jak wszyscy dopuszczają, że być powinien?

Zarazem, czy oddziałując na kogoś własnym przykładem, słowami i zachowaniem, nie pozwalamy innym sądzić, że skoro my chcemy i czasem możemy być inni niż od nas oczekuje otoczenie, to również innym wolno więcej, a może wszystko, na innych polach? Czy mówienie o czymś, co dla nielicznych być może faktycznie może wywoływać wstręt, obrzydzenie i odrazę (a kto to sobie wyobraża?), może wywoływać zgorszenie, odciągać od wiary w Człowieka lub wiary w Boga?

Zgorszyć można wieloma rzeczami. Pocałunkiem, trzymaniem się za ręce, randką, widokiem półnagiego ciała na plaży, kawałem z erotycznym podtekstem, zakładaniem tamponu, kupnem prezerwatywy, pocałunkiem z języczkiem, określoną pozycją seksualną, ujawnieniem swojej orientacji, nieślubnym związkiem lub nieślubnym dzieckiem, złamaniem ślubów celibatu, przejechaniem czerwonego światła czy brakiem cierpliwości do własnej rodziny.

Zgorszyć można bez względu na siłę rażenia pełnionych społecznie ról. Tylko czy i kiedy zgorszenie jest uzasadnione? Czy bez podatnego podłoża by nie zachodziło? Czy przypadkiem nie jest łatwo zarzucić zgorszenia, nie pozwalając zaistnieć czemuś dobremu, co dalej po tym następuje? Czy ja już nie mogę w ogóle istnieć, bo może znajdzie się ktoś, kogo samo istnienie niezajętego, wesołego, mądrego, przystojnego i wierzącego geja (być może katolika, na pewno chrześcijanina) też gorszy?



U podstaw mojego grzesznego niedzielnego antykazania, jak prawie w każdym, coś stoi, a jak wiemy, prawie robi różnicę. Na szczęście nie wszystkim, we wszystkim i na wszystkim chodzi o to, żeby cokolwiek stało. Bo stać tak jak my chcemy, to może ileś razy, ale długo na naszym nie postoi.

Historia pierwsza

Pewien młody Człowiek swoje człowieczeństwo i wiarę w Boga oparł o kościelną grupę modlitewną (nie ma znaczenia z jakiego wyznania), która boleśnie odrzuciła Go z powodu Jego homoseksualizmu. Próbuje wciąż wierzyć, ale instytucja złożona z Ludzi uzurpuje sobie prawo do przesłaniania najważniejszych dwóch przykazań oraz Samego Najważniejszego. Wyszło to Im znakomicie, o to przecież chodziło, żeby gejów wypchać poza Kościół. Czyste szeregi w tym wszystkim były najważniejsze, a nie jakiś Pedał. Jeszcze zgorszy swoim istnieniem wszystkim pozostałych i dopiero będzie.

Czy człowiek ten ma prawo być ujawnionym gejem? Czy tamci Ludzie mają prawo totalizować życie jednostki alternatywnym wyborem: albo się wyrzekniesz grzechu, bo my to uważamy za grzech, albo dla nas nie istniejesz? Czy to jest chrześcijaństwo? Która postawa była godna naśladowania? Czy jeśli nasza wizja chrześcijaństwa Tobie nie odpowiada, to czy zabierzemy Ci Twoją? Czy za Twoimi plecami będziemy afirmować siebie uprzedmiotawiając Ciebie jako antyprzykład? Czy Twoje istnienie jest dla nas aż tak gorszące, że nie potrafimy dla Ciebie być poza tym grzechem, nawet jeśli tylko jako grzech chcemy go widzieć?

Historia druga

Pewna troskliwa Kobieta postanowiła nawrócić (nie)pokornego pisarza słów zbyt wielu. Samymi dobrymi chęciami próbowała nadrobić brak argumentacji, nie próbując nawet zrozumieć, co i dlaczego napisano na blogu o darze homoseksualizmu. Bo przecież to Ona wie, czego oczekuje Bóg, bo to ktoś zmienić się nie chce. Nie było tu miejsca na dyskusje, więc każde zranione wycofało się do swojego narożnika. Nie zauważyła tylko, że drugiego zawodnika ściągnęła... spoza ringu. Bo człowiek nawet nie chce przekraczać barierek ringu, bo może blog jest wirtualny, ale istnieje za nim jego prawdziwe życie, poprzez które chce być szczęśliwy i tym szczęściem dzielić się z innymi, a nie zlizywać wiadra pomyj, jakie na niego się wylewa. Bo to nie o to chodzi, by udowadniać i wmawiać swoje racje. Bo życie to nie sala sądowa, na której przegrany oddaje cześć wygranemu.

Kto kogo zgorszył, kto komu odebrać chciał wiarę, a skoro żaden nie chciał, to po co było w ogóle zaczynać? Czy cokolwiek po tym starciu dobrego zostało, skoro tylko jedna strona oczekiwała zmiany? Czy nie lepiej jest spisać protokół rozbieżności i poprzestać na wzajemnym, bezwarunkowym szacunku?

