czwartek, 20 września 2012

Spóźnienie

No, to mi się jeszcze w życiu nie przytrafiło :)

Często jeżdżę koleją: na zakupy, dla rozrywki, w odwiedziny czy turystycznie, ostatnio nawet za granicą; tak też jeździłem na studiach. Odnalezienie się w kolejowej rzeczywistości nie jest dla mnie problemem. Przeżyłem niejedno spóźnienie; podróż zimą przy -20ºC przy wyłączonym ogrzewaniu; wielokrotne pokonywanie całej długości peronów pod rząd ze względu na zmiany toru i remont dworca; jazdę kilka godzin w tłoku w wonnej toalecie czy na korytarzu z ręką na suficie.

Jechaliśmy pociągiem z Przyjaciółmi do kina. Zdążyliśmy kupić bilety, byliśmy o czasie, czekaliśmy na jego przyjazd, pociąg był o czasie. Odjechał nam sprzed nosa, bo czekaliśmy obok niego 5 minut i się zagapiliśmy, bo nie pomyśleliśmy, że na przeciwległym torze, z którego pociągi zawsze odjeżdżają w przeciwnym kierunku, tym razem stoi nasz pociąg, który dłużej na nas czekać nie chciał i tak po prostu odjechał bez nas!

Z wyjazdu do kina nie wyszło nic :D

No ja rozumiem, że jestem zakochany i roztargniony, to mogłem nie zauważyć, że stoimy pod naszym pociągiem i do niego nie wsiadamy. Ale żeby Oni też nie zauważyli?!? Niewybaczalne! ;) Oczywiście żartuję :)

Spóźnienie do kina można sobie wybaczyć, kiedyś to naprawimy, a tę historię jeszcze nie raz będziemy wspominać z uśmiechem :) Ale spóźniłem się też do Czyjegoś życia, w którym nie zdążyłem sobie zasłużyć na bliższe zaistnienie. Jakże wiele człowiek jest w stanie poświęcić, zaryzykować i zmienić się dla miłości. Obym więcej się nie spóźniał na teatr dwojga aktorów.

W żartach przez lapsus językowy komuś się wymsknęło z grubsza, bym nie niszczył sobie jeszcze bardziej życiorysu. Bardziej niż coming out? Niczego nie żałuję.

[drugą część okroiłem do słów prostych, aby niezrozumiałymi zdaniami nie frapować głów zbyt wielu; kto nie zdążył, ten gapa]


syndrom Y2G nadchodzi ;)



Mika, Make You Happy z albumu The Origin of Love, 2012



Hurts, Stay z albumu Happiness, 2010



Filip Rychcik, Tylko Tyle Wiem z filmu Kurczak Mały, 2010
(oryg. wyk. Piotr Cugowski)


Mika, Stardust z albumu The Origin of Love, 2012

wtorek, 11 września 2012

Gdy pedał siedzi obok

I ostatni dziś wpis, po pierwszym i drugim. Na czasie odsyłam też do wpisu o związkach partnerskich.

Brat Mamy obchodził rocznicę ślubu, z tej okazji spotkaliśmy się na Mszy św. w kościele i na obiedzie. Wszystko byłoby super, gdyby Ciocia z pogardą nie postanowiła wziąć na tapetę pedałów, o których istnieniu dowiedziała się mając 20 lat. Wstawiono mnie pomiędzy gwałcicieli i pedofilów, dano za przykład (tuż za związkami partnerskimi i zakazem bicia dzieci) jako przykład degeneracji społeczeństwa. Wujek tym razem nie dolewał oliwy do ognia, ale wydawał się popierać Ciocię tak jak poprzednio.

Naprawdę kocham i szanuję Ciocię i Wujka (ha, za to, że ze Sobą wytrzymują :P), ale nie potrafię robić dobrej miny do złej gry. Dlaczego to ja mam kłamać i milczeć? Ja, z natury otwarty, rozmowny, prawdomówny? Pokornie słuchałem, choć w środku kipiało. Chciałem wyjść, trzasnąć drzwiami, poczekać na zewnątrz. Chciałem powiedzieć: ależ Ciociu, pięć godzin siedzisz obok pedała i jeszcze się nie skapnęłaś, jeszcze się mną nie pobrudziłaś? 

