piątek, 31 sierpnia 2012

Związki partnerskie NIE są przeciwko rodzinie

Legalizacja związków partnerskich pomnoży chaos społeczny – uważa ks. prof. Andrzej Szostek, etyk z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którego poglądy przypomniała dziś Katolicka Agencja Informacyjna, tuż obok notki o śmierci abp. Carlo Maria Martini, postępowego katolickiego kardynała i jezuity, akceptującego wspieranie przez państwo trwałości świeckich związków homoseksualnych.

Żaden człowiek nie ma prawa do decydowania o tym, jak żyć mają inni ludzie, dopóki nie wyrządzają komuś krzywdy. Tymczasem ww. wypowiedzi prof. Szostka, niechlubnie czczone jako przejaw tradycji i korzeni chrześcijańskiej Polski (podczas gdy nie to decyduje o ciągłości pokoleniowych więzi i zwyczajów), powtarza często nawet ta część Społeczeństwa, która z Kościołem się nie identyfikuje. W jakimś sensie, czuję moralny obowiązek łamania milczenia w tym temacie. Dla własnej wygody nie czynię tego pod własnym nazwiskiem, bo ja jestem jeden, a oponentów wielu.

Gwoli ścisłości, określenie legalizacja związków homoseksualnych jest nieprawidłowym uproszczeniem, bowiem homoseksualizm (odczuwanie popędu płciowego do osób tej samej płci) nigdy nie był zakazany. Jako takie traktowano tylko uzewnętrznione zachowania nieheteronormatywne. Te zaś przestały być zakazane w polskim prawie już w 1932 r. (sic!). Współcześnie tylko niektóre kraje utrzymujące szariat za akty homoseksualne orzekają i wykonują karę śmierci.

Niektórzy uważają, że homoseksualizm jest niezgodny z naszą konstytucją i sprzeczny z systemem wartości większości Polaków. Konstytucja jedynie przewiduje szczególne wsparcie państwa dla kobiety i mężczyzny tworzących małżeństwo. Nie wypowiada się ani na temat homoseksualizmu, ani związków partnerskich. Przecież to są różne kategorie pojęciowe. Konstytucja nie zakazuje niczego odczuwać. Dlaczego cudze życie miałoby być zgodne lub sprzeczne z czyimkolwiek systemem wartości? Nikomu przecież nie każę być homoseksualistą, to byłoby niemożliwe. A że ktoś taki jest, to chyba przecież nie zabijemy, nie potępimy za to, jaki/jaka jest?

Próbuje się w mediach i świątyniach ukuć slogan i wrażenie, że homoseksualizm jest przeciwny rodzinie i małżeństwu, że „zgoda” na związki homoseksualne miałaby zgubne skutki dla ludzkości (sic!). Na marginesie, Kto dał zgodę moim Rodzicom, że mnie urodzili, a mi, że mogę żyć? Kto mi pozwolił czuć i kochać?

Jak się nie bronić, gdy atakują i zarzucają (co najmniej w tym zakresie) niewinnej Konwencji ws. przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, której podpisanie przez Polskę na chwilę opóźniono, bycie furtką do legalizacji nowych form rodzinnych, w tym związków tej samej płci, oraz promowanie homoseksualizmu. Tak jakby wszystko, co niemałżeńskie, było lub powinno być nielegalne i do potępienia. Tak jakby jakąkolwiek orientacje seksualną można było promować.

Na marginesie, osobiście nie uważam, aby status illegitimi thori (łac. z nieślubnego łoża) był kiedykolwiek, a tym bardziej dziś, uzasadnionym powodem do dyskryminowania dziecka czy rodziców. Ileż osób przez takie postrzeganie cudzołóstwa niesłusznie cierpiało, miało rozbite i niesprawiedliwie cięższe życie (oraz nie mogło powrócić do Boga, w przypadku wierzących). Z jednej strony, Ludzie odchodzą od krzywdzących stereotypów nawiązujących do tradycyjnego społeczeństwa. Z drugiej strony, odrzucając w tym zakresie stanowisko Kościoła, zupełnie niepotrzebnie przestają wierzyć w Boga. Ludzie (duchowieństwo) przesłaniają im Boga, którego miłość, miłosierdzie i światłość są większe niż ograniczenia ludzkich umysłów. O ile ktoś wierzy.

Ksiądz profesor, któremu pokornie z racji Jego człowieczeństwa, kapłaństwa, wieku i wykształcenia chciałbym okazać należny szacunek i miłość bliźniego, autorytatywnie stwierdza, że niemałżeńskie związki międzyludzkie (konkubinat, związki partnerskie) osłabiają społeczeństwo. Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą hipotezą.

Kiedyś małżeństwa były często aranżowane, a ich trwałość co prawda wzmacniał społeczny ostracyzm kochanków, bękartów oraz nacisk na ich konwalidację w małżeństwie, ale kosztem osobistej godności i poczucia szczęścia małżonków, rodziców i dzieci. Takiej historii rodziny nie uznałbym za chlubną, gdy już wtedy stanowiła społeczną fikcję i przyczynek do niegodnego traktowania bliźniego, które nie powinno było mieć kościelnego, społecznego ani państwowego wsparcia.

