29.03.2012

Zaakceptować siebie

Przez jakieś 16 lat (niemal połowę swojego dotychczasowego życia) próbowałem nieudolnie zagłuszyć w sobie fakt, że jestem gejem. Stwarzałem pozory, że jest inaczej. Wobec innych udawałem czasem mniej lub bardziej udanie, ale przede wszystkim odgrywałem inną tożsamość wobec samego siebie. Zagłuszałem w sobie jedno, udając, że jest inaczej.


Zagłuszałem myśli dosłownie. W miarę możliwości w danej sytuacji unikając widoku mężczyzn lub ich fizyczności, odwracając wzrok, unikając jakichkolwiek erotycznych skojarzeń i myśli. Unikając znajomości lub sytuacji, które mogłyby takie skojarzenia lub chociażby podejrzenia prowokować. Wybiegając zawsze dziesięć kroków dalej, aby sytuacja nie rozwinęła się w jakiś sposób, który byłby dla mnie niekomfortowy. Na każdym polu starałem siebie kontrolować, tworząc formę wewnętrznego filtru i autocenzury. Każde moje zachowanie i każdą moją reakcję przepuszczałem przez gęste sito mechanizmu wyparcia. Przed tym wszystkim uciekałem tak mocno, że nawet dosłownie uciekałem przed... zapachami ludzi i perfumami, aby nie daj Boże nie osłabiły mojej czujności. Tak, wiem. To żałosne. Z założenia niemożliwe do wykonania. Trudne do ogarnięcia. Nawet dla mnie. Ale tak było.


Nie mówię, że wszystkie uniki były skuteczne. Wręcz przeciwnie, seksualnością we wszystkich odcieniach i natężeniach (tj. nie pornografią, ale wszystkim tym, co odnosi się do seksualności i strefy erotycznej) przesączony jest cały otaczający nas świat, ubiór ludzi, rozmowy między znajomymi, sport, rozrywki, kino, telewizja, internet. Uciekałem, ale to była codzienna walka z wiatrakami. Jak nie z konfrontacji ze światem zewnętrznym, to z wewnątrz, docierały i powracały do świadomości dowody mojej orientacji. Być może mogłem zrobić więcej, już nie wiele więcej. Mogłem uciekać bardziej i dalej, nie popełniać "błędów", nie miewać chwil słabości. Nie mówię, że nie przeżywałem zauroczeń, ale i te obłudnie próbowałem zwalczać. W różnym czasie zauroczenia minęły, a wypierana tożsamość/orientacja została. Nie mówię, że przez takie moje zachowanie przestałem być homoseksualistą. Ale "przynajmniej" próbowałem. Próbowałem to wszystko wyprzeć i zagłuszyć.


Nie udało się. Jedynie słusznie wszechwiedzący wojownicy o czystość wiary wygarną mi, że nadziei porzucać nie można i należy kontynuować wyrzeczenia za wszelką cenę. Że nie starałem się dostatecznie, trzeba było mocniej, a teraz powinienem jeszcze dalej wyrzucać część swojej tożsamości z głowy. Albo dać sobie żywcem wyrwać przez inne osoby, przecież są lekarstwa, są terapie uzależnień.


Jak bardzo daleko można się zaprzeć samego siebie??? Za jaką cenę??? Przez jakie lekarstwa?! Jakie uzależnienia?! O czym my w ogóle mówimy?!?


To się nie mogło udać. To nie jest choroba, to nie jest uzależnienie. I przede wszystkim, to nie ogranicza się do sfery seksualnej, choć ją również obejmuje. Kto nie przeszedł, ten nie wie. OK, są osoby, które to wszystko doskonale wiedziały i już wiedzą. Nie poznałem takich w moim otoczeniu, musiałem dojść do tego sam, przemyśleć, poszukać, poczytać. Do tego już doszedłem, do innych rzeczy dopiero dochodzę, wszystko po kolei. Ale stało się to z pomocą Osób, które być może czytają te słowa. Dziękuję Wam.


Spychać do podświadomości można chyba wszystko, także homoseksualizm, ale to nie znaczy, że go tam nie ma, ani że z różnych powodów nigdy podświadomości nie opuści. Głębokim i szczerym szacunkiem oraz podziwem darzę biseksualistów, którzy ożenili się ze świadomą tego kobietą i mają dzieci, tym samym przeważa u nich orientacja heteroseksualna, w tym momencie ich życia niewątpliwie wygłuszyli homoseksualną część ich tożsamości. Cóż, ja do nich nie należę. Życzę im jednak wytrwałości, aby jedną chwilą słabości nie odebrali tak wielu ludziom całego szczęśliwego życia. Ja nie jestem biseksualistą. Jestem gejem. Spowiednicy pomimo tego sugerują przespanie się z dziewczyną, ale to jest po prostu niemożliwe. Pomijam już zupełnie, że jako (współ)czująca istota nie chcę krzywdzić Bogu ducha winnej dziewczyny. Absurd. Przepraszam, totalny absurd.


Dochowuję dotąd postrzeganego przeze mnie jako przymusowego ("muszę") celibatu, choć go Nikomu nie ślubowałem. Nigdy nie spotykałem się z żadną osobą, w tym nigdy z mężczyzną, w tym nie miałem ani stosunku seksualnego, ani nie podejmowałem, ani nawet nie próbowałem podejmować innych czynności seksualnych z osobą mojej płci.


No to skąd wiem? Eh... Gejom tłumaczyć nie muszę, a reszcie (z której większość nigdy tu nie zajrzy, a nawet jeśli, to nie dobrnie do tego fragmentu) cóż mogę dodać? No to się po prostu wie. To tak, jakby zapytać heteroseksualnego mężczyzny skąd i od kiedy wie, że woli kobiety. Czy był do tego potrzebny seks? A chociażby konieczny pocałunek (to co do niego doprowadziło)? No właśnie. Może gdybym miał 13 lat, a nawet 18, to być może trzeba by mi było unaoczniać, że mogę jeszcze tego nie być pewien, że nie należy się spieszyć, dorastając człowiek dopiero eksperymentuje i uczy się swojej seksualności. Cóż, jestem chłopcem nieco już przerośniętym. W ten dziwny, ale prawdziwy sposób, swoje przeżyłem.


Gdzieś ty się uchował...? Byłem tu cały czas, pomiędzy wszystkimi, tuż obok Was...


Jeszcze kilka miesięcy temu:
  1. wiedziałem, że czasami odczuwam pociąg fizyczny do mężczyzn, ale żywiłem nadzieję, że z czasem to się osłabi
  2. wiedziałem, że nie odczuwam pociągu seksualnego do kobiet, ale żywiłem nadzieję, że może kiedyś taki w sobie wykształcę
  3. obawiałem się, że psychiczna potrzeba bliskości z mężczyzną może nigdy nie ustąpić
  4. uważałem się za osobę o skłonnościach homoseksualnych, co najwyżej za homoseksualistę, ale nie byłem gejem (z angielskiego w wolnym tłumaczeniu oznacza osobę szczęśliwą, zadowoloną; w tym kontekście, z faktu bycia homoseksualistą), bo nie zamierzałem chodzić na żadne parady ani byłem częścią "środowiska" --- tak wtedy myślałem
  5. nie akceptowałem, nie byłem pogodzony z tym, że jestem taki, jaki jestem
  6. nie wyobrażałem sobie wspólnego życia z mężczyzną

