16.05.2012

Ile w geju mężczyzny?

Ile w ludziach jest mężczyzny, a ile kobiety? W zależności od płci, orientacji, postrzegania stereotypów oraz danej osoby, odpowiedzi będą różne.

Aktualnie pracuję w sfeminizowanej firmie, gdzie jednak szefami w przeważającej części są mężczyźni. Rodzi to różne implikacje.

Dla mnie, homoseksualisty, co tu dużo ukrywać, zawsze lepiej dogadywało się z kobietami. W kompatybilności umysłowej i duchowej gejów z kobietami jest dużo stereotypu, choć podobno ma to swoje uzasadnienie biologiczne. Chyba nie każdy gej tak ma, ale przynajmniej ja powinienem się przyznać do częściowego wypełniania tego stereotypu. Prędzej przełamuję nieśmiałość zagadując obcą kobietę, niż obcego mężczyznę, choć i to się we mnie zmienia (być może to kwestia samej nieśmiałości, a nie orientacji seksualnej). Czasem łatwiej odnajdę się w tematach, na jakie zwykle rozmawiają (heteroseksualne?) kobiety, niż w tematach, na jakie zwykle rozmawiają (heteroseksualni) mężczyźni. Tym nie mniej, różnię się w sposobie myślenia i rozmawiania od kobiet, najzwyczajniej w świecie nie wszystkie też babskie tematy zdzierżę.

Szef heteryk ma typowo seksistowskie podejście do kobiet, z którym raczy mnie co jakiś czas zapoznawać, pomimo na przemian nieśmiałych i nieudanych prób zaznaczenia mojego stanowiska, szanującego na równi obie płcie. Jego zdaniem kobiety mają siedzieć przy garach, żelazku i dzieciach w domu, obsługując męża i ojca, a nie robić karierę. W pracy on co najwyżej Je toleruje z poczucia pozornej wyższości (którym maskuje kompleks niższości). On uważa, że ja myślę analitycznie (od szczegółu do ogółu) jak typowy mężczyzna, podczas gdy baby myślą syntetycznie (przyjmując z góry założone tezy).

Zdziwiło mnie, że heteryk nieświadomie próbuje widzieć w geju faceta. Gdyby się dowiedział o mojej orientacji, zapewne dołączyłbym do grona istot służebnych i przestałbym być mężczyzną.

Przerabiałem już gejowskie stereotypy, ale tym razem nie będę się ośmieszał, próbując analizować te damsko-męskie. Dość wspomnieć, że te również istnieją w kategoriach prawdy lub mitu, ale wszystkie mają się dobrze.

Nie wiem, a może nie chcę definitywnie rozstrzygać, ile we mnie mężczyzny, a ile kobiety. Do tej pory wydawało mi się, że wyglądam, zachowuję się i myślę raczej jak typowy mężczyzna. I pewnie tak w jakimś stopniu faktycznie jest. Dostrzegam jednak w sobie pewne pierwiastki stereotypowo bardziej kobiece, jak większą wrażliwość, uczuciowość i empatię; tudzież niektóre stereotypowe zainteresowania i umiejętności, których heterycy mogą mi zazdrościć.

Mówi się czasem, że prawdziwy mężczyzna powinien w życiu zbudować dom, spłodzić syna i posadzić drzewo.



Cóż, domu nie potrzebuję budować. Teoretycznie już go mam po przodkach, po co więc budować nowy. Z drugiej strony, nie wiem, czy w perspektywie dalszej przyszłości nadal chcę mieszkać i pracować w tej samej mieścinie, w której mieszkam niemal od urodzenia.

Jak ja miałbym tutaj być z mężczyzną mojego życia. Z ojcem, obok niezbyt rozgarniętych kilku krewnych, pośród tych sąsiadów, na oczach tych znajomych. Wszystkie spojrzenia i komentarze mógłbym dla niego nawet godnie znosić, ale tego samego nie mógłbym wymagać od niego. On mógłby mieć podobnie, choćby dla heteryka korzystnie, to dla geja problematyczną perspektywę mieszkaniową.