Nie wyszedłem, pokornie przemilczałem. Podobno mina mi zrzedła i wszyscy zauważyli, gdy spoważniałem. Na szczęście dostało się wszystkim po równo, nie tylko pedałom, więc najwyraźniej nie wszyscy skojarzyli przyczynę. Później dopytywali, co się stało. Z milczenia wyczytali, że się może zakochałem (tak Ciociu... ha ha ha... żartuję... — nie żartowałem...). Dopiero na koniec Ojciec dopomógł, że za mało się wysypiam, więc dlatego przysypiam i zamilkłem.

W drodze powrotnej powiedziałem Tacie, jak źle i niekomfortowo się tam czułem i że było mi bardzo przykro. Usłyszałem w zamian, że nie powinienem podejmować tak szybko żadnych decyzji, dokładnie przemyśleć jeszcze wiele rzeczy. Wujkowi nie wygadać się nawet przypadkiem, nie prowokować konfrontacji, dopóki samo nie wyjdzie. Moje wyzywające milczenie i poważną minę, Tato chyba uznał za prowokowanie. Zapytałem Go, kto prowokuje: nienawistna Ciocia, czy replikujący gej? Mam z uśmiechem hipokrytycznie udawać, że nic się nie dzieje, gdy opluwają? Czy sądzi, że lepiej odłożyć konfrontację do czasu, gdy Wujek przypadkiem zobaczy mnie całującego się z facetem, którego najwyraźniej kocham? Swoją drogą, jeszcze jakiś czas temu nie spodziewałbym się, że jak gdyby nigdy nic, tak normalnie Ojcu powiem o moim całowaniu się z facetem. No OK, różnym osobom, ale że Ojcu!

Stwierdziłem, że mam dwie natury. Ten cały wewnętrzny spokój, cierpliwość, wytrwałość, powstrzymywanie emocji, pokorę i analizowanie sytuacji mam po Ojcu. Jeśli sam widzę lub ktoś mi tutaj zarzuca, że za długo czekam, za dużo analizuję, to już wiem, po kim to mam. Jeżeli kiedyś bardziej byłem, a teraz w sobie ponownie odnajduję: spontaniczność, niecierpliwość czy gwałtowne uzewnętrznianie emocji (włączywszy w to strzelanie fochów), to mam je po Mamie, tymże Wujku i Dziadku. Nawet sobie przypomniałem, że Wujek niejednokrotnie w krzyku i z trzaśnięciem drzwiami opuszczał swoją siostrę (Mamę) w trakcie rodzinnych spotkań. Więc choćbym był za spokojny, choćbym bywał zbyt raptowny, to mam i znam swoje granice, po których się łamię, w których moja cierpliwość się kończy. Niewątpliwie jestem sobą, ani nie działam za szybko, ani za wolno, po prostu w swoim tempie.

Dlaczego mam grać? Całe życie ten jeden mały puzzel mnie blokował, a teraz, gdy przestał, mam wrócić do początku? Mam zerwać kontakt? Nie chcę ani jednego, ani drugiego.

Co gorsza, gdybym na spokojnie porozmawiał z każdym, kto mnie zna, dopiero teraz jestem świadomy, że większość osób mnie zaakceptuje, bo mnie znają. Żadna z rozmów nie jest łatwa. Mojej godności nie umniejszają nawet poważne pytania: czy byłem się leczyć u psychiatry, czy ubieram się w sukienki (sic!), czy to boli, czy będę teraz obmacywał heteryków. Jest mi głupio, że takie pytania w ogóle padają. Póki co żaden z rozmówców mnie nie potępił, wszyscy zaakceptowali. Nie chciałbym przypisywać tego sobie, że tylko tak mówią, bo mnie znają, a innych gejów i tak nie zaakceptują. Być może. Nie mam pretensji, bo ludzie tyle o mnie wiedzą, że nic nie wiedzą, pozwoliłem im nie wiedzieć o mojej orientacji seksualnej, nie mieli w otoczeniu żadnych przykładów, to teraz im nie pasuję, to teraz muszę się tłumaczyć i sprostować kilka rzeczy. I tak jestem pozytywnie zaskoczony, że do tej pory otaczam się takimi wspaniałymi Ludźmi. Ale nie wszyscy tacy są.