Historia trzecia

Pewien Chłopiec, z czasem młody Mężczyzna, z jakichś powodów upatrzył sobie w niemal rówieśniku obiekt psychicznych prześladowań. Słusznie podejrzewając w nim homoseksualizm, szokował homofobią, poniżającymi i sprośnymi słowami czy gestami, utwierdzając nieśmiałego rówieśnika w tym, że taki być nie chce. Po latach ten drugi coś w życiu osiągnął, a odbijając się od dna depresji, w końcu dorósł do bycia gejem, porzucił przeszłość, uporządkował duszę do życia z darem homoseksualizmu. Dziś nie chce żywić urazy za żadne minione słowa, bo w innych odnalazł swoje przeznaczenie. A co było, no trudno, ale minęło.

Kto w czym gorszy, kto czym kogo gorszy? Kto komu odbiera wiarę w Boga i człowieczeństwo, czy gej chodzący do kościoła, czy dewota wyganiający geja z kościoła, czy zwykły człowiek wierzący a kiepsko praktykujący, postrzegany jako ten lepszy, bo przynajmniej nie-gej?

Historia czwarta

Pewna para Mężczyzn ukrywa swój związek przed światem, nie unikając jednak Kościoła, od którego oczekuje takiej prawomyślności i czystości w sprawie homoseksualnego grzechu, jaką obecnie w Katechizmie deklaruje. Choć z wykonaniem już gorzej, gdy nie tylko we Włoszech pojawiają się księża geje. I nie jest dla Nich problemem zamiatanie sprawy pod dywan tabu, lecz publiczne przyznanie się księdza do tego, że jest gejem. W ten sposób i ja, jako gej uchylający drzwi w szafie dla wybranych (bo za plecami wiedzą swoje), czuję się zrównany z tamtym księdzem gejem. Właśnie za to, że nie udajemy, że nas nie ma. Razem z księdzem gejem dobrowolnie dołączam do zaszczytnego miana gorszycieli.

Czy jakiekolwiek nauczanie może gorszyć? Czy powiedzenie wiernym, że księża też ludzie, też mają orientację hetero- czy homoseksualną, jest już zgorszeniem i samo w sobie odbiera komukolwiek wiarę? Czy -seksualna w nazwie orientacji implikuje uprawianie seksu? Czy bez seksu przestaje się być gejem? Czy tylko o seks w związkach między ludźmi chodzi? Czy dojrzałość emocjonalna i uporządkowanie własnych pragnień i sposobu ich realizacji lub zaniechania, może wywoływać zgorszenie? Czy problemem powinno być ukierunkowanie natury na tę sama płeć, czy też pożytkowanie tego wbrew ślubom celibatu?

Owszem, do księdza geja należy dawanie dalszego świadectwa Jego człowieczeństwa i wiary. Przynajmniej my dwulicowo nie róbmy Mu pod górkę, uważając się za lepszych lub gorszych, bo takich nie ma.

Historia piąta

Pewien mądry Człowiek ma coś ciekawego do powiedzenia, przemyślenia i przedyskutowania z niektórymi Ludźmi w jakimś zakresie podobnymi Jemu. Pomimo odrzucenia przez Kościół, nie wyrzekł się ani orientacji seksualnej, ani otwartości i odwagi do dyskusji, tudzież bronienia innych duchowych wartości. Tymczasem niektóre jego inteligentne słowa trafiają jak groch o ścianę, nawet Jego współbracia w świetle rzucanym przez pryzmat wiary u podstaw pierwszego przymierza grzmią, że przesadza, więc odbiorą mu prawo do odzywania się, bo mówi niewygodne prawdy, które nie są tam mile widziane.

Czy aby na pewno? Może trzeba i taką argumentację poznać, a może nie są niewygodne, a może nie są prawdą? Może nie o to każdemu chodzi? Może każdy zapomina, że po drugiej stronie jest Człowiek? Taki, który sam ma problemy, ale mimo wszystko odpowiednio: jeden mówi, a drugi słucha? Bo przecież nikt nie bije, patrząc jak puchnie.

Historia szósta

Tytułowy bohater Modlitw za Bobby'ego popełnia samobójstwo, gdy odrzucenie przez otoczenie staje się niemożliwe do wytrzymania. Syn nie potrafi pokazać matce, że jej wsparcia potrzebuje ani o co martwić się nie musi. Matka dewotka nie potrafi zrozumieć, że jej oczekiwania wobec syna są niemożliwe i bez względu na to, kto ma rację, powinna była Mu towarzyszyć.

Zgorszenie w Matce wywołał Syn chcący żyć, i w końcu żyjący, z Mężczyzną. Czy jednak to nie Jej postawa wywołała zgorszenie w Nim, że nie mógł przyznać się do wiary w Boga przed własną matką, tylko musiał ją praktykować z dala od Jej oczu, co ostatecznie pozbawiło Jego życie sensu? Czy nie jest tak, że rację mają wszystkie strony, zarówno geje ujawnieni jak i nieujawnieni, tudzież bojący się nieznanego i źle definiowanego pozostali?

Historia siódma

Równie młody bohater Zabiłem moją matkę i jego matka nie potrafią się porozumieć, gdy w czasie młodzieńczego buntu ta nie dostrzega jego problemów, potrzeb i życia, a on nie widzi jej starań, rodzicielskiej miłości i problemów samotnego dorosłego życia.

Czy mówiąc, że kogoś nienawidzimy, naprawdę tak myślimy? A może czasem jest dokładnie odwrotnie, naszym emocjonalnym zaangażowaniem (skrajnie negatywnym) zagłuszamy prawdziwsze uczucie, że wbrew pozorom na kimś nam zależy?