Współczesna statystyka rozwodów, separacji (prawnych i faktycznych) i konkubinatów niestety NIE jest powodowana istnieniem i coraz większą społeczną akceptacją związków niemałżeńskich (konkubinatu) między kobietą i mężczyzną, ani przecież tym bardziej między osobami tej samej płci. Co więcej, jeśli ludzie płci przeciwnych z jakichś przyczyn mieliby się krzywdzić pod przykrywką małżeństwa (jak niejednokrotnie się dzieje), to z dwojga niedobrego lepiej, jeśli spróbują godnie rozwiązać swoje problemy, chociażby poza małżeństwem. Przecież nie o liczbę małżeństw zawartych w każdym roku tu chodzi, nie o problemy, które były, są i będą stawać między dwojgiem ludzi. Chodzi o to, co społeczeństwo (tudzież dla niektórych Kościół) proponuje takim ludziom w kryzysie, gdy doświadczają problemów i zwątpienia. Czy przypadkiem nie żąda się niemożliwego, nie proponując niczego, z czym człowiek mógłby naprawdę (a nie w teorii) kontynuować życie? Czy nie odmawia się (lub zabiera) prawa do trwałej i ciut mniej kłopotliwej miłości (niemałżeńskiej, po rozwodzie, w związku partnerskim lub homoseksualnej) i tym samym prawa do szczęścia?

Nietradycyjne formy życia rodzinnego i społecznego nie są przecież ucieleśnieniem zła. Wszyscy jesteśmy ludźmi, większość z nas pragnie szczęścia, dużej liczbie osób udaje się to czasem osiągać. Na różne sposoby. I to jest najpiękniejsze i najważniejsze w życiu, gdy dwoje wolnych ludzi pragnie zbudować wspólnie coś dobrego. Niech inni Ludzie nikomu tego nie odmawiają, odbierając wszystko i nie dając realnie nic w zamian. Niewątpliwie, faktycznie, współcześnie ludzkość nie dyskryminuje różnorodności związków między ludźmi.

Czemu więc taka niedyskryminacja miałaby się rozciągać w jakimś wąskim zakresie na instytucje prawne? Dlaczego prawo nie miałoby dyskryminować dwojga ludzi, chociażby tej samej płci, którzy nie mogą lub nie chcą żyć w małżeństwie, ale mimo wszystko chcą żyć w trwałym związku? Dlaczego społeczeństwo nie miałoby wspierać takiej trwałości? Dlaczego państwo i Kościół miałyby promować niestałość i niestabilność takich niemałżeńskich związków?

Ludzie (społeczeństwo, państwo, kościół, prawo) oddziałują na jednostkę, mogąc tworzyć skutki zarówno pozytywne i negatywne, zamierzone i niezamierzone, oddziałujące na mniejszy lub większy krąg adresatów, tradycyjne i wyłamujące się poza wcześniej znane schematy, mainstreamowe lub niszowe.

Niewątpliwie wsparcie państwa dla niemałżeńskich związków w Polsce byłoby czymś nowym w naszej rzeczywistości, ale już nie tak nowym i wcale nie wyjątkowym, jak gdzie indziej na świecie. W tym zakresie odejście od tradycji promowania krzywdy ludzi za wszelką cenę (bo tradycja coś nakazuje) uważam za zaletę, a nie wadę zachodnich społeczeństw. W Polsce konkubinat niemal nigdy nie cieszył się zainteresowaniem ustawodawcy, poza drobnymi wyjątkami. Teraz byłaby to istotna zmiana.

Czy rodzina nieoparta o małżeństwo, zwłaszcza gdy posiada dzieci, jest gorsza od takiej zaczynającej się od małżeństwa? Oczywiście, że sama przez się nie jest. W małżeństwach bywa różnie, w innych związkach też. Czasem małżonkowie zdradzają się, biją się, wyzywają, nie szanują. Tak samo w innych związkach. Ale to zależy od człowieczeństwa, a nie od przysięgi lub papierka. Owszem, obrączka ułatwia przypomnienie sobie, co ktoś sam z partnerem/małżonkiem chciał lub otoczenie kiedyś chciało, by dla dwojga ludzi było ważne przez długie lata. Ale jeśli dla dwóch jednostek przestaje być ważne w taki sposób, że się krzywdzą, to przecież to nie ma sensu.