Czy mogę więc liczyć po spokojnej rozmowie na zrozumienie i akceptację ultrakatolickiego, radiomaryjnego, pisowskiego i postsmoleńskiego Brata mamy i jego Żony? I co w związku z tym?

Nie podoba mi się myśl, że Wujek i Ciocia kiedyś sami się dowiedzą w sposób i w okolicznościach, na które nie będę miał wpływu. Że kiedyś to jedno z Nich może próbować skrzywdzić słowami i czynami nie tylko mnie (to Mu się nie uda), lecz Mężczyznę, którego wtedy będę kochał. Tak, wiem, niepotrzebnie analizuję. Mam to po Ojcu. A może po sobie. Po prostu, nie potrafię bezczynnie czekać na wojnę obronną.

I przyznam szczerze, że w tej chwili sam z siebie się śmieję, że mnie cokolwiek w tej sytuacji denerwowało. Owszem, mam prawo do emocji, do tego, że mi przykro, że to osoby bliskie, z którymi potrafię rozmawiać i które mnie szanują za to, jaki jestem w poznanym przez Nich zakresie, ale gdyby poznały wszystkie puzzle mojego życia, próbowaliby się wtrącać i musiałbym się radykalniej bronić przed zaszczuciem.Tylko czy mam się kim przejmować? Ciocią, która żyje w hipokryzji i średniowieczu (z całym szacunkiem dla wieków średnich)? Być niesłusznie potępianym przez taką osobę to zaszczyt.

O ile więc nie żywię do Niej urazy, dalej kocham i szanuję, w duchu śmieję się z Jej zacofania, to na żywo nie jest tak samo łatwo grać dobrą minę do złej gry.


The Boogie Town, Running z albumu 1 (z 2010 r.)

poniedziałek, 10 września 2012

Ideał

Tak obiektywnie patrząc, dużo się w moim życiu dzieje. Jeszcze miesiąc temu żyłem nadzieją i urlopem, kto by pomyślał, ile się wydarzy, w ostatnim tygodniu, miesiącu, pół roku. Jest OK, spoko, nawet melancholii nie mam czasu się bardziej poddać, niż potrzebne dla sklecenia kilku słów na bloga.

Dziwnie się żyje ze świadomością, że już niczego więcej nie będzie między dwojgiem ludzi, bo niczego nie było, bo każdemu o co innego chodziło. Trochę mi niezręcznie, że w ogóle śmiałem czuć inaczej. I na to kiedyś znajdę odpowiedź, i pomimo tego kiedyś będę silny, może tylko jeszcze wciąż nie dziś.

Mam trochę dość ideałów. Siebie, któremu pozwalam rosnąć w świadomości niektórych. Jego, którego taki idealny obraz chcę zachować w umyśle, skoro w sercu nie mogę. Idealizowanie kogokolwiek bywa niebezpieczne. Nie jestem przecież postacią z kreskówki; gdy lina się kończy, po prostu spadam, nie pnę się w powietrzu do góry, jak to bywa w animowanych bajkach. Wciąż popełniam błędy, ale z braku laku próbuję się na nich czegoś nauczyć. Ale żeby nie było, to nie ten jeden Człowiek był błędem.

Kuzynka (jedna z wielu, mam przecież bardzo dużą Rodzinę) jest zaniepokojona, że zawsze będę sam, bo nie znajdę żadnej dziewczyny tak idealnej jak ja. Bo jestem za mądry, zbyt ułożony. Wcale mnie to nie cieszy, że pozwalam siebie tak postrzegać. I w dupie to mam, jak jest naprawdę. Nie szukałem nikogo, ale wiedziałem, że nie ideału szukać powinienem, tymczasem taki mnie znalazł. I jego ideał nie wytrzymał z moim ideałem.