Dzisiaj:
  1. wiem, co odczuwam fizycznie i do której płci, i wiem, że to się nie zmieni
  2. wiem, że nie zmienię posiadanego, nie nauczę się ani nie wykształcę w sobie nowego pociągu seksualnego
  3. chcę kochać i być kochanym, być razem do końca życia, ofiarować się i uszczęśliwiać tego jednego mężczyznę, który gdzieś kręci się po świecie
  4. jestem gejem, zwał jak zwał (w tej chwili wolę używać określenia "gej" niż osoba orientacji "homoseksualnej" lub "homoerotycznej" --- erotyka i seks to pokłosie psychiki, ale nie wyczerpuje całej wewnętrznej tożsamości jednostki); nie czuję potrzeby bycia aktywistą i społecznikiem na rzecz ruchu LGBT, choć powoli dostrzegam, ile jeszcze trzeba zmienić w ludzkiej mentalności
  5. będę gejem do końca życia, czy tego chcę, czy nie; nie chcę na wyrost pisać, że już to w pełni "akceptuję", choć chyba tak jest; wydaje mi się, że jestem z tym już pogodzony; bezprzedmiotowe byłoby dalsze roztrząsanie możliwości "wyboru" mojej tożsamości/orientacji; nie wybierałem takiego życia, takie po prostu mam
  6. szukam :)

Minęło półtora miesiąca, odkąd rozpocząłem zmieniać swoje życie wewnętrzne. W porównaniu z tymi latami to i tak ekspresowe tempo. Zaczęło się od filmu i łez. Po drodze zacząłem własny blog, czytałem blogi innych. Potem jeszcze większy smutek i przemyślenia nad lekturą bloga Pięknej Duszy (że tak nazwę z wewnętrznego przeświadczenia). Nie wiem, kiedy i gdzie się skończy moja droga. Podobno gdzieś tu na blogu było widać, że kalkuluję każdy mój ruch, analizuję na wszystkie możliwe sposoby. Prawdopodobnie tak jest, nie inaczej niż w życiu codziennym, tym w którym nie wyszedłem jeszcze z szafy, nie dokonałem coming outu. Wszystko w swoim czasie, właściwym gronie i na swój sposób. Nie wiem, czy takie analizowanie przed, zamiast ryzykowania, to wina mojej dojrzałości, czy niedojrzałości, a może jakaś tragikomiczna mieszanka obu lub czegoś innego. Po to założyłem ten blog. Muszę przemyśleć kilka rzeczy, niektóre mam już za sobą, inne w trakcie, resztę przed sobą. Czy to dziwne, że w takim zakresie, na jaki mam wpływ, próbuję nie dać się łatwo skrzywdzić? Wcześniej nie miałem z kim porozmawiać, stąd w specyficzny dla bloga sposób tutaj rozmawiam. Staram się też rozmawiać w innych miejscach. Każde doświadczenie jest dla mnie cenne. Choć nie planowałem tego, być może i moje doświadczenie kiedyś stanie się dla kogoś przydatne.

Jestem katolikiem, wierzę, że Jezus Chrystus jest Bogiem. Moja prywatna wiara, choć zmaga się z pozornymi sprzecznościami i zadaje pytania (które nie świadczą o zadręczaniu się, lecz o poszukiwaniach), nie traci nadziei na zbawienie. Co więcej, choć nie pojmuję zamiarów Boga, który obserwuje jak sobie radzę z homoseksualizmem (i wcale nie ma tego w ...), potrafię jednak dostrzec we własnym życiu ślady Jego palca. Może to miało tak być, że dopiero teraz do tego dorastam. Uniknąłem kilku błędów i niezależnych ode mnie zbiegów okoliczności, które mogły zaważyć na dalszym życiu. Sfatygowaną tabula rasa mogę zapisywać od nowa.

Jakże wiele jeszcze przede mną. Jak wiele będę musiał przejść. Jak wiele brakuje, by być. Prawdziwie pokochać. Okrążyć cały świat i znaleźć tego właściwego.

Przeraża mnie też każdy pojedynczy coming out przed każdą osobą. Nie, nie chcę zrywać z moim światem, moimi przyjaciółmi, znajomymi, rodziną, tą bliższą i dalszą. Kocham ich, szanuję ich. Nie chcę wyjeżdżać w siną dal, rzucać pracy, zmieniać miejsca zamieszkania, tylko dlatego, że chcę być sobą. Nie oddam naszych znajomości tak łatwo, będę walczył o każdego z osobna. Będę przy nich, z ich własnymi rozterkami, naprzeciw ich stereotypowego obrazu o gejach. Dopóki starczy mi sił. Nie, nie każdy musi wiedzieć i nie każdy będzie, ale nie zamierzam też tak uparcie kłamać, jak do tej pory, jeśli nie będę musiał. Tak, wiem, że nie wszyscy mnie zaakceptują, znajomości przychodzą i odchodzą, a te prawdziwe sprawdzą się w takich chwilach, jak ta. Jednak za bardzo kocham tych Ludzi, aby tak łatwo ich olać tylko dlatego, że nieświadomie pod słowem "gej" nazywają i wyobrażają sobie coś innego, niż ja teraz. Nie mam do nich o to pretensji, w końcu też wyrosłem z takiego samego otoczenia. Być może to właśnie moje doświadczenie (a raczej jego brak) powoduje, że nie poddam się tak łatwo.

Tak, teraz już wiem, że homoseksualizm jest lekcją życia, odporności i siły. Jakież to niezmierzone pokłady człowiek musi w sobie odnaleźć, by się z tym wszystkim zmierzyć. Zaakceptować siebie i iść dalej szczęśliwie przez życie. Ale nie jest łatwo. Ani nie zawsze znajduję u siebie takie siły. Jestem tylko człowiekiem. I wszystko wymaga czasu, którego tak wiele już straciłem.

Damian Maliszewski, Niewinni niedoskonali (singiel), 2012

27.03.2012

Dlaczego?

Boże,


Dlaczego jestem gejem?


Dlaczego dobrze mi się układają znajomości z kobietami i mężczyznami, ale to mężczyźni --- u mnie, mężczyzny --- pociągają moje zmysły i psychikę?


Dlaczego akuratnie mi nałożyłeś ten Krzyż i teraz patrzysz, jak sobie z tym poradzę?


Dlaczego to ja jestem ten "inny", ten w mniejszości, choć cały czas ciałem i duchem pośród wszystkich?


Dlaczego?


Dlaczego nie mogę nigdy skutecznie zawrzeć Sakramentalnego Małżeństwa?


Dlaczego nie będę miał żony, dzieci, własnej "normalnej" rodziny, jakiej wszyscy oczekują?


Dlaczego moi rodzice nie będą mieć wnuków?


Dlaczego rodzice oczekują ode mnie innego szczęścia, niż to, które jest dla mnie prawdziwym szczęściem?






Dlaczego, Boże, proszę, powiedz mi, dlaczego?






Dlaczego moje szczęście i odnalezienie miłości postrzegane jest przez innych jako nieszczęście?


Dlaczego nie mam wyboru, gdy czuję się zmuszony okłamywać siebie albo innych, dla dobra innych?


Dlaczego straciłem tyle lat uciekając przed prawdą?


Dlaczego nie sprowokowałeś mnie do wcześniejszych poszukiwań własnej tożsamości?


Dlaczego?


Dlaczego wcześniej nie dałeś mi tej mądrości odwagi, aby żyć w zgodzie z samym sobą?


Dlaczego nakładasz takie piętno na tylu wspaniałych ludzi i zmuszasz nas do wyboru między miłością a akceptacją otoczenia?


Dlaczego Twoja miłość płynie przez tak niegodne serca, opluwane i obrzucane kamieniami?