Czasem obawa przed małżeństwem jako takim pozornie nieodwołalnym społecznym skutkiem, a może brak odczuwanej i uświadomionej takiej potrzeby, już zawczasu bywa silniejsza, co nie znaczy przecież, że odbiera pragnienie trwałości stworzonej relacji dwojga osób. Czy jest ktoś na sali, kto osobiście nie zna żadnego konkubinatu? Czy ktoś mógłby odmówić konkubentom nazywania ich uczuć miłością? Czy ktokolwiek czuje się upoważniony do dyktowania innym, jak mogą, a jak nie mogą żyć, bo w przeciwnym przypadku ich szczęście będzie kłuć innych w oko? Każdy ma jakieś problemy, małżeństwo jedynie może, ale nie musi ułatwiać ich wspólne rozwiązywanie.

Po co więc związki partnerskie? Po co czemuś innemu niż małżeństwo dawać jakieś uprawnienia? A tak w ogóle, to jakie?

Po pierwsze, NIE rozmawiamy o alternatywie: albo rejestrowany przez państwo (w tym tylko sensie „zalegalizowany”) związek partnerski, albo małżeństwo. Mówimy o czymś, co małżeństwa i tak nie osiągnie, bo nie może lub nie chce. Alternatywę tworzy więc albo związek partnerski, albo nic.

Po drugie, związek partnerski zabezpiecza podstawowe interesy partnerów, w pewnym podstawowym zakresie, ułatwiając wytrwanie w stałym związku w trudnych sytuacjach, a czasem po prostu wybrnięcie z kłopotów, które powstają przy braku małżeństwa. Gdy lekarze nie dopuszczają jednego z partnerów do nieprzytomnego drugiego partnera, bo nie mają i nie mogą uzyskać jego zgody. Gdy majątek po śmierci partnera dziedziczy czasem skonfliktowany krewny, pozbawiając życiowego dorobku partnera pozostającego przy życiu. Albo gdy po rozstaniu w pierwszych chwilach brakuje środków do życia.

Po trzecie, życiowym partnerom, chociażby takim zarejestrowanym w związku partnerskim lub podobnej instytucji, ale nie będących w małżeństwie, łatwiej się rozstać niż właśnie w małżeństwie, ale zarazem trudniej, niż gdyby nie łączyła ich żadna prawna więź.

Po czwarte, związek partnerski nie jest lepszy od małżeństwa, to nie jest kontrpropozycja, wspaniały wynalazek współczesności zamiast małżeństwa. To jedynie sugestia, by ludzie pamiętali, że jak być razem, to dobrze na dłużej. Tak niemal na zawsze, a potem się zobaczy, do rozstania lub do śmierci. Ale gdy coś się stanie, nikt nie zostanie na lodzie w tragedii, po której się może nie pozbierać.

Po piąte, pary homoseksualne są i będą, czy się komuś podoba czy nie. Pary gejów i lesbijek mają takie same problemy jak pozamałżeńskie pary heteroseksualne. Dopóki społeczeństwo zabrania wspierania trwałości naszych związków, dopóty nie ma prawa oczekiwać, że będziemy siedzieć cicho. Bez związków partnerskich nie ma też tej społecznej zachęty, by zamiast poligamii trwać w monogamii pomimo problemów, jakie ma także każda osoba heteroseksualna.

Po szóste, związki partnerskie nie zastępują rodziny, bo ta istnieje chociażby rodzice nie byli małżonkami, chociażby dzieci nie było. Kiedyś rodziny były wielopokoleniowe, a kontakty utrzymywało się z dalszą rodziną, chociażby poprzez rodzeństwo dziadka czy pradziadka. To, że dziś ludzie zamykają się we własnych ścianach i zapominają nawet o własnym rodzeństwie, nie ma nic wspólnego z propozycją uregulowania sytuacji tysięcy osób hetero- i homoseksualnych. Moim skromnym zdaniem, taką małą rodzinę mogą również tworzyć dwie prawdziwie kochające się osoby tej samej płci, tyle że przy naturalnym toku rzeczy nie dadzą sukcesji nowemu pokoleniu.

Niebawem dalsze prace parlamentarne nad kilkoma projektami ustaw o związkach partnerskich.

Tyle w Waszym imieniu...


LeAnn Rimes & Los Angeles Gay Men Chorus, The Rose, 2010

wtorek, 28 sierpnia 2012

To, czego nie widzimy

Pierwszy raz po 18 latach byłem gdzieś za granicą. Pisząc to człowiek zdaje sobie sprawę, że w ogóle cokolwiek w moim życiu było już -naście i -dzieścia lat temu... Pierwszy raz od pięciu lat miałem urlop we właściwym tego słowa znaczeniu, nie pracując nad niczym, po prostu niezasłużenie mogąc cieszyć się towarzystwem i uprzejmością pięknych Ludzi, widokiem urokliwych miejsc, smakiem i zapachem potraw i trunków. Pierwszy raz byłem w Niemczech, pośród ludzi, których języka nie znam. Pierwszy raz podróżowałem sam, tak daleko, bez szczegółowego grafiku, co, gdzie, o której, z kim. Było wspaniale :)

Pierwszy raz praca nie przypominała się na urlopie, ani ja sam nie myślałem o tym, co dzieje się pod moją nieobecność. Pierwszy raz wracałem do pracy ze szczerym uśmiechem na twarzy. Oczywiście, powrót do niektórych obowiązków i ludzi ma swoje plusy i minusy, ale uśmiech miał inną przyczynę, zupełnie niezwiązaną z pracą. Ot, coś dostrzegłem.