Mógłbym tak jeszcze długo, i wbrew pozorom nie tylko tak, ale już kończę.

Konkluzja

Między nami ludźmi komunikację prowadzimy wprost za pomocą ustnych lub pisanych słów albo niewerbalnych gestów, którym jednak (czy to słowom, czy gestom) każdy nadaje albo przypisuje jakieś swoje własne znaczenie. Każdy ma inny słownik słów i gestów, ustalony w toku dorastania i kształcenia w takim a nie innym otoczeniu. Każdy postrzega słowa i gesty na swój sposób, nie zawsze zgodny z tym, jakie znaczenie postrzega się w innych otoczeniach. Pomiędzy stronami komunikacji tkwią odrębna przeszłość i doświadczenia, powodujące, że inne znaczenie mają słowa lub gesty na wyjściu u nadawcy, a inne na wejściu u adresata. Co więcej, niedoskonałości i zakłóceń z powodu skrótowości, uproszczeń i pośpiechu (przyznać się, ilu przeczytało wszystko powyżej?) doznaje często sam niedoskonały środek komunikacji. Przede wszystkim jednak, zaburzenie w komunikacji powodują emocje. Im silniejsze, tym trudniej prawidłowo się wysłowić, tym trudniej prawidłowo usłyszeć i odczytać, zgodnie z intencjami nadawcy i aktualnymi predyspozycjami odbiorców.

Słowa i gesty mają dużą moc oddziaływania. Deklarowana asertywność kończy się tam, gdzie każdy potrzebuje akceptacji otoczenia, by współistnieć obok, jeśli nie pośród innych ludzi. Ich działanie może przynosić jednostkom i społecznościom wiele dobrego lub złego. Mogą też zgorszyć na wiele sposobów, pytanie tylko, czy muszą i czy są w stanie nadrobić pozorne zło, jakie mogą wyrządzić. Czy jesteśmy otwarci na to, że pomimo zaprezentowania naszej prawdy i sposobu na życie, cudza prawda i sposób na życie będą tak samo równouprawnione, jak nasze?

Czy relatywizm jest przeciwwagą dla totalności absolutnych prawd, w których każdy najchętniej by się odgrodził okopami? Prawd dotyczących sposobu wyznawania wiary, orientacji seksualnej czy moralności, tak konkretniej pisząc? Czy ja muszę mieć rację, ktoś inny musi się mylić, a ja muszę to na każdym kroku podkreślać, żebym mógł praktykować swoje racje? Które racje są tak ważne, aby stosować wobec kogoś powszechny ostracyzm, wykorzystywać władzę państwową do egzekucji kary lub urządzać krucjaty? Czy wszystkie schizmy, wojny, dyskryminacje i totalitaryzmy nas ludzkości jeszcze niczego nie nauczyły?

Czy głośno prezentując własne prawdy, osiągamy jeszcze jakikolwiek skutek tam, gdzie obowiązuje inna prawda? Czy energia, jaką poświęcamy głośnemu sprzeciwianiu się (żeby nie było, że ktoś nam zarzuci, że milcząc wyrażamy zgodę) niepodzielanym prawdom, jest proporcjonalna do efektów, jakie tym osiągamy?

Czy przypadkiem krytykując (każdy odpowiednio niech sobie dobierze, co mu nie pasuje, jakby to wszystko było porównywalne, a przecież nie jest) miłość homoseksualną, dostosowanie płci, in vitro, aborcję, eutanazję, związki i rodziny nieślubne, międzyrasowe, międzywyznaniowe itd., czy aby na pewno nie pozostawiamy po sobie gorszego stanu niż zastany? Serio? Nie widzisz tego?

Czy podejmując się potrzebnej dyskusji, dysponujemy wystarczającą inteligencją i empatią, by nie używać argumentów ad personam? By pamiętać, że jeżeli mówimy o żywych osobach, których to wszystko dotyczy, i w dodatku komunikujemy to tym osobom publicznie, to one mają prawo czuć się dotknięte nie do końca precyzyjnymi słowami, których nie należy przeto upraszczać? Czy argumenty nie mają być prawa wyrywane z teoretyczno-abstrakcyjnego kontekstu w praktyczno-konkretne życie Ludzi z krwi i kości, którymi targają żywe i prawdziwe emocje, którzy również zasługują na godność, pomimo tego, że z pozoru (dla dyskursu) albo faktycznie się z nimi nie zgadzamy?

Czy jeśli nasze słowa nie osiągają zamierzonego celu lub żadnego im nie nadawaliśmy, a jakiś niechciany lub nie do końca przemyślany osiągnęliśmy, to nie powinniśmy w ślad za tym podejmować jakichś działań naprawczych i korygujących? Mówić inaczej, albo zrezygnować, jeśli nie potrafimy?

Jaki jest w ogóle cel dyskusji, jeśli nie może się skończyć żadnym wnioskiem, albo po ustaleniu wzajemnych rozbieżności, każda ze stron pozostaje przy swoim? Moim zdaniem, wartością dodaną takiej rozmowy jest wzajemne zrozumienie, szacunek i zdolność do pokojowego współistnienia pośród siebie, bez nienawiści i irracjonalnego strachu przed nieznanym.