Dlaczego pozwalasz ludziom miłować się, ale nie pozwalasz im być ze sobą?






Boże, bardzo proszę, powiedz nam, dlaczego?







Dlaczego dałeś homoseksualistom piękne dusze, a nie pozwalasz nam dzielić się życiem z tymi, których kochamy?


Dlaczego pozwalasz nam żyć, dajesz zdolność do pokochania i zabiegania o szczęście pokrewnej duszy, a inni ludzie nie pozwalają nam zapomnieć, jak bardzo nas nienawidzą, odmawiając prawa do życia i człowieczeństwa?



Dlaczego do granic rozpaczy i bólu potrafię odczuwać to samo, co cierpią inni, podczas gdy ja też potrzebuję takiego zrozumienia u innych, a spotykam się z niezrozumieniem?


Dlaczego pozwalasz nam cierpieć, w jakim celu, za co?


Dlaczego?


Dlaczego wystawiasz nas na próbę i  pozwalasz, żebyśmy popełniali błędy?


Dlaczego nasze błędy ciągną się do końca życia?


Dlaczego wszyscy wiedzą lepiej, ale tak naprawdę nie wiedzą nic?


Dlaczego my musimy sami uczyć się szukać Miłości?







Panie Boże, dlaczego?







Dlaczego nie dajesz jasnych wskazówek, jak postępować?


Dlaczego Twoi Słudzy i Oblubieńcy widzą we mnie tylko grzesznika i zaocznie skazują mnie na potępienie?


Dlaczego w prawdziwej miłości między dwojgiem ludzi tej samej płci reszta świata widzi zagrożenie i grzech?


Dlaczego moja dusza tak bardzo pragnie miłości?


Dlaczego?


Dlaczego moje ciało i moja dusza nie szukają kobiety, tylko mężczyznę?


Dlaczego nie odebrałeś mi życia i wolnej woli, mimo nieudolnych prób wypierania z siebie homoseksualizmu przez ponad połowę mojego życia?


Dlaczego dałeś mi poczuć, co by było gdyby..., pozwalając na usłyszenie o prawdziwej miłości między mężczyznami, która z dwojga istot czyni jedność?


Dlaczego pozwoliłeś mi ukradkiem przeczytać myśli Pięknych Dusz czujących to samo, co ja?







Dlaczego, Panie Boże, dlaczego, dlaczego, dlaczego...?





Vonda Shepard, Crying z albumu Heart And Soul. New Songs From Ally McBeal, 1999

25.03.2012

Wybierz tożsamość

Tyle o tym myślę, nie co mniej piszę (no dobra, dużo piszę :P), ale już  w ogóle nie mówię tego na głos.
A tu proszę, odpowiedź była tak blisko :) Wystarczyło tylko wejść na blog i zostawić komentarz :)

Wybieranie tożsamości (seksualnej?)

Eh, gdyby to było takie proste ;) Kliknij, zatwierdź i gotowe :)

Pogrzeb

Nie lubię pogrzebów. Zbyt mocno wczuwam się w bolesne uczucia najbliższych zmarłego. Mój ostatni zmarły owdowił żonę, dzieci, wnuki i prawnuki. Ksiądz przedstawił go jako wzór do naśladowania. Dać siebie innym poprzez założenie i pielęgnowanie własnej rodziny. Chylę czoła przed zmarłym za jego postawę, jakże bardzo chciałbym mieć taką rodzinę. O, przepraszam, zagalopowałem się. Jestem przecież gejem. Ironia losu.


Niedziela to praktycznie jedyny dzień tygodnia, w którym mogę tu zerknąć za dnia. I odespać zarwane wcześniej noce.


Lana Del Rey, Born To Die z albumu o tym samym tytule, 2012

PS.
Od śmierci do życia. Zadzwoniła do mnie mama małego dziecka. Wysłuchałem jakie to kolejne problemy ma przy opiece nad dzieckiem. Może to proza życia codziennego, ale przez to jej problemy nie stają się mniej ważne. To dzięki nim kiedyś z dziecka wyrośnie wspaniały człowiek. Dzięki trudowi rodziców. Dziecko teraz daje popalić rodzicom i długo jeszcze tego nie doceni, ale kiedyś może sobie uświadomi, jak wiele im zawdzięcza. Właśnie poprzez takie codzienne małe problemy.
Wysłuchanie się skończyło, a ja ze swoim problemem, jak milczałem, tak dalej milczę. Niczego nie świadoma tamta mama nawet nie prowokowała pytania, co u mnie słychać. Bo przecież ja problemów nie mam. Bo moje są nieistotne, błahe, tak naprawdę ich nie ma. Nią i światem targają istotne problemy rangi życiowej, ja zaś tylko sobie coś śmiesznego i obrzydliwego ubzdurałem...
Nie, nie mam i nie mogę mieć do niej pretensji, bo przecież ona nic o moich problemach nie wie, to ja nic jej nie mówię. A może powinienem. Wstyd mi tylko, że jej tematem jest wreszcie szczęście, a moim wciąż nieszczęście (oj tam oj tam, wespół z radością :) ale nie jestem jednowymiarowy). Że ona o poświęceniu dla drugiej osoby, a ja, choćbym chciał, nie mogę, przynajmniej nie dosłownie tak samo, jak czekając na wnuka chcieliby dla mnie rodzice. Że choć wcześniej ona żyła tylko obawami o siebie, ułożyła sobie życie u boku faceta i ma dziecko; ja zaś zostałem w tyle. Że ona może mówić, ja zaś nie. Że to jej problemy są zrozumiałe, a ja spotkałbym się z niezrozumieniem i paroma innymi reakcjami.
Czy wobec problemów świata, od biedy i głodu, poprzez katastrofy, na wojnach kończąc, i problemów ludzi, od wypadków, poprzez choroby, na śmierci kończąc --- moje "problemy" cokolwiek znaczą? Po co szukać, cokolwiek zmieniać, przecież wszyscy swoje szczęścia już znaleźli, ja nikomu do szczęścia nie jestem potrzebny...

20.03.2012

To się leczy

Targają mną różne uczucia i postawy wobec własnej ukrytej natury. Po niedawnym uświadomieniu sobie utraconych lat w samotności i potrzeby miłości, wydawało mi się, że bycie gejem to jest jedyna właściwa droga, którą powinienem obrać.


Ale wbrew powszechnym wyobrażeniom, życie geja wcale nie jest takie łatwe, przyjemne i sielankowe, jak o nim mówią i je pokazują. Szczególnie w Polsce.
Nie mówię tu bynajmniej o stereotypie, że każdy gej jest zniewieściałym hedonistą, uprawiającym obrzydzające praktyki seksualne, z dużym licznikiem partnerów i HIV na koncie. Tak być może przedstawia się, ale tylko jakiś odsetek wszystkich homoseksualistów. Co najmniej ja nie pasuję do takiego schematu. Czy to oznacza, że nie jestem już gejem? Ha, czasami nawet chciałbym, żeby niedopasowanie do stereotypu tak działało ;) Czytane ostatnio przeze mnie blogi dają ulgę, że jest więcej mężczyzn z podobnym motywem w życiu, którzy w swej nienormalności na szczęście myślą i zachowują się zupełnie normalnie. I mają normalne problemy, z którymi się utożsamiam.