Jednakże nie dostrzegam niektórych rzeczy. Chyba jestem za mało spostrzegawczy, albo czas już wymienić okulary na mocniejsze. A może jest wręcz odwrotnie, dostrzegam tak wiele szczegółów tworzących rzeczywistość, że efektywnie odnotowuję w świadomości tylko wybrane z nich, niekoniecznie te, które wskazuje ktoś, tak w moich oczach wspaniały, że już nic po drodze nie widzę. Ostatnie wpadki z niechcianymi zdjęciami mnie tylko w tym utrwalają, że inaczej postrzegam życie, ludzi i świat. Uczą, że muszę jeszcze bardziej empatycznie wchodzić w to, co widzą inni. Wytłumaczenie, że jako facet nie zwracam uwagi na szczegóły, jest tak w tej sytuacji zadowalające, jak nieprawdziwe :P Być może zwracałbym uwagę na elementy kobiecego ciała, ale tak nie jest.

Niektóre zjawiska widoczne i niewidoczne dla oczu więc dostrzegam. Ale nie tylko ja coś dostrzegłem, choć w innym momencie i kontekście. Ot, przecież aż tak bardzo nie można się zmienić bez przyczyny, nieprawdaż? Więc ktoś kogoś w mojej pracy pyta, czy się zakochałem, czy w dziewczynie, czy w chłopaku, bo ma przeczucie, że to drugie. I jeszcze celnie adresuje pytanie do kogoś, kto zna odpowiedź. Przyznam, że na całą opowiedzianą sytuację w duchu, sercu i na twarzy szeroko się uśmiecham, Bóg mi świadkiem :D Nie tak przecież dawno sam coś widziałem.

I choć odpowiedź nie padła, to teraz ja muszę się zdecydować, jaka odpowiedź ma iść w świat, gdy ktoś pyta. Ale nie wiem, co Inni za mnie mają mówić, skoro w ogóle już okazują się być na tyle w porządku, że mnie o to pytają. Ja sam wiedziałbym, komu i co ja powiem. Od innych niczego, ustalonej wersji, milczenia ani kłamstwa domagać się nie mam prawa. Nie chcę nikogo czynić zakładnikiem mojego życia. Tym bardziej, że etap listy osób wtajemniczonych w perspektywie 10 lat mojego życia się rozmyje, już nie mam wpływu na nikogo. Dlaczego od jednych miałbym czegokolwiek wymagać, a inni będą paplać na lewo i prawo.

Dla mnie temat homoseksualizmu już nieco okrzepł, ale świat bywa brutalny, zwłaszcza w pracy. Przecież nie planowałem publicznego coming outu. Dziś co prawda nie byłaby to dla mnie tragedia, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej bym się uśmiechał :P, ale wiele to zmienia. Przecież nie chcę, by wszyscy musieli się odnosić do mojej orientacji seksualnej, a moja firma to doskonałe miejsce na takie ploty.

Wisi to mi i powiewa, co i kto będzie mówił, ale czy mam to sam prowokować? Nie mam i nie chcę mieć plakietki na czole, przez którą mnie wszyscy będą identyfikować i poznawać. Jeśli ktoś tak mnie od nowości pozna lub dopiero teraz rozpozna, bo się sam zainteresował lub dowiedział przypadkiem, nie ma problemu. Ale serio, przecież nie o to chodzi, by się tematem narzucać. Co innego dopuścić, że ktoś może się dowiedzieć, a co innego, że wiedzą wszyscy.

Wiele już w tym temacie porad otrzymałem (lub sam sobie wyczytałem między słowami) od ludzi podobnie zorientowanych po ludzi zorientowanych mainstreamowo ;), od homoseksualistów ukrytych po ujawnionych. Postaw jest wiele, ale dużo jest takich jak moja: problemu nie ma, ale nie wszyscy muszą wiedzieć. Tylko to nie jest odpowiedź na czyjeś pytanie, czy lub co ma mówić za moimi plecami, gdy pyta jeszcze ktoś inny.


Hurts, Illuminated z albumu Happiness, 2011

sobota, 25 sierpnia 2012

Strach

Boję się powrotu z urlopu, a zarazem do starego życia i pasji, którymi kiedyś zapychałem dosłownie całe życie. Kiedyś uciekałem przed odczuwanym pragnieniem miłości, której niektórzy Ludzie nie akceptują. Wstydziłem się prawdy i krępowałem się spotykać z Ludźmi, bo czułem się gorszy, bałem się, że prawda przypadkiem wyjdzie na jaw. Pragnąc miłości, byłem nieszczęśliwie samotny.