Nie rzecz bowiem, by milczeć, ani krzyczeć, ani by oczekiwać jednego lub drugiego, ani każdemu wytykać najczulsze punkty, lecz by wzajemnie siebie nie gorszyć. Nie odbierać wszystkiego (wiary, godności człowieka) tylko dlatego, że rzekomo moja prawda Tobie nie pozwala czegoś mieć. Nie pozbawiać prawa do bycia członkiem społeczności, gdy kamienie w rękach mają wszyscy.

Na zaliczenie wykładu panie otrzymują czwórki, panów po zaliczenie proszę na priv ;)


Gerardo Pulli, Sei z albumu o tym samym tytule, 2012

20.10.2012

Varsovie

A ja jak zwykle spóźniony, bo wszyscy zdążyli już odblogować i odkomentować pamiętny poniedziałek, tylko nie ja... Pocieszam się, że ostatni bywają pierwszymi ;)

Tymczasem cofnijmy się dwa tygodnie wstecz... Może ostatnio znajduję mniej czasu na blogosferę, ale że Vermis nie pierwszy raz chciał się wymigać przed zasłużonym(!!!) wyróżnieniem oraz że spiknął sobie Agatę i Iw-nową na oprowadzanie w Warszawie, to wiedziałem zawczasu.

Nie wiedziałem natomiast, że niewinnie rzucony za moimi plecami żart i zakład (ja Wam dam... ;) tak za moimi plecami, bez mojej zgody... tam to się inne rzeczy mogą dziać, ale nie takie :P żartuję :*) spełni się w realu, bo spontanicznie (ha, troszkę za radą Mr_Unknown’a) przystałem na propozycję bycia skromną częścią tej pięknej historii w Warszawie, choć moja podróż trwała dłużej niż wspólne spędzone chwile. I nie wiem, co bardziej zdziwiło mojego Ojca i kilka Osób w pracy: termin spotkania (jechać do Warszawy na poniedziałek, a nie na weekend?!? a we wtorek z powrotem do pracy?!? co lub kto może być takie ważne?!?), czy fakt, że zapytany bez ogródek odpowiadałem, że jadę poznać kilkoro wspaniałych Ludzi, zaprzyjaźnionych blogerów poznanych przez internet. Samo podróżowanie może już nikogo nawet nie dziwi.

W ostatnim czasie trochę się najeździłem po Rodzinie (wcale nie walcem) w ramach podtrzymywania więzi i pielęgnowania żywego drzewa genealogicznego. A co, mam po prostu wspaniałych Krewnych, z którymi na co dzień brak czasu na spotkania, a wielu dalekich i jeszcze dalszych krewnych po prostu wciąż nie poznałem osobiście, choć tyle się listownie, telefonicznie i wirtualnie znamy. Co prawda przez to częściej muszę się tłumaczyć z braku dziewczyny, ale trudno, już nie kłamię, choć większość jeszcze nie przekroczyła oczywistej bariery.

Przyszła mi niegłupia myśl do głowy, by odwiedzić jedną czy drugą Rodzinę w Warszawie, ale za późno się do tego zabrałem. Zamiast tego wyszło, że najwyraźniej nie znam dość dobrze pewnej Kuzynki, a Ona nie zna mnie. Myślała, że grzeczny, spokojny i ułożony ze mnie chłopiec, na którego życiu nie ma żadnej rysy. No może tak trochę było z przyczyn leżących u początku niniejszego bloga, ale nie do końca, bo niespożyta energia we mnie kipi, tylko nie wszystko i wszędzie wypada, a każdy miewa wiele masek, różne natury i oblicza, jak i wiele przeżyć, które wpływają na to jak nas widzą. Podświadomie wiedziałem natomiast, że mam do czynienia nie tylko z pięknym, ale równie inteligentnym Człowiekiem, dla którego rysa świadomie pokazana pomiędzy moimi słowami będzie doskonale widoczna pod tylne światło. Nie wiedziałem tylko, że mam przyjemność z pocieszycielką niniejszym niejednego Geja, dla której nie muszę nazywać rzeczy po imieniu, by się domyśliła. Chciałbym Ją poznać na żywo, sympatyczna z niej dusza... Nasze ramy czasowe okazały się jednak zbyt ograniczone, ale niebawem mam na liście rezerwowej 11 listopada, więc może...

Czasami jestem bardziej śmiały i otwarty niż wypada, a potem różne z tego rzeczy wypływają. Niechcący podglądając Vermisa w szafie, popłynąłem lawiną nie mniej zwariowaną, niż ja sam ukrywający się w głębi mojej niedoskonałej osoby.

Po całonocnej podróży nieogrzewanym pociągiem do zimnej Warszawy o mglistobladym świcie przywitał mnie ciepły uśmiech V. (hmm, wybacz, jednak nie taki jak tamtego lipcowego Kierowcy hotelowego z Krakowa :P) oraz gorąca kawa wypita we trójkę z MrU.

Po chwili doszła z nami A., prowadząc niby przypadkiem poprzez zbawienne tęczowe zakątki (częściowo spalone na początku tego samego przedłużonego weekendu) oraz miejsca z czerwonymi tabliczkami — do pięknej łazienki bez dachu.


Przez kilka godzin spaceru zaczęliśmy i nie skończyliśmy wielu tematów oraz zmęczyliśmy nogi. Mieliśmy z A. taki plan, że ja masuję nogi jednemu, a A. drugiemu ;) :D. Niestety Chłopaki nie dali się rozdzielić, chodzili ze sobą tak nierozłącznie, że po chwili nawet wyciągnięty na wierzch aparat zdawał się Im nie przeszkadzać ;) A takimi i innymi pięknymi widokami, nie tylko tymi nieśmiało uciekającymi przed obiektywem, nacieszyć się nie mogłem.