Dlatego naprawdę własny nowy kąt byłby wskazany, tylko czy od razu musi to być dom? Dla ilu osób? W jakim mieście? Jak daleko od centrum? A może na wsi? To nie są pytania, które powinno adresować się do, bądź co bądź, póki co singla. Zawodowo być może stałem się zbyt szybko ustabilizowany, ale przecież życia sobie wcale nie ustawiłem... Ba, czasem nawet tak myślę, że nie musiałbym mieszkać wcale w mojej ukochanej Ojczyźnie w Polsce... W moim życiu wciąż brakuje Kogoś, więc budowa domu, choćby w zasięgu moich ambicji i potrzeb, jest teraz czystą abstrakcją, a w przyszłości... się zobaczy.




Własnego syna ani własnej córki nie spłodzę. Choć spisałem sobie drzewo genealogiczne mojej rodziny, ja nigdy nie przedłużę mojej własnej gałęzi, będę ostatnim z rodu, przynajmniej w mojej linii... Bardzo to smutne dla mnie, że nie będę miał komu przekazać dziedzictwa duchowego i materialnego, otrzymanego od przodków i zgromadzonego własnym życiem. Pomijam w tym momencie problem zabezpieczenia życiowego partnera, kwestię spadku, testamentu, związku partnerskiego i małżeństwa, które mogłyby uchronić od destabilizacji życiowej w najgorszych chwilach po śmierci pierwszego z nas. W tej chwili stawiam sobie natomiast pytanie, co pozostanie po nas obojgu, czy przeminiemy, czy przekażemy coś lub kogoś kolejnym pokoleniom.

Brak potomka dla geja niby nie powinien być problemem. W moim otoczeniu do niedawna naprawdę nie miałem styczności z małymi dziećmi. Niestety nie wiem, jak się z nimi obchodzić, jak się do nich odzywać. Nie miałem od kogo się tego nauczyć, choć pewnie wszystko dałoby się nadrobić. Teoretycznie nie wiem, jak by to miało być, gdybym miał własne dziecko do opieki. Jakie to obowiązki, jakie to uczucie. Teoretycznie...

Nie znaczy to bowiem, że nie znajduję w sobie uczuć ojcowskich, choć oczywiście ojcem nigdy nie byłem. Jeszcze nie tak dawno, zanim zacząłem ten blog i zanim zaakceptowałem swój homoseksualizm, czasami z prawdziwym bólem (takim, po którym po męskim policzku skrycie cieknie mała łezka, żeby nikt nie zauważył) patrzyłem na ojców z ich dziećmi --- z wózkiem, na ulicy, na placu zabaw, pod przedszkolem, wokół domów, w trakcie bycia ojcem... Zauważyłem, że też mógłbym i chciałbym wychować moje własne dziecko, nauczyć go życia, pokazać mu piękno tego świata, uchronić przed niebezpieczeństwami, wpoić wyznawane zasady i miłość do bliźnich... Moja Mama jedyne, co chciała mi przekazać, to właśnie wartości, które wpoili jej rodzice i dziadkowie, jak to, że świat jest piękny i warto kochać ludzi...

Ja, wówczas ani heteroseksualista ani homoseksualista, poczułem w sobie instynkt ojcowski. Dalej go czuję teraz, gdy czuję się też gejem, choćby mi kto słusznie przypomniał, że przecież nie wiem, co to znaczy z autopsji. Dalej czuję się ogniwem w łańcuchu pokoleń, który przychodzi mi zerwać... No bo jak gej mógłby mieć dzieci...

Nie chcę zakładać typowej heteroseksualnej rodziny, bo moim skromnym zdaniem skrzywdziłbym tym przede wszystkim Kobietę i Dzieci, a jednocześnie samego siebie (odsyłam do poprzednich postów na blogu). Nawet pójście na jakiś "układ" pod tytułem "urodzisz nam dziecko" nie wydaje mi się w tej chwili dobrym rozwiązaniem dla wszystkich, choć przełamania oporów lub znalezienia złotego środka teoretycznie wykluczyć nie mogę, więc profilaktycznie zarzekać się nie będę...