Dla tego jedynego przeszedłem bardzo długą drogę. Zmieniłem się. Zaakceptowałem siebie. Jestem wśród Ludzi, chociażby niektórzy już uważali lub dopiero zamierzali uważać mnie za coś gorszego. Otworzyłem się na miłość. I czekam, co przyniesie życie. Nie zapominam o mojej przeszłości, by nie zapomnieć, na kogo czekam.

Paradoksalnie, bałem się, że ktoś zakocha się we mnie. Bać powinienem był się, że zrobię to wobec kogoś sam. Boję się nieznanego. Jestem przecież dzieckiem, które niewiele wie o życiu i miłości. Jak wszystko odróżnić? Niczemu nie przypisywać więcej, niż jest? Nie skrzywdzić nikogo? Ani na to nie pozwolić? Nie dać się oszukać?

Boję się, że moje życie znów zabierze mi czas, który chciałbym poświęcać komuś wyjątkowemu. Chciałbym, by był jego najważniejszą częścią. Bym ja był jego. A przynajmniej ważną. Ale czy ja sam słyszę, co mówię?

Gdzie ja chcę z kimś żyć? Mieszkać, robić zakupy, wspólnie spędzać czas na kulturze, wśród znajomych i rodziny, chodzić do kościoła? W Polsce? W którym mieście?

Nie wyobrażam sobie presji, bym mógł być z kimś tylko w czterech ścianach, a poza nimi zupełnie obcym człowiekiem. Tak nie będzie. Tylko, w związku z tym, czy cokolwiek będzie? Jak każdy, to i ja? Po co człowiekowi miłość, skoro tak radykalnie zmienia wszystko?


 Matt Dusk, Always z albumu Two Shots, 2004

wtorek, 21 sierpnia 2012

Czas

Już tęsknię. Choć jedno się nie kończy, a drugie nie zaczyna. Żałuję, że nie poznaliśmy się wcześniej. Może wszyscy byliśmy kiedyś inni. Niewątpliwie co najmniej ja byłem wtedy inny, zawstydzony sobą, głupi, nieświadomy. Przyjaźni z ludźmi, miłości do człowieka. Głupio mi za wszystkie niewypowiedziane albo wypowiedziane słowa. Szkoda niespędzonych wspólnie chwil. Jak na spotkaniach przyjaciół albo randkach. Na rzeczach poważnych i błahych, na życiu. Z kimś zaprzyjaźnionym, z kimś dla mnie ważnym.

Przed oczyma mam chwile niedawne i dalekie, w pamięci tę chwilę ciut dawniejszą i bliższą. Obie nie wydarzyły się razem w czerwcu. Wówczas wszystko byłoby inne, tak krótko, tak szybko, za szybko, za krótko. Kilometry do pokonania zastąpił czas. Jednym chwilom później pomógł, drugim przeszkodził.

Dorwałem niedawno rodzinne albumy ze zdjęciami z mojego dzieciństwa. Dawno tam nie zaglądałem. W nowym świetle zobaczyłem wszystko, co kiedyś tak naturalnie przeżywałem. Podróże, gości, postrzegany obiektywem świat. Wszystko jest teraz dla mnie jeszcze bardziej oczywiste. Myślę, że jednak moja Mama wiedziała, tylko cały czas jak ja łudziła się, że pewne rzeczy przeminą. Jej fizyczna obecność przeminęła. Moja tożsamość mimo upływu czasu trwa dalej niezmieniona: doroślejsza, bardziej świadoma i lepiej pożytkowana.

Poprzez zdjęcia przypomniałem sobie, jak bardzo otwartym na życie byłem dzieckiem. Uświadomiłem sobie również, jak bardzo się zamknąłem, dając sobie wmówić, że musiałem ukrywać swoją pełną tożsamość, której orientacja seksualna stanowi drobną, choć integralną część. Nie musiałem, nie powinienem był zamykać się przed światem, który nawet nie domyślał się, co dzieje się w środku. Jak bowiem mieliby zaakceptować mnie inni, jeśli nie robiłem tego sam. Dla siebie, dla kogoś, dla innych. Ale to był proces, który wymagał czasu. Widzę wreszcie, jak wiele straciłem i jak wiele wciąż mogę zyskać, będąc sobą i nie wstydząc się tego.

Czasem mi głupio, że dobrowolnie poświęciłem tyle słów i samego siebie, by ludzie mogli zrozumieć, a i tak tego nie chcą, są ślepi i głusi na moje słowa. Wierzą, a nie akceptują mnie takiego, jakim jestem. Nie żebym spodziewał się przeciwieństwa. Tylko głupio mi, gdy Ktoś próbuje mnie nawracać, nie widząc, że już się nawróciłem. Gdy ktoś twierdzi, że przeczytał całego bloga, ale późniejszym monologiem pokazuje, że moje słowa można pominąć, zignorować, bo wie lepiej. Cóż, konfrontacja z moją skromną osobą może rozczarowywać, gdy ktoś zapomina, że wszyscy jesteśmy tylko i aż ludźmi. Równymi sobie.