Otrzymaliśmy od A. piękne ręcznie robione sówki z tęczowymi sercami, a dla mojej przyszłej oby Chrześnicy dostałem także ręcznie (nie-ustnie) haftowany obrazek, swoją drogą idealnie pasujący do ścian Jej (niestety nowego) pokoju :) Dziękuję raz jeszcze :* Był też specjalny gość parkowej wizyty. A nawet goście. Tylu wiewiórów naraz chyba nigdy nie widziałem :D

Gdzie moje orzeszki?!? Oddawaj!



Jeszcze większa urosnę...


Szkoda, że A. nie została z nami dłużej. Chyba wystraszyła się tego kolorowego pana, który zmierzył z góry na dół To, co nie Jego, choć akurat Nią nie był zainteresowany ;) A raczej pobiegła szukać okupu ;) dla PM i córci, którzy zostali w domu. Tak sobie myślę, jakie to szczęście, że Państwo oraz Państwo, każde odpowiednio, mają siebie... :)


Potem załapaliśmy się za to na domową wizytę u Iw, która przejęła wartę (Wisłę) od A. Może akuratnie ja jako niezapowiedziany gość powinienem był się czuć cokolwiek skrępowany, ale kiedyś zaczęliśmy rozmowę o Berlinie, tak jakoś nie było okazji się lepiej poznać, a towarzystwo było tak serdeczne, że nawet nie w głowie mi było uciekanie :) A w domu na szczęście prądu starczyło na pyszną kawę wypitą przy pysznym serniku z grzybków. Dziwne to uczucie podążać śladami tego, co chwilę wcześniej widziało się wirtualnie, a przecież za każdym virtuum siedzi czyjeś prawdziwe życie :) Czuję niedosyt tej pozytywnej energii i życiowej mądrości, których ledwie cząstką Iw dzieli się ze swoimi Czytelnikami :)

Niestety czasu nie było wiele. Wróciliśmy do centrum, przy okazji zwiedzając wszystko na kółkach, ku uciesze nóg Nieznanego. Tam w błysku własnych reporterskich fleszy ;) odprowadziłem V., MrU. i Iw na główną uroczystość tego dnia.

Narodowy (jeszcze nie zatopiony):


Niektóre pedały nie tylko zaglądają do kościołów...


Potem spędziłem jeszcze rozmawiając kilka godzin chyba z Nim. Szkoda, że mieszkając tak daleko, nie mogę częściej wpadać choćby na kawę czy piwo, by posłuchać, pogadać, powymieniać doświadczenia, tak po prostu jak z Przyjacielem. Dziękuję.

Będę mało oryginalny, ale... Bilet kolejowy w jedną stronę — ok. 60 zł. Jedna kawa — 12 zł. Poznać pięciu wspaniałych Ludzi — bezcenne. Dziękuję! :* :) I ja poproszę o następny raz i więcej czasu :)


Monika Brodka, Varsovie z albumu LAX, 2012

13.10.2012

Moje

Nieodparcie dochodzę ;) do tych momentów na blogu, w których nie wiem, czy jego dalszym celem powinna być dalsza autoterapia związana z przywracaniem mojego prawdziwego „ja”, a może jakaś relacja ze zmian w życiu geja, może po prostu pamiętnik tęczowo-szarej codzienności, tudzież jakieś pseudofilozoficzne rozmyślania nad Szalenie Ważnymi Sprawami? Albo powinienem się po prostu zamknąć? :)

Nowych Gości mogę w tym miejscu odesłać do początków bloga, gdyż blog, jak i jego autor, przeszedł nieco zawiłą drogę, za którą wstecz ja nie patrzę, ale jej zrozumienie może rozwiać dysonans poznawczy. O ile palce autora nie wypieściły zbyt wysublimowanych słów, o ile nie tylko klawisze mogą z mych palców mieć jakąś przyjemność...

Nie tylko z resztą moje słowa bywają trudne do zrozumienia. Koleżankę irytowało, że nikt nie potrafił jej zrozumieć, zaśmiałem się więc, że to dlatego, iż nie posługuje się prawidłowo językiem ;) polskim. Jak to między nami bywa, nikt nie usłyszał już słowa „polskiego”, ani co potem wypłynęło z mych ust... Tak to ma chłop rodzynek w babskim cieście :) że kobiety myślą tylko o jednym.

Oglądałem niedawno komedię Paryż-Manhattan w duchu Woodego Allena. Nie mogę odnaleźć tytułu i wykonawczyni jednej z piosenek, prawdopodobnie skomponowanej przez Cole Portera, może ktoś kojarzy?

Ktoś mógłby pomyśleć, po co gejowi oglądanie romantycznej komedii o miłości pięknej kobiety i mężczyzny. W dodatku, oglądanie w pojedynkę pośród kilkudziesięciu par hetero (gwoli ścisłości, na sali dostrzegłem też samotne kobiety). Że niby to film nie dla mnie, nie o mnie...

No oglądam czasem takie filmy, bo lubię. Bo jestem normalnym człowiekiem (ha ha, ale naiwniak), może przez moment wolnym, niespełnionym i samotnym, ale z natury towarzyskim i radosnym. Bo lubię się cieszyć z każdego szczęścia bez względu na jego orientację.