U moich wątpliwości legły więc nie mylne stereotypy, lecz raczej to, że:
  • gejom trudniej jest znaleźć drugą połówkę, skoro jest nas mniej; jakże częstsze są więc "wpadki", gdy najnormalniej można się pomylić co do orientacji i dawanych sygnałów przez drugą osobę
  • heteroseksualne osoby najczęściej nie muszą ukrywać swojej tożsamości ani swoich związków, natomiast od gejów albo tego się wprost lub w sposób dorozumiany oczekuje i żąda, albo przynajmniej dla naszego bezpieczeństwa lepiej jest nie narażać się niektórym agresywnym osobnikom; mimo wszystko nie zawsze uda się wszystko ukryć, niektóre wiadomości wyciekają siłą, wbrew naszej woli, i masz babo placek
  • ujawnienie się jest swoistym społecznym piętnem i łatką do końca życia, od czego ciężko się uwolnić przebijając je innymi ważnymi rzeczami, które decydują o tym, czy poza byciem "ciotą" ludzie kogokolwiek w nas jeszcze widzą
  • osobom wierzącym, takim jak ja, zarzuca się wewnętrzne nieuporządkowanie, grzech i wieczne potępienie, z czym kochający Boga musi sobie jakoś sam poradzić, pomimo braku duszpasterstwa osób homoseksualnych
U mnie dodatkowo dokładają się wszystkie typowe problemy związane z długą samotnością i "skokiem" w nieznane. Heteroseksualnym osobom też trudno znaleźć tę właściwą partnerkę na całe życie. Nie inaczej jest w mojej sytuacji.


To wszystko podważyło moje przekonania o tym, co powinienem i muszę, co chcę ja i co chcą inni. Zadawałem sobie pytanie, czy na pewno wiem, w co się pakuję. Zaryzykować łatwo, ale zasadniczo odwrotu może nie być. Niewątpliwie nic na siłę ani nic pospiesznie. Tym nie mniej, zacząłem na powrót zastanawiać się, czy jednak nie lepiej byłoby zostawić moje życie takim, jakie jest. Do czasu, aż ktoś inny ujawni skrywaną tożsamość wbrew mojej woli i wrócę do punktu wyjścia. Ale mimo wszystko, może odczekać kolejnych kilkadziesiąt lat, może wcześniej zdążę umrzeć...


Poczytałem sobie o terapiach afirmatywnych i reparatywnych. Na szczęście dziś odchodzi się od stojącego u podstaw tej ostatniej techniki psychologicznej pierwotnego przekonania, że bieguny są tylko dwa i można je jednostronnie przemagnesować na właściwy kierunek, przemieniając homoseksualistę w heteroseksualistę. Choć nie wszyscy to podzielają. Wewnętrzne przekonanie i doświadczenie życiowe podpowiada mi, że dosłowne przemagnesowanie jest niemożliwe. Co najwyżej można mówić o zmniejszeniu potrzeb seksualnych i psychicznych wobec osób tej samej płci oraz mniej lub bardziej nieudolnej próbie wydobycia z wypranej terapią psychiki resztek pokładów zainteresowania osobami płci przeciwnej i próbie wykształcenia na ich bazie również pociągu seksualnego.
Słowem, zakłada się, że poddawani takim eksperymentom "pacjenci" tak naprawdę wcale nie są gejami, tylko ukrytymi heteroseksualistami. Jeżeli w ogóle to działa, ja nazwałbym takie osoby biseksualistami z dominującymi upodobaniami wcześniej homoseksualnymi, a potem heteroseksualnymi. Próbuje się w nich ukryć niepożądaną tożsamość a wpoić tę słuszną.
Co ciekawe, zakłada się, że nie wszyscy nadają się do terapii, a i dla tych ją kończących nie daje się pełnej ani dożywotniej skuteczności. Nie odbierając powodzenia terapii faktycznie szczęśliwym pacjentom, gdyż i takich dużo jest, uważam, że przynajmniej w moim przypadku szanse byłyby małe, cena (psychiczna) duża, a groźba "nawrotu" duża. Abstrahuję w tym miejscu od tego czym jest homoseksualizm, dlaczego nie jest chorobą i że nie da się go całkowicie z psychiki usunąć. Tylko zagłuszyć.
Zwał jak zwał, moim zdaniem egoizm jednostki powinien kończyć się na szczęściu i nieszczęściu drugiej osoby, zwłaszcza kobiety i wspólnych dzieci. W książkach, na ekranie i oczyma wyobraźni widzę osobisty dramat takiej rodziny, w której mężczyzna jednak sobie nie poradził z tłumioną częścią homoseksualnej tożsamości, jednak miał chociażby jedną chwilę "słabości", czym krzywdzi wszystkich. Jak by nie szacować ryzyka, to potencjalne straty duże. Naprawdę, nie jestem przekonany, czy gra jest warta świeczki. Domyślam się, że mnie niestety sklasyfikowano by jako nienadającego się do terapii lub nierokującego na poprawę.


Zawsze dziwiły mnie anonimowe (samo to jedno słowo "anonimowe" już wszystko tłumaczy) komentarze w internecie typu "to się leczy". Przepraszam za analogiczny kolokwializm, "to" co najwyżej można spróbować zagłuszyć, a nie wyleczyć. Ale wiadomo, wśród anonimowych internautów najwięcej jest domorosłych psychiatrów.


I tak, pozostaje mi do "wyboru" (a ktoś mnie pytał o zdanie?) albo dożywotnia samotność w przymusowym celibacie, albo oszukiwanie siebie i innych przy kobiecie, albo w jakimś zakresie zaakceptowanie tego wszystkiego, czego dotąd się wypierałem. Żyć nie umierać, perspektywy, że hej... :) Dalej odczuwam, że samotność nie jest moim powołaniem i nie doprowadzi mnie do niczego dobrego.


PS. Podobno nie mogę się zdecydować, raz pisząc o homoseksualistach "oni" i "ich", innym zaś razem "my" i "nas". Potwierdzam. Nie mogę się zdecydować. To wciąż nie jest dla mnie ani łatwe, ani oczywiste... Tym bardziej, że licencji ani legitymacji nikt nie udziela, a poza tzw. "środowiskiem" aktywistów, spokojnie żyje cała reszta osób, które w jakimś kręgu ujawniły swoją tożsamość, jak i tych wciąż ukrytych. W okolicach tych ostatnich jest wciąż moje "ja". Na samotnej wyspie wciąż nie wiem, czy i z kim się utożsamiam, ani gdzie chciałbym być, ani gdzie jestem gotów przynależeć. Wpierw muszę do tego psychicznie dorosnąć, a ten blog jest dotąd jedynym na oścież otwartym oknem mej duszy na świat.


Podziwiam Cię, Drogi Czytelniku lub Droga Czytelniczko, i jednocześnie za to samo dziękuję, że chciało Ci się mnie wysłuchać :) A może zechcesz coś dodać?



Joni Mitchell, Both Sides, Now z albumu o tym samym tytule, 2000

18.03.2012

Radość i smutek

Czy radość i smutek mogą sobie towarzyszyć? Przeplatać się na przemian? Czy to nie jest popadanie ze skrajności w skrajność? Czy takie przeciwieństwa nie pchają mnie na skraj depresji i załamania psychicznego?