To jest jeden z tych bólów, które prawdopodobnie będą mi towarzyszyć do końca życia. To chyba troszeczkę podobnie jak u impotentów, którzy bardzo chcieliby naturalnie począć dziecko, ale w ten sposób jest to poza ich zasięgiem. Inna kwestia, czy ja czuję się impotentem. W heteronormatywnym świecie jako gej jestem wszakże impotentem, niezdolnym psychicznie do (przepraszam za nazwanie rzeczy po imieniu) erekcji i ejakulacji w ciele kobiety (nie jestem biseksualistą, nie odnajduję w sobie żadnego pociągu do żeńskiego ciała). W Kościele rzymskokatolickim przez ten drobny szczegół nie mogę nawet zawrzeć ważnego sakramentalnie związku małżeńskiego z kobietą, a gdybym nawet to zrobił, popełniałbym grzech. Choć gej, to nie czuję się impotentem (wszystko przebiega u mnie naturalnie jak trzeba, uwzględniwszy jednak orientację seksualną).

Skoro jednak prawdziwy mężczyzna powinien spłodzić syna, to może to nie tylko puste hasło, lecz mądrość życiowa. Czy czując to wszystko, co czuję w jednym tak niedoskonałym ciele, umyśle i duszy, powinienem się tym przejmować, że w takim razie nie jestem prawdziwym mężczyzną?




Nie wiem, skąd w przysłowiu wzięło się drzewo. Dom i syn mogą mieć znaczenie dosłowne, ale drzewo? Być może w tym przypadku, chodzi o szerszy kontekst, że gdy jest już dom, a w nim przedłużający ród syn, to trzeba zostawić po sobie jeszcze coś trwałego w przyrodzie, co przetrwa wiele pokoleń, właśnie takiego jak drzewo, las. Przypomina mi się mój dziadek założył las, który do dziś szumi w rodzinnych stronach.




Choć niektórzy nazwą mnie ciotą, pedałem i kilkoma innymi niebranżowymi inwektywami, czuję się w pełni mężczyzną, a orientacja seksualna tylko troszeczkę komplikuje i wzbogaca to wszystko, co przeżywa każdy heteroseksualny mężczyzna, od dzieciństwa, poprzez dojrzewanie i siłę wieku, po starość i śmierć. Choć nie jestem kobietą, tak samo jak kobiety pragnę mężczyzny, fizycznej i mentalnej bliskości jego ciała i umysłu. Nie każdy mężczyzna jest nam jednak dany. Idealistycznie gotów jestem okrążyć cały świat, by nas odnaleźć...

Paulla (Paulina Ignasiak), Tak mało o życiu z albumu Nigdy nie mów zawsze, 2010

20 komentarzy:

  1. piękne zakończenie... okrążyć świat, by odnaleźć miłość. tego Ci życzę - znalezienia! i nigdy nie zgub tego, kurczowo trzymaj przy sobie... niech trwa i wypełnia Ciebie!

    mi się też wydawało, że jestem facetem. nadal wydaje... ale rzeczywiście - wrażliwość mam nader rozwiniętą. ale psychologowie od dziesiątek lat mówią, że w każdym mężczyźnie jest anima [pierwiastek żeński], a w każdej kobiecie animus [męski]...

    bądźmy sobą i bądźmy z tego dumni! reszta jest nieważna... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy akt nigdy nie kończy się happy endem... Tym nie mniej, żeby trafić do trzeciego lepiej nie zmieniać przypisanych nam dialogów i faktycznie być po prostu sobą. Dzięki! :)

      Usuń
  2. mój drogi Willi Fog to proszę do dzieła ruszać w świat i szukać , a nie zastanawiać się , a może chcesz szukać daleko a czeka gdzieś blisko.

    Facetem jestem i basta, i to kto mnie pociąga nie zmieni tego.
    Mieszkanie mam w kredycie po sam jego sufit, obiecuję na wiosnę posadzę dęba, a co tam jak już to coś solidnego, a co do syna to tu na razie jest problem jeszcze nie znam rozwiązania, ale jak się zorientuję to na pewno zawiadomię i podpowiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekam więc na telegram, a gdybyś miał problemy z... chrzestnym, to polecam się ;)

      Usuń
  3. Ale się dziś zaczytałem, ciekawie piszesz i zgadzam się z tym wszystkim w 100 procentach ;)

    Drzewo pewnie po to, żeby przyczynić się do zachowania/poprawienia obecnego stanu środowiska naturalnego. Swoją drogą bardzo fajna kwestia z lasem zasadzonym przez Twojego dziadka, musisz mieszkać w malowniczej okolicy :)