W filmie ktoś powiedział, że czyjś poprzedni facet był bogiem, a bogowie nie kochają, co najwyżej pozwalają się kochać... Ideał nie zazna prawdziwej miłości, lecz puste uwielbienie. Tym mocniej przypominam sobie, że czekam na Człowieka i jestem człowiekiem. Szukam prawdziwego, z krwi i kości, taki też chcę być, nie za idealny, realny. By być zdolnym do pokochania, by być zdolnym do bycia kochanym...

Całe życie uciekałem od miłości, która teraz zajmuje umysł, bo serce suszę po przedwczesnym wytrysku.

Czy ja mam w ogóle prawo do szczęścia i miłości, gdy sumarycznie tyle nieszczęścia i nienawiści wokół, gdy inni mają ciężej lub nie mają w ogóle? Żeby uspokoić jednych (a oburzyć drugich, wszystkim nie dogodzisz): ależ oczywiście, że mam prawo do mojego własnego szczęścia i miłości. Już dawno uświadomiłem sobie, że świata nie zbawię :P, choćbym z rzadka miewał jakiś nie-negatywny wpływ na innych Ludzi. Ja też się tutaj liczę, można nawet uprościć, że póki co najbardziej w moim życiu liczę się ja sam. No nie chcę, w tym szkopuł, że dzieci mieć nie mogę, a uczynić centrum mojego życia, być świątynią dla czyjegoś serca, dopiero niedoskonale chciałbym być, póki co upajam się moją zaje* samotnością :P

Co powinno być dla nas ważniejsze, szczęście pojedynczej ludzkiej jednostki czy też szerszej społeczności? Dążenie do indywidualnego dobrobytu materialnego i psychicznego, czy też samozadowolenie całego społeczeństwa lub jego określonej części? Czy można deptać po interesie jednego człowieka ;) uzasadniając to interesem wszystkich ludzi?

Dawno temu w innym miejscu zastanawiałem się, do czego prowadzi współczesny indywidualizm, czy rzeczywiście przedkłada dobro jednostki nad dobro wspólne, czy bezinteresowność ma jeszcze rację bytu.

Większość z nas chyba zgodzi się, że dobro jednostki nie może być stawiane ponad dobro ogółu. Moja wygoda czy moje prywatne szczęście nie może odbywać się kosztem innych, granicą wolności jest taka sama (!) wolność drugiego człowieka.

Do tych wszystkich wyświechtanych oczywistości chciałbym dodać jedno spostrzeżenie. Trudno pracować na dobro wspólne, jeśli nie czuje się z tego indywidualnej korzyści. Trudno być uczynnym altruistą bezinteresownie pomagającym innym, jeżeli mimo szczytnych celów, nie przynosi to jakiejś osobistej, egoistycznej satysfakcji i samozadowolenia. Trudno pracować na szczęście ogółu, jeśli po drodze nie ma choć obietnicy dobra własnego. Choćby po przejściu na drugi, nie-cielesny świat.

Oczywiście, że szczyci się, gdy ktoś mimo własnego nieszczęścia, potrafi rozdawać szczęście wokół siebie. Ale nie można tego oczekiwać od innych. Oczywiście, że w społeczeństwie należy promować nie tylko dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb i marzeń, lecz w pierwszej kolejności uczyć i przypominać, że nie jesteśmy sami na tym świecie, a poza nami i tymi ludźmi, z którymi chcemy przebywać lub przebywamy, są jeszcze inni, którzy też mają pewne potrzeby bytowe i wyższe, ale już niekoniecznie zasoby do ich zaspokajania.

W tym sensie, wydaje mi się, że dobro jednostki jest równie ważne jak dobro ogółu, bo bez tego pierwszego niemożliwe, a w każdym razie w masowej skali praktycznie nieosiągalne, jest skuteczne dążenie do tego ostatniego. Byleby tylko własne dobro nie przesłaniało tego wspólnego dobra.

No, i jak zwykle, nie miałem o czym pisać, a frontalnie pomazałem twarze wielu zagadnień.

07.10.2012

Uśmiech

Jakoś ostatnio uśmiech rzadziej gościł na mojej twarzy... Dlaczego uświadomiłem sobie, jak wiele z Kimś mnie ominęło, dopiero gdy już było za późno? Czego oczekiwałem? Czy i czego oczekiwał? Dlaczego odpycham od siebie osoby, na których mi zależy? Wiele pytań i żadnej odpowiedzi. Już ich nie szukam, bo ta żywa Odpowiedź już nie słucha pytań.

Podobno niektórzy Ludzie pojawiają się na ścieżkach naszego życia, by pokazać i otworzyć przed nami dalsze drogi. Z każdej lekcji trzeba wynieść jakąś naukę. Wszystko fajnie, tylko ja nie chcę instrumentalnie traktować Ludzi, nie chcę ich jako nieme nuty codzienności, lecz jako muzykę mojego serca, chcę grać w czyimś, nie słowami, lecz sobą. Warto być mądrzejszym post factum, skoro niczego innego z moim udziałem nie ma. Przepraszam. Dziękuję.