Z jednej strony, trwały smutek i lęk przed nieznanym. Smutek, że dotąd nie ułożyłem sobie życia osobistego i w gruncie rzeczy nie chcę skończyć samotnie, choć wciąż nie wiem, czy tak nie byłoby lepiej dla innych. Smutek, że --- jak to bywa, bez mojej zgody --- Pan Bóg nałożył na moje barki w tym miejscu i w tym czasie akuratnie taki krzyż i chyba poddaje mnie jakiejś próbie, a może w nieodgadniony mi sposób rozsiewa ukryte drogowskazy, których nie potrafię wybrać. Smutek, że z takimi problemami czuję się sam i nawet nie mogę z kimś obiektywnym swobodnie porozmawiać. Smutek, że albo to będę wiecznie odkładał (w co ktoś i tak kiedyś brutalnie boleśnie wkroczy), albo sam teraz rozwiążę mój problem, tylko jak? Smutek, że co bym nie zrobił i nie powiedział, zawsze będę przez kogoś niezrozumiany lub opluty. Smutek, że posługuję się dwoma tożsamościami i nie mam prawa ich łączyć. Trwały, bo towarzyszy mi od dłuższego czasu i nie widzę czasu, kiedy będę gotów zmienić moją sytuację. Strach, bo jakkolwiek bym nie postąpił, i tak nie wiem, co mnie czeka. Strach przed zaniechaniem lub konsekwencjami wybranych czynów, tych właściwych i niewłaściwych. Strach przed reakcją otoczenia. Strach przed samotnością i starością albo bliską relacją z drugą osobą. Strach przed poszukiwaniem drugiej osoby, tej jedynej.


Z drugiej strony, radość i wdzięczność, że żyję i zawsze mogło być gorzej. Optymistycznie podchodzę do życia, dostrzegam jego drobne uroki, piękno otaczającego świata, przyrody i relacji między ludźmi. Mimo wszystko potrafię się dobrze bawić i pośmiać. Uwielbiam muzykę i moje pasje; zasadniczo lubię to co robię w pracy. Zawsze coś robię, nigdy się nie nudzę i w prawdziwym życiu staram się nie narzekać. Nie wiem, jak postrzegają mnie inni, ale na pewno nie jako ponuraka i smutasa, bo wprost o to kogoś kiedyś zapytałem. No ale to w "prawdziwym życiu", cokolwiek to nie oznacza. Bo w prawdziwym "ja" jest nie tylko taka radość, lecz i wspomniany smutek.


Najgorsze jest to, że w mojej sytuacji chyba najlepiej byłoby się załamać, popaść w depresję, zatrzymać się na dłuższą chwilę, odpocząć, zastanowić się i odciąć od świata. Tylko że ja nawet nie umiem się załamać, ani nie chcę. O ironio losu (w świetle problemów bliskiej osoby), jestem chyba zbyt silny psychicznie żeby się pogrążyć w niemocy. To strata czasu. Choć być może zbyt słaby, by szybko podjąć ryzyko bez zastanowienia. Pewnie, że załamaniem wygodnie byłoby zwrócić uwagę nie tyle na siebie, co na ukrywany problem, co być może ułatwiłoby mi jego wyjawienie i jakieś rozwiązanie w którą bądź stronę. Ale ja nie szukam litości ani kłopotów, a to przyniosłoby same kłopoty. A ja szukam tylko szczęścia i miłości w życiu, tylko nie wiem jak i gdzie... Pan Bóg postanowił zaś zrobić mi pod górkę...

Barbara Gąsienica-Giewont, Młoda uroda w aranżacji Adama Sztaby
z albumu Andrzeja Brandstattera Moje pocieszenie, 2005

16.03.2012

Samotna wyspa

Nie znam osobiście żadnej osoby, która czuje to samo co ja. Nie poznałem żadnego geja czy lesbijki ani w szkołach, ani na studiach, ani w moich pracach, ani nigdzie indziej. Biorąc pod uwagę statystyczny odsetek homoseksualistów w społeczeństwach (ile by ich nie było, od ułamków procenta do kilkunastu procent wg różnych teorii i badań), moje mniemanie o tym, że nigdy nie znałem ani nawet nie minąłem się z żadnym gejem, jest niewątpliwie mylne. Przewinęło się obok mnie tak dużo osób, że teoretycznie ktoś powinien mieć taki problem jak ja. Mimo statystyk, czuję się jak samotna wyspa otoczona przez wzburzone morze i groźne rafy. Co innego obecność gejów na odległość w mediach, a co innego we własnym życiu.

Ostatnio przypomniał mi się taki obraz sprzed kilku lat. Wysiadam z dworca kolejowego w dużym mieście i spieszę się do wyjścia (nawet nie pamiętam, czy to było jeszcze na studiach, czy już po). Po drugiej stronie peronu jakieś 5 m ode mnie w drzwiach do pociągu stoi jakiś facet, niżej na peronie drugi facet, obaj nie starsi ode mnie. Żegnając się, ten z peronu ukradkiem podskoczył i pocałował tego z pociągu. Zauważyli mnie. Byli zaskoczeni, że ktoś to widział. Po chwili schodziłem już z peronu. Całość trwała może 5 sekund? Ale ich zaskoczonego spojrzenia na mnie nie za pomnę chyba do końca życia.

Z początku nie byłem nawet świadom tego, co widziałem. Ich zachowanie było na tyle (dla mnie) nietypowe, że dopiero wychodząc z dworca na miasto uświadomiłem sobie, że to miał być pocałunek.

W tamtej chwili pomyślałem tylko, że rozumiem ich prawo do miłości, ale oni też nie powinni się dziwić, jeśli ktoś czuje się tym zaskoczony, jak ja. Nawet byłem trochę zły, że mi się takim widokiem narzucili. W najmniejszym stopniu nie odnosiłem tamtej sytuacji do siebie samego. Niewiele z resztą wtedy to analizowałem. Ot, zdarzyło się, chwilę idąc przetrawiłem co to było, zapomniałem. Dopiero niedawno odnalazło się w pamięci.

Dziś to mi jest głupio, że być może wzięli mnie za kogoś, kto gotów byłby się tam do nich wrócić, nabluzgać i zbić obu "mordę". Że niechcący wtargnąłem w intymną chwilę i zamiast -- być może -- okazać co najmniej jakieś objawy tolerancji lub akceptacji, jeśli nie podziwu za odwagę, to po prostu zachowałem kamienną twarz i odwróciłem wzrok na drugą stronę peronu. Że prawdopodobnie mogli się poczuć potępieni i zaszczuci. Że dziś jest mi przykro z powodu mojego zachowania, nawet jeśli każde z nas miało prawo poczuć się, jak się wtedy poczuło.

Fakt faktem, że zrobili to w miejscu publicznym. Ale nie słyszałem, żeby nasi politycy przyjęli szariat. Ani żeby to było wykroczeniem. A podobne pocałunki, jak nie dłuższe i bardziej namiętne, między kobietą i mężczyzną (od młodych po nieco starsze pary) widuję tak często w różnych miejscach publicznych, że na prawdę nie zwracam na to uwagi. Ani niemal nikt inny nie zwraca uwagi, poza dewotami. A mimo wszystko wtedy zwróciłem, nazbyt ofensywnie wobec zakochanych.