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm... Tu gdzie mieszkam, też jest pięknie :) Rodzinne wsie obu dziadków darzę wielkim sentymentem (w końcu to tam żyli przede mną) i dla mnie są malownicze, ale powiedzmy, że znam też piękniejsze miejsca ;)

      Usuń
  4. mój mąż już na początku spłodził syna, teraz kończy dom, właśnie z drzewem nie ma problemu musimy coś zrobić z brzózkami...mamy ich ponad tysiąc...i nadal jak tak, że jak czasami na niego patrzę to jakbym widziała dziecko....:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo w chłopach tyleż mężczyzny co chłopca ;)

      Usuń
  5. Czy kobieta, która czuje się kobietą (a nawet bez tego poczucia po prostu nią jest w biologicznym sensie) a nie chce mieć dziecka, nie jest prawdziwą kobietą?

    Myślałam o napisaniu posta o "męskim" i "kobiecym" a właściwie o tym, co przez to rozumiem. Chcę jednak pozostać wierna mojej małomówności. Grunt to być człowiekiem. Płeć i orientacja mają, moim zdaniem, niewielkie znaczenie przy określaniu "prawdziwości" danej osoby.

    Przekazywanie potomstwu tego, co zostało nam wpojone przez poprzednie pokolenie (lub pokolenia) może być niebezpieczne i szkodliwe dla nowej istotki. Czasem lepiej spojrzeć na sprawę analitycznym okiem, z dystansem.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedzieciate człeki to też kobiety, mężczyźni, ludzie... A jednak przełamują tradycje...

      Dla nowej istotki owszem, może być szkodliwe, ale to, co wpojono mi, takie nie jest i warto byłoby to przekazać... Mówi się trudno... Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Ja mam odwrotnie. Zawsze latwiej mi zagadac do faceta. Praktycznie w zyciu prywatnym mam moze 2 kolezanki i mnostwo kolegow (hetero) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, w sumie to w życiu prywatnym (całkowicie niezawodowym, bo i tam mam bliższe znajomości) mam powiedzmy takich 4 najbliższych znajomych, których odważam się nazywać Przyjaciółmi, tylko jedna z nich to kobieta...

      I znów heteryki górą, nie wiedzą, co tracą ;) ha ha :)

      Usuń
  7. Słyszałem kiedyś, że niezależnie od płci możemy posiadać męską lub żeńską wersję mózgu. Bardzo mi się to spodobało i muszę przyznać, że coś w tym jest.
    W kontaktach służbowych zdecydowanie wolę kontakty z "męskimi" mózgami i mam kilka koleżanek, który takowy posiadają :D.

    Jeśli chodzi o dom, syna i drzewo to ja to odbieram mniej dosłownie. Myślę, że każdy facet powinien w życiu do czegoś dojść, czytaj stać się samodzielnym. Pewnie to powiedzenie wzięło się z tego, że rolą mężczyzny od zawsze było zdobywanie pożywienia, dbanie o utrzymanie jaskini itd. hehe Dziś czasy się zmieniają, kobiety robią kariery (i chwała im za to) co nie oznacza, że facet może leżeć u rodziców na kanapie i czekać na spadek po nich albo aż żona poda mu obiad.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakiś czas temu wpadła mi w łapki książka pt."Płeć mózgu". Zrobiłam test określający płeć mojego mózgu i okazało się, że jestem na granicy przedziału - tzn. jako kobieta mam "męski mózg". Ja? Z moim antytalentem do czytania map, niechęcią do matematyki oraz "intuicyjną" orientacją w przestrzeni (przez co czasem nadrabiam drogi)? Nie przeczytałam książki, pewnie hołdowanie stereotypom podniosłoby mi ciśnienie. Przecież jako (najprawdopodobniej heteroseksualnej) kobiecie powinno mi zależeć na tym, by jak najlepiej rozumieć mężczyzn, przynajmniej jednego :)

      Usuń
    2. @Chybajasam, zaraz narażę się Kobietom ;), ale w mojej pracy i wcześniej na studiach merytoryczne dyskusje generalnie przyjemniej toczy się z mężczyznami, bo bierzemy tylko konkrety i próbujemy możliwie szybko ustalić istotne elementy. Ale to też stereotyp, bo znam wiele takich ściśle myślących Kobiet, jak i odwrotnie, wielu mężczyzn rozdrabniających się poza obieranymi tematami...