Uciekając przed takimi myślami, korzystam z okazji, ukulturalniam się, podróżuję. Wsłuchuję się w serce i duszę, czy jeszcze bije w nich miłość. Próbuję myśleć pozytywnie. Uśmiechu może więc teraz często nie widać na twarzy, ale zakamuflowałem go w sercu, trzymam go tam na specjalne okazje...

Porannego świata natury bieganiem przed pracą poznawać już nie mogę, ale gdy tylko trafia się okazja, korzystam, chociażbym był gdzieś tylko przejazdem, chociażby ćmienie głowy przypominało o wieczorze, chociażby nie tylko na dworze padał zimny deszcz.

Ostatnimi czasy jakoś nierzadko znajomi mnie nie poznają, komentują zmiany, pytają o przyczyny, głośno domyślają się kobiety, cicho powstrzymując inną możliwość. Choć wydaje mi się, że niektórzy się już domyślają, przecież przestałem poświęcać mój czas i energię na maskowanie. Momentami wszystko wydaje mi się tak oczywiste.

Bezczelnością jest wmawianie gejom, że orientacja seksualna jest prywatną sprawą, że nikt nam nie wchodzi do łóżka. Ja również żyję, oddycham, chcę opuścić cztery ściany mieszkania. A pytań, rozmów i żartów o partnerce płci przeciwnej nie zliczę. Niemal wszyscy bez wyjątku interesują się cudzym prywatnym życiem i cudzym łóżkiem. Owszem, większości z Was poza tym blogiem nie pozwalam do mojego wchodzić, ale sami to robicie, nawet za moimi plecami (przecież aż tak głupi i głuchy nie jestem). Akuratnie na kłamanie ochoty nie mam, dlaczego miałbym, bo Wam tak wygodniej? Ja milczę wymownie... ;)

Chyba czasem za bardzo milczę o tym, kogo pragnę, że to o faceta chodzi. No bo tak generalnie, to przecież z większością nie rozmawiam teraz o niczym innym, niż rozmawialiśmy wcześniej. No i niektórzy znajomi chyba mi nie dowierzają. Cichaczem czekają, aż się rozmyślę, nawrócę. Być może nawet sądzą, że żartowałem. Nie mieliby nic przeciwko, gdybym wykorzystał sytuację, że leci na mnie jedna czy kolejna laska (wybaczcie, nie moje słownictwo). Cieszyliby się, gdybym uległ (?!? chyba musiałbym być nieprzytomny, żeby do czegokolwiek doszło :P wybaczcie). Gdybym dla przekory i dowodu spróbował zaszaleć z takimi na imprezach. Cóż, kompletnie mnie nie rozumieją. Fakt, że muszę się od kogoś nauczyć większej śmiałości.

Znam kogoś, kto namiętnie wyhacza laski, bynajmniej nie facetom, po prostu zalicza młode studentki, imprezowiczki, internautki. Wiele. Naraz. I znam też taką, co takich frajerów namiętnie wykorzystuje. I tak sobie głośno myślę, dlaczego większość (w tym ultrakatolicka!) to akceptuje, a tak łatwiej przychodzi nietolerancja, krytykowanie i wpieranie hedonizmu u gejów? Akceptuje, akceptuje, nie zaprzeczajcie — bo o swoich milczy, a mnie znieść nie potrafi, gdy tylko pada cień podejrzenia. Bo niektórzy (po obu stronach barykady) nie udają, o co im chodzi? Ja też nie udaję, tylko w ciut innym kierunku, to też moje brzemię. I wcale nie chodzi mi o to, żeby podnosić larum. Przeciwnie, milczmy i mówmy równomiernie i proporcjonalnie.

Pośród niemałej liczby osób, którym to ja ujawniłem moją orientację seksualną (o przyczynach coming outu wielokrotnie wcześniej pisałem na blogu, odsyłam więc do wcześniejszych wpisów), znam też kogoś, kto może ukrywać to samo co ja kiedyś... Obawiam się, że moim wyznaniem w ten sposób z „problemem” zostawiłem go samego, bo ja przekroczyłem Rubikon, a on został na drugiej stronie rzeki.

Bardziej niż ja i Wy, tylko jeden Bóg wie, jak bardzo mnie samemu był potrzebny coming out (dla niewierzących najlepiej wiem tylko ja sam). Zrobiło mi się przykro i czuję się winny, że być może byłem ślepy i egoistyczny. Owszem, ja też musiałem pobłądzić, by odnaleźć właściwą drogę. Dla niego mogę tylko czuwać, być obok, gdyby potrzebował pomocy. Mogę być o wiele bardziej naiwny, może to on dawno nie ma z tym problemu albo w podejrzeniach nie ma nic na rzeczy. No taki to popie******* świat, że ze sobą nie rozmawiamy, że oceniamy po pozorach.

Nie zamierzam jednak nikogo wyciągać z szafy. Nie podoba mi się, że w pracy jedna koleżanka intuicyjnie jest święcie przekonana, że ktoś inny to też gej. Moim skromnym zdaniem, wierutnie się myli. A tak w ogóle, nawet gdyby, to co z tego, że gej, zwłaszcza że wówczas byłaby to jego sprawa, jeśli sam tak siebie jeszcze nie postrzega.

Ktoś przypomniał, że jedni poznają świat intuicyjnie i od razu wiedzą, czego chcą i jak to realizować, ale inni potrzebują percepcji, doświadczeniem poszukiwać sensu życia. To oczywiście dwie skrajności, ale ukazują sedno: wszyscy bywamy uczniami życia.