Wtedy zdecydowanie nie wiedziałem jeszcze, co mnie samego czeka, choć przecież wszystko już wiedziałem, tylko nie dawałem racji bytu. Lecz i dziś chyba dalej do końca nie zdaję sobie sprawy, w co się pakuję. Jeśli się wpakuję? Nie wiem. Nie wystarczy pstryknąć palcem i szybko przekonać się. Żałuję, że nie sprawdziłem jak byłem młodszy, wtedy łatwiej by mi przebaczono błędy, łatwiej bym sam przeskoczył moje błędy i reakcję innych.
Paul Simon & Simon Garfunkel, Bridge Over Troubled Water, 1970

15.03.2012

Wyrzuty

Tyle ostatnio myślę i poniekąd "zajmuję" się "inną" stroną mojej natury, że momentami mam nawet wyrzuty sumienia, że nie zajmuję się czymś innym, pożytecznym dla innych ludzi. Nie żebym poświęcał byciu gejem dnie i noce, ale skok od zera do kilku chwil dziennie plus czas na pisanie bloga, to jest już zmiana zasadniczo drastyczna, w moim przypadku.
Czasem czytam i słyszę zarzuty wobec gejów, że skupiają się na sobie zamiast na innych. I rady, by znaleźli pożyteczne zajęcie zastępcze.
Cóż, całe życie zajmuję się życiem innych, bezinteresownie pomagam innym (pewnie, że zawsze można więcej). Taką mam naturę, nie potrafię tego zmienić. W wyszukiwaniu zaś zapchaj-dziury (pasji wypełniających życie) czuję się mistrzem. Swoje życie osobiste sprowadziłem chyba do zera. I co, pomogło? Dla jednych będzie to oczywiste, dla przekonanych o słuszności ich dogmatów będzie to niewiarygodne, ale nie. Nie pomaga.
Myśli, uczucia i pragnienia możemy zagłuszać, spychać, marginalizować, deprecjonować, ale ich się nie wyzbędziemy, prędzej czy później znajdą sobie ścieżkę na zewnątrz. Czy to, co myślimy, czujemy i pragniemy jest rzeczywiście najważniejsze? Tak, zgadzam się! Właśnie to decyduje o tym, kim jesteśmy. Że wciąż jesteśmy.


Zawsze powtarzałem sobie, że gdyby mój homoseksualizm wyszedł na jaw, nie chciałbym być sprowadzany do roli geja, zapamiętany tylko jako "pedał", wyróżniający się z tłumu akuratnie właśnie pod tym względem, lecz nic poza tym, nie kojarzony z niczym innym. I wcale nie o jakieś ambitne osiągnięcia na koncie mi chodzi, lecz o bolące i niesprawiedliwe zrównanie z ziemią, że jak gej, to nie warty szacunku, nie godny miłości, do przemilczenia, przejścia obok z odwróconą głową, godny pożałowania i litości. Że wszystko inne, co by mi się kiedykolwiek przez całe życie nie udało w sumie osiągnąć, i tak nie ma znaczenia. Bo gej.


W ten oto sposób rzuciłem się w wir innych zajęć. BBM (ten film) uświadomił mi, że choć cieszę się (nie ukrywam) z tego, co udaje mi się osiągać na polach "zastępczych", i że nie chciałbym z nich rezygnować, to nie wyczerpuję się w tych ramach. Tak jak wypierałem z siebie, że nie jestem tylko gejem, ale również kimś innym, tak teraz dochodzi do mnie, że nie tylko jestem tym kimś, ale w tym również gejem.


Powtarzałem sobie również, że właśnie gejem to ja NIE jestem, tylko (jeżeli w ogóle, to) homoseksualistą. Że geje to ci epatujący erotyzmem i wojujący na kolorowych paradach, z którymi się nie identyfikuję, a homoseksualiści to ta spokojniejsza reszta, nie zawsze zadowolona, choć czasem pogodzona ze swoją tożsamością. Dziś sama terminologia chyba już jest mi obojętna, a może raczej dopiero teraz przybrała właściwych kształtów. Przecież geje to nie parady, to nie pornografia. Na świecie żyją różni ludzie, o różnych postawach życiowych i poglądach, a akuratnie tu orientacja nie ma żadnego związku. A że opinia publiczna to utożsamia z własnymi stereotypami, to i mnie w głowie pomieszało.

Czy to naprawdę taka zbrodnia, że oprócz tego wszystkiego, co robię na zewnątrz, w istocie dla innych, pod czym pewne grono rodziny i znajomych mnie zna, czuję jeszcze potrzebę miłości do drugiej osoby? Że nie czuję się spełniony w samotności? Czy naprawdę zasługuję na pogardę, że nie krzywdząc innych też zaczynam szukać szczęścia? Że skoro nie mam na to wpływu, to chyba chciałbym przynajmniej spróbować znaleźć towarzysza (a nie towarzyszkę) życia?

Życie jest wspaniałe i piękne. Naprawdę, kocham życie i nie mogę na nie nic złego powiedzieć. Pewnie, że nie jeden kamień trzeba przeskoczyć, górę obejść i ocean przepłynąć, a wcześniej nauczyć się pływać lub latać. Mimo przeciwności, naprawdę dziękuję Bogu, że tu jestem. Muszę zacząć sobie z tym wszystkim radzić.

Rufus Wainwright z ojcem i siostrami, Poses, koncert w Covent Garden, Londyn 2011
oryginalnie z albumu o tym samym tytule, 2001

11.03.2012

Tajemnica Brokeback Mountain

To już prawie miesiąc, odkąd Jack Twist i Ennis del Mar pomieszali mi w głowie. Jakże niezwykły musi to być film, skoro wywarł piętno na tylu osobach...

Nie planowałem szczególnie jego oglądania. Ot, kolejny raz leci w telewizji, słyszę przypadkiem zapowiedź, to jak nie zapomnę może go w końcu dla świętego spokoju obejrzę. Akurat leciał w walentynki, ale (dotąd?) nie obchodziłem tego święta (skoro nie miałem czego świętować), więc i to nie było argumentem za sięgnięcie po pilota. Raczej (pod)świadomość, że to o czymś, co mnie w jakiś sposób dotyczy. Że kiedyś nie chciałem go oglądać przy rodzicach, a teraz mogłem obejrzeć go sam. Że dawno nie oglądałem w tv żadnego filmu, więc po męczącym dniu w pracy mogę obejrzeć. Wyszło, jak wyszło. Obejrzałem.

Nawet nie wiedziałem, że Tajemnica Brokeback Mountain jest stosunkowo takim starym filmem. Jakże wiele od 2005 r. zmieniło się w moim życiu. Co by było gdybym obejrzał go wtedy, gdy był jeszcze w kinach? Nie wiem. Może byłby zwykłym nudnym filmem, po którym nie odważyłbym się zmienić nic w swoim życiu? A może tak miało być, bo dopiero teraz dorastam do innych decyzji?

Co w nim takiego szczególnego? Zdjęcia? Muzyka? Aktorzy? Fabuła? Odległość (1960's USA)? Nie wiem.

Dziewicza amerykańska natura na pewno ma swój urok. Muzykę znam od dawna z RMF Classic i bardzo lubię, ale nie wiedziałem, że to z tego filmu (ależ los płata nam figle!!), choć kilka nowych motywów polubiłem dopiero z kupionej płyty. Aktorów ze słyszenia kojarzę, choć nigdzie indziej ich nie oglądałem.

Fabuła... ██████ uwaga spoiler: możesz pominąć streszczenie, jeśli dopiero zamierzasz obejrzeć film, szukaj kolejnego prostokąta poniżej █ Dwaj faceci poznają się na Brokeback Mountain przy sezonowym wypasie owiec. Mają przelotny romans, ale ich drogi się rozchodzą. Mijają lata, każdy żeni się i ma dzieci. Kiedy ponownie odnajdują siebie, ich miłość rozkwita. Co roku w tajemnicy przed rodzinami spotykają się na dwa tygodnie w tym samym tytułowym miejscu. Jack chciałby zamieszkać z Ennisem, ale ten nie dopuszcza takiej myśli. Dopiero gdy Jack ginie, Ennis uświadamia sobie, jak wiele dla niego znaczy zmarły kochanek.

W filmie kilka scen zapadło mi szczególnie w pamięci.