      @usnuta, muszę kupić tę książkę i zrobić sobie ten test ;)

      @Chybajasam, masz rację, warto być samodzielnym, ale nie wszyscy mają tak łatwo. Mój spadek niestety przyszedł zbyt wcześnie. Pozdrawiam! :)

      Usuń
  8. "Pójście na jakiś układ" może być dobrym rozwiązaniem, o ile wszystkie strony od początku wiedzą, że to układ. Ależ to jest skomplikowane, chociażby z punktu widzenia dziecka będącego owocem układu... Zdecydowałbyś się na adopcję, gdybyś miał taką możliwość?

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo skomplikowane, prawnie i psychicznie. Podobnie jak adopcja.

      Czy poszedłbym na układ/adopcję? Dziś nie, ale nie będę się zarzekał, że na 101% na pewno przenigdy tego nie zrobię. Za mało jeszcze siebie znam...

      Pozdrawiam :)

      Usuń
  9. Podoba mi sie, to co napisal Chybajasam o mozgu, bo ja mam zdecydowanie bardziej meski niz zenski mozg;) Jestem kobieta, to nie ulega watpliwosci (w koncu 3 mezow moze o tym zaswiadczyc;)) ale mecza mnie "babskie" pogaduchy szczegolnie te o modzie, urodzie i kolejnej zmarszczce. Kobiety potrafia rozprawiac o tym godzinami tak samo jak wisiec nad jedna bluzka i wydziwiac czy to ladne czy nie. Mnie sie albo podoba, albo nie w ciagu pierwszych 10 sekund i nie ma tu o czym rozprawiac. Meczy mnie brak logiki u kobiet, podobnie brak zdecydowania, ze juz nie wspomne o konsekwencji.
    Ale tez na tym sie konczy ten moj "meski" mozg i myslenie, bo jak juz trzeba wziac w reke srubokret.. to jest gorzej, mlotek i owszem, bardzo chetnie w cos przypierdykam mlotkiem;))
    Podobnie nie znam sie na sporcie i po prostu mnie nie interesuje, nie ma takiej sily zebym mogla zrozumiec mezczyzne ogladajacego mecz w TV i skaczacego po kanapie.
    Pamietam jak randkowalam internetowo to jednym z pierwszych pytan jakie zadawali mezczyzni bylo "jaki sport lubisz" na odpowiedz, ze zadnego padalo nastepne pytanie "a baseball?" (to meski brak logiki w tym przypadku:)) Tu juz opadaly mi rece ale grzecznie mowilam "jesli potrafisz mi wytlumaczyc dlaczego dorosly mezczyzna lata z wielkim kijem za mala pilka, to jestem w stanie polubic". Nie bylo wiecej pytan.
    Podoba mi sie tez to co napisala Usnuta, ze to chyba jest mniej wazne ile jest meskosci w kobiecie, i odwrotnie kobiecosci w mezczyznie ale ile jest czlowieka w czlowieku.
    Wlasnie niedawno stwierdzilam, ze zawartosc czlowieka w czlowieku spada w zastraszajacym tempie i dlatego nie boje sie, ze moj hetero syn postanowil sie nie zenic i nie plodzic dzieci.
    Nawet jak ich nie mam to i tak za bardzo kocham moje wnuki, zeby zyc ze swiadomoscia w jakim swiecie i z jakimi problemami one musialyby sie borykac. Ale nie mowie o tym glosno, bo to nie ode mnie powinno zalezec czy bede miala wnuki czy tez nie.
    Narazie mam wnuczke (niebiologiczna) i tez kocham ja nad zycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie o to mi chodziło ale jako facet nie chciałem aż tak dosadnie tego opisywać bo za ten pogląd nie raz oberwałem od płci przeciwnej. Cieszę się że myślisz podobnie.
      Oj ja też nie mam daru obsługi srubokretow i innych narzędzi a o samochodach wiem tyle że jeżdżą ale tym nie ma co się przejmować, od czego są fachowcy :-)
      No i podobnie jak Usnuta łatwo się gubię :-D Chcesz się mnie pozbyć, zaprowadz do lasu ;-)

      Usuń
    2. O modzie, urodzie i zakupach to rozwinę się wprost na blogu ;)

      Może poziom człowieczeństwa w ludziach maleje, ale tym bardziej fajnie byłoby podnieść go w małym człowieku...

      Usuń