Powiedziałem Tacie. Odbyłem najcięższą rozmowę w moim życiu. Zapytał tylko, czy jestem pewien. Nie potępił, nie odrzucił, nie powiedział żadnego złego słowa. Mogę z nim wrócić do tematu jak będę chciał. Sam się zdziwiłem, że było mi tak ciężko, a zarazem poszło tak łatwo (czy ktokolwiek potrzebuje argumentów, jakie warto w takich rozmowach przytaczać?). Podziękowałem Mu za to, jak mnie z Mamą wychowali, że chyba nie jestem najgorszym człowiekiem, troszeczkę sobą coś reprezentuję, że to Ich zasługa.

Powiedziałem o sobie także zaprzyjaźnionej siostrze Przyjaciela, która (jak się dopiero w trakcie dowiedziałem) postrzega homoseksualizm jako chorobę psychiczną i zboczenie, a tak brzydkim określeniem jak gej nigdy mnie nie nazwie. Niby przyjęła do wiadomości to wszystko, co jej tłumaczyłem, dalej po przyjacielsku rozmawiamy, ale to pierwszy Człowiek w moim otoczeniu, który chyba dalej nie akceptuje homoseksualizmu, choć po tym wszystkim dalej mam zostać ojcem chrzestnym jej dzieci i dalej chce bym był przyjacielem rodziny. Nie jestem ślepy, oczywiście, że nie dla orientacji seksualnej ktokolwiek ze mną kontakt utrzymuje. Ale nie jest mi obojętne, czy ktoś akceptuje mnie przez pryzmat litości. Nie jest mi obojętne, jak ktoś postrzega innych gejów. Nie zamierzam być czyimś idealnym wyjątkiem, bo resztę opluje i obśmieje.

Prosiła, bym mojemu Przyjacielowi – jej Bratu nic nie mówił. Nie zgodziłem się. Nie zdążyłem Mu powiedzieć, za moimi plecami zrobiła to za mnie, bojąc się Jego reakcji. Mój Przyjaciel miał do mnie usprawiedliwione pretensje, że przez wszystkie lata naszej znajomości nie zaufałem Mu na tyle, żeby powiedzieć. Że mówiłem wszystkim wokół, tylko nie Jemu. Miał prawo dowiedzieć się ode mnie, ale nie mam do Niej pretensji. On chyba nie ma do mnie, pełna prawda nic nie zmieniła. O dziwo, Jego reakcji, zaraz po Ojcu, obawiałem się najbardziej, że Ich stracę. Nie straciłem. Są dalej. Wie też drugi Przyjaciel, ale o Jego poglądy słusznie się nie obawiałem, choć też nie było łatwo się uzewnętrzniać. Z resztą, wychodzi mi to coraz lepiej, swobodniej. Spośród wszystkich tych Osób to tylko ja miałem kiedyś jakiś problem, ale już nie pamiętam jaki... Na inne Osoby na razie nie trafiłem, spoko, kiedyś się same nieproszone trafią.

W ten sposób wszyscy, którzy mieli wiedzieć, już wiedzą. A reszta może się dowiedzieć, nie jest to dla mnie problemem. Przestałem liczyć (kilkanaście? dwadzieścia kilka?), przestałem prosić o dyskrecję. Nie wyoutowałem się frontalnie i totalnie, ale (jeśli) zapewne kiedyś tak będzie, będzie OK.

I gdyby ktoś miał wątpliwości, powyższe wydarzenia przewijają się pośród całego życia, odwiedzanej Rodziny, kontynuowania pasji, pogrzebów (tych mogłoby być mniej), urlopu, trafienia do miłosnego kosza, zawalenia pracą i w perspektywie nowymi obowiązkami za te same pieniądze, kupna samochodu (używany czy salonowiec?), odchudzania (podobno już za bardzo — jakoś ja tego nie widzę ani nie czuję), problemów z domem i rodziną go zajmującą, wyjść do kina i niebawem teatru, lektur książek itd. Słowem, życie. I pierdolę, co kto chciał czytać, wyprzedzając kilka komentarzy. To ja miałem potrzebę o tym powiedzieć. Że co, że pierdolić nie można? Że to nie w moim stylu? Pieprzyć to.