Pierwsza, gdy Ennis silnie przeżywa pożegnanie Jacka po zakończeniu wspólnej pracy.

Druga, gdy Ennis i Jack wpadają sobie w ramiona po latach rozłąki (a jednak to była miłość!).

Trzecia i czwarta, gdy Jack nieskutecznie namawia Ennisa do wspólnego życia i płacze odjeżdżając.

Piąta i szósta, gdy Ennis dowiaduje się o śmierci Jacka, potem znajduje włożone jedna w drugą ich koszule.

Siódma i ostatnia, gdy samotny Ennis zamyka szafę, w której Jacka przypominają mu owe koszule i zdjęcie z Brokeback Mountain.

█ koniec spoilera █████ Płakałem jak bóbr, co tu dużo ukrywać, nie spodziewałem się takiej reakcji. Nigdy wcześniej nie czytałem nawet opisu fabuły, więc naprawdę nie wiedziałem, co będzie po drodze i na koniec. Ani że tak mocno mną poruszy.

Uświadomiłem sobie przede wszystkim, jak bardzo chciałbym kogoś pokochać i być pokochanym, pamiętać i być pamiętanym, wyczekiwać spotkania i być oczekiwanym, cieszyć się uśmiechem i dawać uśmiech, razem się zestarzeć i patrzeć, jak się starzejemy... Banalne? Być może. W świecie normalności człowiek nie zdaje sobie nawet z tego sprawy. W świecie normalności nie mam do tego prawa. W świecie normalności ukrywam przed sobą i otoczeniem, jak niewiele mi brakuje do szczęścia. W świecie normalności, miłość dla mnie nie istnieje. A tu taki cios w serce, skończysz jak Ennis albo jeszcze gorzej... (co innego z rzadka pomyśleć, a co innego empatycznie zobaczyć).

Oto więc jestem i zaczynam zmieniać swoje życie. Faktycznie, na razie powoli. Na razie nie wiem, czego chcę, co więcej: boję się tego, co chyba przede mną.

Gustavo Santaolalla, The Wings z filmu i albumu Brokeback Mountain, 2005

09.03.2012

Rozmowa

Większość ludzi jak ma jakiś problem, z którym sobie nie potrafi samemu poradzić, to rozmawia lub prosi o radę bliskich krewnych i przyjaciół. Gdy jest to niemożliwe lub nie pomaga, niektórzy wierzący idą do spowiednika, a niektórzy inni do psychoanalityka. U mnie wszystkie opcje odpadają. Nie mam z kim porozmawiać.

Reakcji otoczenia się obawiam. Nie mam też nikogo, komu mógłbym się w zaufaniu zwierzyć, mając pewność, że bez mojej zgody jawna tajemnica nie pójdzie dalej w świat. Nie chciałbym też nikogo tym obciążać odwracając sytuację, gdy to ja jestem niemymi uszami dla cudzych problemów.

Spowiednik kazał mi znaleźć sobie dziewczynę. Miałem przyjaciółkę, nie wiem, czy z jej strony to nie było coś więcej. Przestraszyłem się tego "więcej'. Nie chciałem jej bardziej skrzywdzić, więc zawczasu zerwałem kontakt, czym oczywiście też ją skrzywdziłem ("uciekaj Lassie, już cię nie lubię..."), ale ufam, że dla niej na krótszą metę. Mój egoizm aż tak daleko nie sięga - nie potrafiłbym okłamywać dziewczyny.

Na psychoanalityka pieniędzy nie mam lub mi szkoda, już wolę sobie sam odpowiadać na pytania "a co pan sam o tym sądzi?".

I to też czynię na blogu. Mam wiele przemyśleń i nierozstrzygniętych zagadnień. Może odpowiem sobie sam, a może zbłąkana dusza dorzuci czasem jakiś komentarz, o co bardzo proszę. Może ktoś miał lub ma podobne problemy, jak ja.
Celine Dion, I surrender z albumu A New Day Has Come, 2002

Pozory

Czasami czuję się znakomitym aktorem, mistrzem oszustwa i kamuflażu. Innymi razami mam wrażenie, że wszyscy już wiedzą, albo że niemożliwym jest, żeby nikt się nie domyślał, nikt nic nie podejrzewał. Prawda zapewne leży po środku.

Bloga nie traktuję jako coming-outu, chyba że przed samym sobą. Do niedawna to była sprawa tylko między mną a Bogiem, w którymś momencie dowiedział się jeszcze jeden spowiednik. I tyle. W takim przeświadczeniu w każdym razie żyję. Rodzice, rodzinka, przyjaciele, znajomi i współpracownicy nic nie wiedzą. Albo tak tylko mi się wydaje.

Rodzina i znajomi wciąż dopytują, czasem w żartach lub naokoło, o moją dziewczynę i w perspektywie żonę. Trzydziestka na karku ułatwia im zadawanie takich pytań i wyrażanie jakże wspaniałomyślnych życzeń i rozkazów. Mniemam więc, że choćby tliły się w nich drobne wątpliwości, to na ewentualne moje ujawnienie się jako geja mimo wszystko pierwszą ich reakcją byłby szok, czyli że moje misterne ukrywanie prawdy do takiego momentu okazałoby się skuteczne. Ale może tylko ja byłbym zszokowany, bo za plecami mam już łatkę? Nie dowiem się. Na razie nikt nie obalił mojej wymówki na kawalerstwo, więc moje obawy o dotychczasową sytuację powinny być zbyteczne.

Czy można pozory zachowywać do końca życia? Oczywiście, że można. Byłoby to cholernie trudne, ale teoretycznie z mojej własnej strony możliwe, żebym żył do śmierci jako stary kawaler, który po prostu nie trafił na "tę jedyną" kobietę. To, że kontynuowałbym stan wewnętrznego nieszczęścia i dyskomfortu, byłoby już "tylko" moim problemem. Zawsze powstają jednak niedopowiedzenia, budzą się wątpliwości, a człowiek nie zawsze będzie wewnętrznie czujny, by czymś się nie zdradzić. Ludzie dopytują o kobietę, doświadczenia miłosne, dzieci. Często ich pytania i zachowania są tak nieprzewidywalne, że zaskoczony sam już nie wiem, co na szybko mam im odpowiedzieć.

W teorii możliwe, w praktyce niewykonalne, żeby na przestrzeni potencjalnych kilkudziesięciu lat życia nikt w którymś momencie (oczywiście niespodziewanym) nie zarzucił mi homoseksualizmu, choćbym nie wiem jak dobrze się od tego bronił i wcześniej przygotowywał barykady. A wcale nie mówię tu o podwójnym życiu z partnerem (tj. zachowaniach zewnętrznych, które miałbym skrywać przed innymi), tylko o pokornej samotności, dobrowolnej i dożywotniej wstrzemięźliwości, ascetycznej czystości, przymusowym celibacie, o wyrzeczeniu się tej formy samorealizacji. Mimo moich dobrych chęci, każdy mógłby mi to odebrać, zarzucając mi bycie gejem. Świadomość homoseksualizmu, od której sam bym uciekał, a i tak dogoniłaby mnie zza pleców wobec otoczenia.