Ktoś najpiękniejszy stwierdził, że się gdzieś zagubiłem w życiu. Jakże w ogóle mógłbym się gdziekolwiek wcześniej odnaleźć, zanim siebie nie poznałem, zanim nie pozwalałem sobie poznać kogoś, zanim komuś nie pozwoliłem poznać siebie. Dopiero nadzieja na prawdziwy sens mojego życia prawdziwie otworzyła mi oczy i serce na miłość i ludzi.

Cokolwiek się jeszcze nie wydarzy, warto żyć, nie uciekając przed światem i ludźmi, choćby czasem pozostawało dużo do życzenia. Złe chwile z pamięci wyrzucam i palę, popiół zakopując na łące w parku, niech coś dobrego na nim wyrośnie lub niejeden biegacz podepcze. Dobre chwile zbieram do wiklinowego koszyka na grzyby, marynując potem w słoikach chowanych w piwnicy na zimę, niech przypominają mi o tym i o tych, którzy są najważniejsi w moim życiu. Jednymi chwilami nie warto więcej sobie zawracać głowy, dla drugich warto żyć. Choćby przeminęły, bo różnie w życiu bywa, ale co przeżyjemy, to nasze.

Chwytać chwile, korzystać z życia, dostrzegać piękno wokół; poznawać i kochać człowieka, ludzi i świat; być szczęśliwym tu i teraz; pośród tych ludzi, których się zna, w tych miejscach, w których się jest; wszystkimi chwilami budować wieczność. Kto do tego nie dorósł, nie zrozumie. Komu tego brakuje, może poczuć zazdrość i zawiść, że taki gej ma za dobrze. Zupełnie bezpodstawnie. Nie ma czego mi zazdrościć, bo rzeczywistość budują różne fragmenty życia. Te lepsze na przemian z tymi niechcianymi. Oczywiście, że przyznanie się przed światem do prawdy, na którą nawet nikt nie czekał, wymaga ode mnie odwagi, wiele uporu i jeszcze więcej pewności siebie, zwłaszcza w mojej sytuacji, zwłaszcza gdy nie znajdowałem żadnego z nich.

Niekłamanie lub odkłamywanie dawnych przemilczeń i kłamstewek przychodzi mi coraz łatwiej, co nie znaczy, że jest łatwe. Nigdy nie jest. Raz nawet łatwiej było mi w żarcie wykrzyknąć w tłumie ludzi, że zabiłem człowieka, niż twarzą w twarz powiedzieć, że jestem gejem. Tak było. W czasie przeszłym, na szczęście...

Dawno przestałem już liczyć, kto wie. Nie jest to dla mnie żaden problem, to tylko drobna cząstka całego mnie, która przecież nic nie zmienia. Kto mnie zna w realu, ten wie. Niewątpliwie nie będę już blogowo opisywał każdego coming outu, bo niektórzy bliscy już wiedzą, a niewiele takich zamierzonych ujawnień mam jeszcze przed sobą, resztę napisze samo życie. Wciąż nie wie Tato.

Dając Wam czas na odpoczynek od tego bloga, męczyłem swoją osobą Kogoś innego :*, kto nieświadomie stanowił drobny, ale jakże niezbędny, bezcenny i piękny Kamyczek w moim życiu, dzięki któremu się odnalazłem i teraz czytacie bloga. Nie pamiętam już dokładnie tego, co wtedy usłyszałem. Tym, od czego się poznaliśmy, zagłuszałem w sobie pragnienie szczęścia i miłości. Moja dziewczyna była tematem pytań i życzeń już setek osób, ale dopiero tej jednej osobie udało się pozostawić w mojej głowie pytanie o osobiste szczęście, że o to też muszę zadbać. Gdyby tylko wiedziała, co tym spowoduje... i dobrze, że nie wiedziała, bo jeszcze by się zastanawiała, czy może ingerować i może by się rozmyśliła, a dzięki temu wszystko jest w możliwie najlepszym porządku :*. Wierzę w przeznaczenie, że tak właśnie miało być. Nie wiem, dlaczego wszystko dzieje się tak, poprzez tych a nie innych Ludzi i dopiero teraz, ale najwyraźniej tak ma być.

Poznałem lepiej Wspaniałych Ludzi oraz od nowa kilku nowych, spędziłem z nimi wiele jeszcze wspanialszych i beztroskich chwil. Niejedno wspaniałe miejsce widziałem, byłem tam, chodziłem i biegałem, jadłem i piłem, oglądałem i słuchałem, oddychałem, uczestniczyłem. W końcowej części już niestety sam. No pewnie, że wszystkie szczęśliwe wspomnienia są i tak moje. Ale chciałbym je dzielić z kimś szczególnym. Skoro nie mogę, Gonzo uwieczniał chwile aparatem. Podobno zdjęcia wyszły dobrze, ale i tak nie oddają w pełni piękna, które tam widziałem przez cały ten czas. W miejscach i przede wszystkim — w Ludziach i tym, co Ich łączy. I jeśli gdzieś dostrzeżono moje łzy, to wiedz, że to było ze szczęścia, wiedząc, że ten czas się niebawem skończy, tak by mógł rozpocząć się kolejny. Raz jeszcze, dziękuję! :*