 Michael Bublé, Lost z albumu Call Me Irresponsible, 2007



PS.

Céline Dion, Parler à mon père z albumu Sans attendre, 2012

Ludzie ze sobą nie rozmawiają

Jedną z bliskich mi i dzieciatych Krewniaczek rzuca (bo to trwa i trwa, dlatego nie piszę „rzucił”) facet, a ja nie potrafię pomóc. Widzę, jak się męczą. Ze sobą, z opieką nad dzieckiem (które kochają, ale wychowywanie każdego dziecka jest trudem), ze sprawami domowymi (posiłki, porządki, zakupy, rachunki), ze sprawami osobistymi (niezaleczone rany z przeszłości).

Wiem jak bardzo cierpi Ona, gdy ją facet dołuje i poniża na każdym kroku. Domyślam się, jak bardzo cierpi On, że sobie nie radzi w tej nowej sytuacji, gdy się nie układa, gdy wszystko denerwuje, gdy pieniądz choć potrzebny do szczęścia to go brak. Każde ze swoimi problemami żyło samotnie, gdzieś obok. Krzyczą i krzywdzą się słowami. Płaczą i doprowadzają siebie do płaczu oboje, ale osobno, a ja przy nich (chyba nie widzieli). Każde złe na drugiego jeszcze bardziej niż pierwsze.

Przestali ze sobą rozmawiać, odkąd pojawiło się dziecko, w ich związku zabrakło „my”. Pojawiły się i kumulowały nierozwiązane pretensje i problemy. Nie wypracowali sobie wspólnego sposobu wychodzenia z kryzysu ani nowego modelu związku z dzieckiem w tle. Aż prysnęło.

I co z tego, że wszystko to wiem, że nawet Jej to powiedziałem, że chciałbym pomóc, choć nie muszę, ale nie potrafię. Nie wiem, czy z Nim rozmawiać, w końcu to facet macho, niezależny, nie przyzna się do płaczu ani błędów, a co dopiero mnie gejowi. Może porozmawiać z kimś z Jego krewnych, ale swoim zachowaniem sam odtrącił już chyba wszystkich.

Ludzie ze sobą nie rozmawiają. Nie mówią, co czują, co ich trapi, boli i martwi. Ani przeciwnie, co sprawiłoby im radość. A jeżeli rozmawiają, to nienaturalnie, z odgórnymi zastrzeżeniami i założeniami, co to druga strona ma na myśli, zanim cokolwiek powie. Pozwalają sobie na niedopowiedzenia, z których nieudolnie domyślają się nie tego, co trzeba, bo przecież nie wiedzą, czego trzeba. Zamykają się przed sobą, bo nie miejsce, bo nie czas, aż zbudują dostatecznie wysoki mur, żeby nie być samemu w stanie go przeskoczyć.

Wiem to, ale sam popełniam ten błąd. Po wielokroć. I nie wiem, jak go nie popełniać.


Lucia (Luciei-Maria Popescu), Silence, 2012

środa, 5 września 2012

Drobne

Podobno Paulo Coelho pisał, że za miłość warto zapłacić każdą cenę i nie należy jej rozmieniać na drobne. Cokolwiek to nie znaczy. Nie mam żadnych kwalifikacji, więc nie będę się wypowiadał. Powinni zezwalać na zakochiwanie się dopiero po zdaniu wielostopniowego i trudnego egzaminu. Niestety nie dożyłem tych czasów, a licencji, mądrości, umiejętności i dojrzałości w swoim dorobku nie posiadam.

Zanim zachorowała i zmarła Mama, a było to co najmniej 8 lat temu, groszowe reszty ze sklepu oddawała mi. Tak robiła przez całe moje liceum i studia. Czasem wydawałem je na bieżąco, innymi razami zbierałem do większych sum. Kiedy z powodu zdrowia przestała chodzić na zakupy, monety zostały gdzież w szafie i przeczekały te wszystkie lata aż do dziś. Cierpliwie je policzyłem. Mam 396 monet 1 gr (wartości 3,96 zł), 313 monet 5 gr (wartości 15,65 zł), 182 monety 10 gr (wartości 18,20 zł) oraz 139 monet 20 gr (wartości 27,80 zł). Najwyraźniej monety 2 gr oraz 50 gr już gdzieś zdałem. Wyższych nominałów w ten sposób nie odkładałem. Razem mam 1030 monety o łącznej wartości 65,61 zł.