To uczy mnie pokory wobec życia i tego, co z sobą nosi. Ja nie krytykuję, ja nie jestem od oceniania ludzi i ich postępowania, od pouczania. A przynajmniej próbuję w sobie powstrzymywać takie zakusy. Póki trwamy w szacunku, póki w życiu jest prawdziwa miłość, póki siebie nie krzywdzimy, wszystko to ma sens. Bo miłość zwycięża nienawiść.

Nie rozumiem, dlaczego tak wielu ludzi uzurpuje sobie prawo do oceniania, pouczania i nakazywania. Jedni twierdzą, że wcale nie oceniają człowieka, tylko jego zachowanie, bo nie wszystkie góry trzeba zdobywać, bo nie we wszystkie doliny należy wpadać. Inni przypomną, że to nie ocena, to nie porównywanie ze wzorcem, to nie spłaszczanie do zunifikowanej przeciętności. A prawda jest taka, że czasem trzeba zbłądzić, by siebie odnaleźć, podczas gdy karkołomne tłumaczenia, że rzekomo nie oceniamy człowieka, maskują tak naprawdę potępianie właśnie samego człowieka, bo przecież to on nie chce się zmienić.

Jako domorosły filozof ;) rozumiem, że pragnienie władzy, podobnie jak miłość, jest jednym z wrodzonych dążeń człowieka. Rozumiem, że grupa ludzi, aby ze sobą w miarę spokojnie i harmonijnie współistnieć, by tworzyć społeczności w miejscu przebywania lub według cech wspólnych (naród, państwo, kościół, samorząd, szkoła, praca, stowarzyszenie itd.), potrzebuje liderów (władców i autorytetów) oraz jasnych wytycznych (prawnych norm postępowania).

Niesie to z sobą ryzyko, że liderzy pobłądzą. Że wytyczne będą nadinterpretowane, przeinterpretowane, niedointerpretowane. Że będzie więcej samozwańczych autorytetów. Zamiast współistnienia we wzajemnym szacunku, promują nienawiść pod zawoalowaną postacią. Tłumaczę sobie, że ci, którzy liderują, którzy interpretują, to także ludzie, tak samo niedoskonali i omylni. Że tylko zapominają, jaka ich rola dla społeczeństwa.

Tłumaczę sobie, że ocenianie innych i dążenie do władzy (wpływu na innych) to naturalna skłonność, bo tak wychowujemy i uczymy dzieci, bo tak zarządzamy w pracy, bo często tak uzyskujemy zdanie większości w grupie. Nie mam dzieci, jestem szarą mrówką, która chyba dobrze wypełnia się w podpowiadaniu, by to inni podejmowali decyzje. Ale ktoś je musi podejmować, czasem to my musimy przyjąć taką rolę, choćbyśmy nie chcieli.

Nie odmawiam więc prawa do oceniania (człowieka/zachowania, zwał jak zwał) siebie samego, naszych partnerów i partnerek, naszego otoczenia, chociażby niedoskonale po pozorach i domysłach, jeśli w nic lepszego (choćby milczenie) nie potrafimy się wsłuchać. Tylko pamiętajmy, co chcemy osiągnąć komunikowaniem naszej jednoznacznej lub z pozoru subiektywnej („ale mogę się mylić”) oceny. Czy sucha ocena zmotywuje kogoś do zmiany? Czy oceniając za cudzymi plecami, pozostawię cokolwiek kreatywnego? Czy naprawdę jestem pewien, że dla tej konkretnej osoby moje niedoskonałe słowa mają zbawienną moc sprawczą, by ktoś zachowywał się tak, jak to ja chcę? Czy mam prawo tego oczekiwać? Wiem, wiem, ja też tak czasami czynię, bo zapominam, kim nie jestem. Bo zapominam, że mógłbym nie istnieć, a jednak jestem. Wciąż za mało we mnie człowieka.

Dostrzegam jednak, że pozytywna lub negatywna ocena powinna mobilizować mnie do zmian. Po owocach mnie poznają. Ja też nie lubię zbierać ocen, bo nie wszystkie negatywne są usprawiedliwione, bo nie na wszystkie pozytywne zasługuję. Ale czasem w ten sposób trzeba być żywym świadectwem człowieczeństwa. Nastawiać drugi policzek, dowodząc pokory. Wystawiać pierś, dając przykład innym, choćbyś wcale liderować nie chciał, ale ktoś musi, i dobrze, że to ty. Pamiętajmy o tym. Cieszę się, że wszyscy jesteśmy, nawet wkrótce realną, cząstką wspaniałej historii ;)

Nie zmienię się, nawet gdybym próbował, nawet gdybym chciał...



Macklemore & Ryan Lewis, feat. Mary Lambert,
Same Love z albumu The Heist, 2012
(dziękuję!)



Piotr Niesłuchowski ft. Ania Dąbrowska, There is nothing wrong, 2011



Antony & The Johnsons, feat. Danish National Chamber Orchestra,
Cut The World, 2012



Poluzjanci, Zamykam oczy z albumu Trzy metry ponad ziemią, 2011



ATB, feat. Tiff Lacey, Still Here, z albumu Future Memories, 2009



Demi Lovato, Skyscraper z albumu Give Your Heart A Break, 2011



Marina and the Diamonds, How To Be A Heartbreaker z albumu Electra Heart, 2012