Mika, Relax, Take It Easy z albumu Life in Cartoon Motion (2007)
[piosenka, która zawsze kojarzyć mi się będzie z żałobą po śmierci Mamy]



Mika, Celebrate ft. Pharrell, z album The Origin of Love (2012)


Jupiter Jones, Still z albumu o tytule jak nazwa zespołu (2011)



Herbert Grönemeyer, Männer z albumu 4630 Bochum (1984)



Die Toten Hosen, Tage wie diese z albumu Ballast der Republik (2012)



Kristoffer Hünecke ft. Dante Thomas, Diese Tage (2012)


Meat Loaf, I'd Do Anything for Love (But I Won't Do That)
z albumu Bat Out of Hell II: Back into Hell (1993)



Taio Cruz, World In Our Hands z albumu TY.O (2012)

czwartek, 2 sierpnia 2012

Kres

Niemal wszystkie istoty, rzeczy i zjawiska na tym świecie mają swój początek i swój kres. Chwilę, gdy powstały, gdy zaczęły istnieć. I chwilę, w której przestają istnieć.

Nawet miłość ma swój początek, a może bywa tylko odkrywana, że po prostu wiemy, że niepostrzeżenie jest. Tylko ta jedna może przetrwać wieczność. Może. Nie musi. Miłość nic nie musi. Ona jest lub jej nie ma. Wiele rzeczy może człowiek robić pod przymusem i presją albo można zrobić za niego. Ale jedna rzecz jest ucieleśnieniem bezgranicznej wolności. Miłość.

Kiedyś ksiądz w liceum polecił nam napisać esej na wybrany temat o wolności, sprawiedliwości lub tolerancji. Tego ostatniego oczywiście się wystrzegałem, niestety wtedy nie chciałem być kojarzony i rozpoznany. Wybrałem dwa pierwsze, choć trzeba było tylko jeden. Praca przybrała taką postać, że miała dwa kierunki. W jedną stronę zadrukowane kartki były o wolności. W drugą stronę (do góry nogami od tyłu, po odwróceniu stawało się to przodem) zadrukowane kartki były o sprawiedliwości.

Bo wolność ma sens tylko przy sprawiedliwości, rozumianej jako konsekwencja podejmowanych wyborów. Wierzę, że wolność nie jest przypadkowa, daje nam możliwość kierowania własnym życiem, z którego zostaniemy rozliczeni.

Praca tak go ujęła, że dostałem za nią dwie szóstki, a po latach szóstkę na świadectwie maturalnym, choć nie miałem żadnych zasług jak inni. Ironia losu: gej ujął katolickiego księdza. Czy ksiądz się mylił? Bardzo chciałbym kiedyś jeszcze z Nim porozmawiać.

Dziś żałuję, że wśród tematów do wyboru nie było miłości. Bo wolność wynika z miłości. Wierzę, że wolność nie jest przypadkowa, wynika z miłości Boga do człowieka, który nie nakazuje siebie ani innych ludzi kochać. A jednak niektórzy jedno lub oba te uczucia w sobie odnajdują. I to jest piękne. Wierzę, że miłość nie jest przypadkowa, wynika z wolności. Do miłości nie da się zmusić. Miłość jest ukoronowaniem wolności. Wierzę, że jest darowana nam przez Boga, by człowiek nie musiał, a pomimo wszystkiego mógł i chciał.

W filmie Bruce Wszechmogący Bóg czasowo oddaje tytułowej postaci granej przez Jima Carreya swoje boskie moce. Może zmusić przyrodę i ludzi do wszystkiego, z jednym wyjątkiem: nie może sprawić, by go ktoś kochał... Gdy ten tego bezskutecznie próbuje i pyta Boga, co zrobić, by kogoś w sobie rozkochać, nie zmuszając do tego, Ten mówi: Witaj w moim świecie... Inny przykład. W filmie The Truman Show producent programu, kierujący prawdziwym, choć podglądanym życiem tytułowej postaci granej przez tego samego aktora, w finalnej scenie pozwala mu korzystać z wolności i opuścić świat, który mu stworzył.

Sprawiedliwość i wolność. Miłość i wolność. Wiara, nadzieja i miłość. I tak trwają trzy, bo najważniejsza z nich jest...

Paradoksalnie, sensem wolności jest miłość do Boga, ludzi i człowieka. Każdy realizuje swoją wolność na swój sposób, rozumiany lub nierozumiany przez nas samych, akceptowany lub nieakceptowany przez innych. A nie ma powodu, byśmy nie akceptowali cudzej wolności. Bo wolność nie musi mieć sensu, nie musi prowadzić do prawdziwej miłości. Nic nie musi. Jedynie może. I nawet gdy ją odkryje, wciąż jesteśmy wolni. To my decydujemy, kiedy i jakim słowom chcemy zaufać.