Pieniądz to pieniądz, ale ten jest szczególny, z uwagi na opisaną historię. I tak się zastanawiam, co z nimi zrobić? Nie chciałbym ich wydawać bez konkretnego celu w sklepie, z resztą pan lub pani bardzo by się ucieszyli, musząc to wszystko liczyć. Może lepiej gdzieś wpłacić lub zostawić? Macie jakiś ciekawy pomysł?

niedziela, 2 września 2012

Żegnaj

Nie dlatego, żeś niewart walki o Ciebie (przecież z Tobą i przeciwko Tobie walczyć nie chcę). Nie dlatego, że się poddałem. Nie dlatego, że nie ma dla mnie miejsca w Twoim życiu.

Pragnę Twojego szczęścia bardziej, niż Twojego pięknego ciała, bardziej nawet niż Cię niedoskonale kocham, chociażbyś mi niebezpodstawnie zarzucił, że nie wiem, co to znaczy. Jeśli źle się z mojego powodu czujesz, to usuwam się w cień. Wiedz, że nie byłeś moją zabawką, ani ja się taką nie czułem. No pewnie, że możesz i masz prawo do mnie nie czuć ani nie chcieć czuć niczego trwałego, to oczywiste. Co nie zmienia faktu, że wszystko, co czuję, jest prawdziwe, niezamierzone, ale chybione.

Tak, ostrzegałeś, że nie mam u Ciebie szans na związek, ale to było dopiero po tym, jak się zauroczyłem. Spotkaniem miałem się oduroczyć, a wszystko poszło w odwrotnym kierunku. Więc to i tak nie ma znaczenia, jaką mam przeszłość, ani że chciałem się z Tobą widywać, a nie czytywać. Że pokochałem w całości. Że pożądałem i nic w tym kierunku nie zrobiłem, bo nie mam szans, bo nie tylko tego chcę. Chciałem.

Czekałem. Nie żałuję. Dziękuję, że się pojawiłeś, że pozwoliłeś mi w tak wąskim, a jak wspaniałym zakresie, poznać swoje życie i siebie. Nie straciłem czasu. Dziękuję za ten czas, wirtualnie, realnie, w różnych miejscach. Dobry i fajny z Ciebie facet. Ja potrzebuję faceta z krwi i kości, ale nie ideału. Takiego pięknie niedoskonałego widziałem w Tobie. Zasługujesz na takiego, który da Ci szczęście, takiego Ci życzę.

Skoro miałem nie być partnerem, chciałem być tylko Twoim kolegą, ale póki Ciebie kocham, nie mogę. Przepraszam, że milczeniem pozwalałem Ci sądzić, że jest inaczej. Potrzebowałeś koleżeństwa, zapragnąłem więcej, zawiodłem na obu polach. Przepraszam za wszystko, co Ci we mnie nie odpowiada. Przepraszam za zbędne słowa. Przepraszam, że jestem kolejnym, który się w Tobie zakochał. Chciałbym, żebyśmy za kilka lat, spotkali się we czworo ze swoimi partnerami, oby wtedy był czas tylko na radość. Teraz jest czas na moje łzy. Bo przeznaczenie rozminęło się z życiem. Bywa. Ale nie chcę już płakać. Za dużo już łez nad Tobą (nie: przez Ciebie) wylałem.

I jeśli nie ma tu nic, co by Ciebie bardzo uraziło, to proszę: nie komentuj. Pozwól mi żyć obok, bo przecież Ciebie z serca wyrzucić jest trudno. Przez trzy miesiące mi się to nie udało, zobaczę (już ja sam, nie my), ile zajmie mi to teraz. Na pewno pozostaniesz w mojej pamięci.

Wybacz więc, że raz jeszcze odpowiadam Ci, na blogu, tym samym słowem, które usłyszałem jako pierwszy: żegnaj.