15.02.2012

Początek

Wczoraj w końcu obejrzałem w telewizji film "Tajemnica Brokeback Mountain". Nigdy wcześniej go nie oglądałem i choć wiedziałem, że kiedyś go obejrzę, to nie wiedziałem, że wywrze na mnie takie wrażenie i tak boleśnie przypomni mi o moich problemach, z którymi dotychczas nie próbowałem się nawet zmierzyć. Nie wiem, dokąd doprowadzi mnie blog, ale czuję, że muszę się z tym zmierzyć.

Jestem gejem.

Nie, właściwie, to nie czuję się gejem. Raczej mężczyzną, który zamiast do kobiet cholernym przekleństwem odczuwa pociąg do mężczyzn. Wcale się o to nie prosiłem, nie wybierałem tego, nikt mnie nawet nie zapytał o zgodę.

Staram się utrzymywać to w tajemnicy przed rodziną, znajomymi, w pracy. A nawet przed samym sobą, choć co najmniej w tym ostatnim przypadku z marnym efektem.

Skończyłem studia, mam mieszkanie, dobrą pracę, osiągam sukcesy. Mam hobby. Obracam się w wąskim (ale jednak) gronie przyjaciół, znajomych i rodziny. Jestem raczej towarzyski i rozmowny, łatwo zawieram nowe znajomości, choć czasem na początku zdarza mi się być nieśmiałym. Niektórzy chyba mnie nawet lubią (nie mnie to oceniać). Zawsze mogło mi się gorzej ułożyć, więc nie zwykłem narzekać.

Ale też nie mogę lub nie chcę szczerze odpowiedzieć na pytanie, czy jestem szczęśliwy, zadowolony, spełniony. Kurczę, nigdy nie zadawałem sobie takich trudnych pytań. Na pewno coś mi doskwiera.

Jako nastolatek nigdy nie ośmieliłem się szukać kontaktu z płcią żeńską, ani tym bardziej męską. Zawsze byłem raczej ułożony, spokojny, pilnie się uczyłem i nie sprawiałem większych kłopotów Rodzicom. Wychowano mnie po katolicku. Zamiast szukać, sprawdzać siebie i swoją tożsamość seksualną, sam dobrowolnie rzuciłem się w bardziej pożyteczne rzeczy. Najpierw były studia, później praca, w międzyczasie różne pasje. Tak było łatwiej, lepiej, na razie, a później się zobaczy.

Teraz w kalendarzu życia stuka mi 30-tka. Dalej jestem singlem i coraz bardziej czuję się samotny pośród tak wielu ludzi. Nigdy przecież nie ślubowałem celibatu. A mimo to do dziś zachowałem czystość, tak wyszło. Ale nie o samą bliskość cielesną mi chodzi. Pracą zawodową i różnymi pasjami próbuję zakrzyczeć w myślach potrzebę bycia z drugim człowiekiem, kochania i bycia kochanym. Ukryć tę głęboką tęsknotę za moją drugą połówką. Wmówić sobie, że mogę być sam. Do końca życia.

Nie, nie mogę :( Nie potrafię, nie chcę... ;(

Myślę, że każdy człowiek jest stworzony do miłości. Ja potrzebuję dzielić się miłością z inną osobą i podświadomie czekam na taką miłość. Tak, wiem: jest miłość do rodziców, rodzeństwa, rodziny. Jest miłość do bliźniego. I przede wszystkim miłość do Boga. Na wszystko jest miejsce. Ale to nie wszystko. Jest jeszcze taka miłość, która z dwojga ludzi czyni spójną całość. Czuję, że nie spełniam się, nie wyczerpuję się w samotności, że nie takie było moje powołanie.

Jeszcze niedawno nie sądziłem, abym ja mógł być w związku emocjonalnym z innym mężczyzną. To byłoby coś zupełnie nie do pomyślenia, absurd, nie do zaakceptowania nie tyle przez moje otoczenie, co przeze mnie samego. Wyobrażałem sobie, że kiedyś jakoś zakocham się w kobiecie, kiedyś ożenię się, założymy rodzinę, będziemy mieć dzieci. Nie wiem jak. Jakoś samo miało to przyjść. Nie myślałem o tym.

Teoria zbyt długo pozostawała teorią. Być może zbyt dużo czasu dawałem sobie na przemyślenia, jakby to było. Co by było, gdyby. Gdyby homoseksualizm okazał się silniejszy, a ja słabszy. Jak bardzo bym skrzywdził moją kobietę, a nie daj Boże po latach już żonę i dzieci. Najpierw wracającymi podejrzeniami i domysłami, obawami, stresem. Potem niezamierzonym coming outem (nie wierzę, aby udało mi się utrzymać to w tajemnicy do śmierci). Czy jestem zdolny do dania kobiecie całego siebie. Czy może być ze mną szczęśliwa. Czy nie będzie samotna i nieszczęśliwa w naszym związku. Czy nie grozi nam to obojgu. Czy da się tak grać inną rolę przez całe życie. Czy ja to psychicznie wytrzymam.

A może powinienem najpierw tylko sprawdzić, spróbować życia z kobietą. A może próbować z mężczyzną.

Tego jeszcze nie wiem. Jestem przerażony koniecznością wyboru. Nie da się wiecznie odsuwać problemów, udawać przed samym sobą, że nie istnieją. Na to zainspirowane pytanie odpowiedzi szukam. Jedno wiem na pewno: chyba cierpię na przerost empatii i przynajmniej dotąd wolałem samotnie cierpieć, niż kogoś skrzywdzić. Kurczę, dalej przecież nie chcę nikogo krzywdzić, ale czy takim założeniem nie krzywdzę siebie? To przecież nie musi tak wyglądać, ludzie są ze sobą, a jeśli im nie wychodzi, później się rozchodzą, ale znowu znajdują się, są z kimś innym. Żyją chwilą. A ja? Jak mam żyć?

Boże, dałeś mi jakże ciekawe życie, a wszystko przede mną. Dziękuję.

Tylko cholernie to wszystko takie skomplikowane.

Czuję, że straciłem wiele lat i okazji na zadawanie takich pytań i szukanie odpowiedzi. Ale przecież całe życie przede mną.