Zastanawiałem się, czy staję się katolickim heretykiem (nie mylić z heterykiem) wierząc, że Bogu podoba się prawdziwa miłość bez względu na jedno- lub różnopłciowość par. Że śmiem uważać się za katolika, akceptując fizyczną i duchową jedność dwóch mężczyzn albo dwóch kobiet. Że sam tego pragnę. Że spowiednika jedynie o tym informuję, bo Bóg nie widzi w tym grzechu. Z każdym dniem wierzę w to coraz bardziej.

Cierpienie mojej Cioci dobiegło kresu. Wzbudzała we mnie i mojej Mamie różne emocje. No bo wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, pięknie niedoskonałymi. Ja, Mama, Ciocia. Dopiero niedawno uświadomiłem sobie, że gdy zastanawiam się, kto w mojej najbliższej rodzinie najbardziej pozytywnie korzystał z życia, to zaraz po mojej Mamie, na myśl przychodzi mi właśnie ta Ciocia. Carpe diem mogłoby być Jej dewizą. A piszę to tak z szacunkiem, jak zazdrością. Optymizm i humor próbowała zachować nawet w ostatnich chwilach świadomości... R.I.P.

Wiem, że niejeden Mateusz ma/miał wspaniałą Mamę. W życiu bywa różnie, dlatego każdy z nas potrzebuje wsparcia, choćby czasem się potknął. Za takie wsparcie i przypominanie, czego chcę, dziękuję Ci, A. :*

Niedoskonale niewinny Człowiek uświadomił mi, że moja własna Mama też ceniła sobie Freddiego Mercury'ego jako artystę i chyba jako całego człowieka. Wiem, że Mama wiedziała również o tym, że Freddy był homoseksualny. I dopiero teraz czuję i wiem, że zrozumiałaby, zaakceptowałaby, gdybym był tylko powiedział... A może nie musiałem...

Potrzebowałem się wyrwać, odetchnąć. Nie było Cię tam. Samemu to nie ma sensu, to nie to samo. Rosną we mnie różne rzeczy, także świadomość i spostrzegawczość. Widziałem dwie ładne, młode kobiety, mokre od deszczu, na wrocławskim rynku, całujące się, pośród setek ludzi. Wyglądały wtedy co najmniej tak samo pięknie jak para gejów niedawno na peronie. Chyba nawet nikt poza mną tego nie dostrzegł. A jeśli One dostrzegły mnie, być może myślały, że mi stanął... ten obraz przed oczyma. Tak, i nic poza tym. Ale kobietom łatwiej... Bo dostrzeżeni mężczyźni na takie romantyczne gesty się nie odważyli. Ale i tak wszystko było takie naturalne, piękne.

Kolorowy ptak w sukience na platformie?!? :D oplułem się :) Kto wie, ten wie :* a resztę zapewniam, że to nie mój ptak :D

Być może niektórzy z Was we mnie i tym blogu, odkąd nieświadomie sam nazwałem życie, świat i dusze pięknymi, na swojej mapie świata w umysłach wyobrażacie sobie piękno. Z jakichś przyczyn nadajecie takie znaczenie moim słowom. Nie napiszę przecież, że się nie cieszę, gdy zostawiam po sobie coś więcej niż zapach perfum czy tembr głosu :) Nie myślcie jednak, że zawsze miałem i mam optymizm, radość, piękno, wrażliwość i empatię na twarzy i w sercu. Teraz po prostu jestem sobą, wreszcie chcę sobie czasem pozwalać na ten komfort. Ale nie zawsze tak było i nie zawsze tak jest, bo różne są okoliczności. Jestem osobą zwyczajną, a nie szynką. Przecież zwyczajna też smakuje. Cokolwiek dostrzegacie i przypisujecie niezasłużenie na moją korzyść, i w sobie możecie odnaleźć, i w sobie szukajcie i odnajdujcie. Bo nie liczą się upadki, lecz to, że chcemy z nich powstawać. Że za którymś razem faktycznie nam się to udaje.

Amen, kazanie skończone :P

Niedługo codziennej rutynie dam kres i odetchnę na dłużej. I Wam dam blogowo odetchnąć od siebie na dłużej.



Coeur de Pirate (Béatrice Martin), Place de la République oraz Adieu z albumu Blonde (2011)



komp. Craig Armstrong (wyk. Paul Buchanan), Let's go out tonight
z albumu The Space Between Us (1998)



Ludovico Einaudi, Fly z filmu Nietykalni (2011)



Sid Sriram, We All Try, 2011 (oryg. Frank Ocean)
[pożyczone, dziękuję raz jeszcze!]


Freddie Mercury, Montserrat Caballé, Barcelona z albumu o tej samej nazwie (1987)



Mumford & Sons, Nothing Is Written (ex Untitled), 2010
(później przearanżowane do I Will Wait z albumu Babel, 2012)