Ludzie interesują się życiem innych osób, w tym także osobistym i uczuciowym. Heteroseksualni nie widzą w tym nic nienormalnego, gdy pytają o osobę towarzyszącą na weselu, wypad do kina z dziewczyną, zaproszenie narzeczonej do cioci na obiad czy po prostu banalne "z kim chodzisz?". Uważam, że jest to naturalne zachowanie między ludźmi, tworzące więzi społeczne i rodzinne. Gdy z tymi samymi pytaniami niechcący dochodzimy do gejów, oczekuje się czasem od nich, żeby swój homoseksualizm zachowali dla siebie i nie obnosili się z tym. Tym samym niektórzy oczekują od nich kłamania i ukrywania prawdy. Czym innym jest głośno samowojujący homoseksualizm na paradach, a czym innym uciekanie od normalnych pytań osób poprawnej orientacji. Ileż można uciekać, wymijać, kłamać?

Ba, obracam się wśród innych heteroseksualnych ludzi, więc nikt mi nie wmówi, że "normalni" ludzie nie rozmawiają, nie komentują i nie żartują o zachowaniach seksualnych, choć robią to prywatnie (nie publicznie) w zamkniętym gronie. O biuście koleżanki, porannym lodziku, zdradach czy innych problemach w związkach. Można mi zarzucać brak obiektywizmu, ale wydaje mi się, że wbrew pozorom to wszystko też jest normalne.Wśród heteroseksualnych. Bo jak mówimy o gejach, to znów: powinni siedzieć cicho... I siedzą. Co nie znaczy, że nie mają takich samych problemów, myśli i potrzeby ot po prostu porozmawiania. A jeśli nawet odbieramy prawo do rozmawiania ("niech gadają ze sobą, to nie nasze problemy"), to przynajmniej, żebym nie musiał obawiać się utraty życia, pracy, szacunku --- tylko dlatego, że coś (o czym heteroseksualni właśnie rozmawiają) mi też się przypadkiem wymsknęło. A miałem zakaz.

Nie jestem psychologiem, więc nie wiem czy i jakie problemy i choroby psychiczne może wywoływać utajony homoseksualizm. Domyślam się, że w niekorzystnych warunkach jak każdy długotrwały, nierozwiązany, pogłębiający i kumulujący się problem psychologiczny grozi depresją i zaburzeniami osobowościowymi. Osoby z niską empatią odpowiedzą: "i dobrze, niech geje cierpią, skoro sobie to wymyślili, nikt nie każe im żyć". Przypomnę jednak, że geje są częścią tego społeczeństwa, to twój sąsiad, kolega, a może brat. Jak każdy człowiek zasługuje na życie i zdrowie. Z nienawiścią polemizować nie będę. Stwierdzam tylko, że co najmniej połowę mojego życia uciekałem od tego problemu, udając, że nic się nie stało. O ile chęć udawania mogę jeszcze zregenerować (na razie jestem bliski wyczerpania), to ten pozorny ład bez względu na moje wysiłki ktoś kiedyś może mi odebrać siłą, demaskując mnie jako homoseksualistę, cóż że tylko w głowie (jak dotąd nie w czynach), skoro się wyda i tak będzie afera.

Utrzymywanie pozorów. Do końca życia. W tej chwili dla mnie niewyobrażalne.

Rufus Wainwright, The Maker Makes z albumu Brokeback Mountain, 2005

06.03.2012

Homoseksualizm

Kiedy postanowiłem zostać gejem?

Nie, to tak nie wyglądało. Nie mogę wypowiadać się za wszystkich, ale to chyba nigdy tak nie wygląda.

Nie znam przyczyn homoseksualizmu. Determinacja lub podatność odziedziczone genami? Zaburzenia hormonalne w życiu płodowym lub niemowlęctwie? Relacje z rodzicami lub otoczeniem? Trauma? Naprawdę nie wiem. Odkrywca może liczyć na Nobla, naprawdę. Chciałbym tego dożyć.

Czy homoseksualizm to choroba? Zaburzenie preferencji seksualnych? Nie jestem lekarzem. Nie będę relacjonował ani polemizował ze skrajnymi argumentami. Jednego natomiast jestem pewien. Homoseksualizm to fakt, który towarzyszy całe świadome życie. Z tego nie da się wyzdrowieć ani wyleczyć. Owszem, można utrzymywać pozory, ale sedna to nie zmieni.

Symptomy tego, co dzisiaj wstydliwie i wciąż z poczuciem winy odkrywam i nazywam u siebie homoseksualizmem, pamiętam od małego dziecka. Nie wiem, kiedy dokładnie i w jaki dokładnie sposób normalny chłopiec/mężczyzna przekonuje się o tym, że podobają mu się dziewczyny/kobiety. Domyślam się, że w tym niewiele się różnimy, bez względu na płeć i orientację. To nie jest jakiś jeden konkretny moment. To jakoś samo podświadomie zdradza się w relacjach z rówieśnikami i innymi ludźmi, pośrednio w zainteresowaniach, a w trakcie dojrzewania wraz z pociągiem seksualnym, czymkolwiek to nie jest. Każdy przypomni sobie jakieś drobne elementy: o, wtedy zainteresowała mnie jakaś dziewczyna; wtedy podobał mi się jakiś chłopak.

Niełatwo przychodzi mi nazwać, czym jest homoseksualizm. Wobec tej samej płci zamiast przeciwnej, to na pewno; ale czy jest to "zainteresowanie"? Upodobania? Wybór? Przeznaczenie? Preferencje? Orientacja? Poczucie piękna? Odczuwanie? Uczucia? Potrzeba? Pociąg? Pożądanie? Uległość? Słabość? Skłonność? Dążenie? Bliskość? Na ile emocjonalnie, a ile seksualnie? W ilu aspektach? Czy wystarczą same wątpliwości lub obawy w myślach, wewnętrzne przekonanie, sposób bycia, jawne zadeklarowanie, ukrywane lub jawne zachowania? Czy konieczna jest akceptacja przez samego siebie, najbliższych, otoczenie, społeczeństwo, państwo? Przez chwilę, przez kilka miesięcy, do końca życia?

Obserwując świat ludzi wydaje mi się, że jest to nieco bardziej skomplikowane, niż chcielibyśmy wszyscy poszufladkować. Zbyt wiele aspektów wzajemnie się przeplata. Myślę wręcz, że niekompletnym jest podział ludzi na 100%- heteroseksualistów, biseksualistów, homoseksualistów czy aseksualistów. Wyobrażam sobie, że u większości osób upodobanie (umownie zostańmy na moment przy tym słowie) do tej samej płci jest tak bardzo znikome, że poza skrajnymi okolicznościami nigdy nie wpływa na zachowanie, a nawet utożsamiane jest skrajnie z obrzydzeniem (bardzo dobrze, skoro heteroseksualne zachowania podtrzymują ciągłość gatunku).

Nie uchybia to faktowi, że pewna niewielka część społeczeństwa w różnym czasie i zakresie ociera się o homoseksualizm. Domyślam się, że w specyficznych okolicznościach w trakcie dojrzewania niektórym mogły się nawet przydarzyć jednorazowe, niekonsekwentne lub niezdecydowane odczucia (niekoniecznie czyny, niekoniecznie ze sfery seksualnej) wobec tej samej płci i wcale nie musi to rzutować na całe dalsze heteroseksualne życie. Ot, po prostu dorastanie, samoistne poznawanie siebie.

Są jednak osoby, które w wyniku tego procesu, poprzez wątpliwości i przeżycia, ostatecznie uświadamiają sobie upodobanie wobec tej samej płci. Z różnych przyczyn i z różną skutecznością może to być odwlekane, spychane do podświadomości, ukrywane przed samym sobą i otoczeniem. Tożsamość jednak istnieje bez względu na to, kiedy i w ilu procentach jest akceptowana przez siebie i innych, bez względu na to, na ile przekonująco można udawać coś innego.

Gustavo Santaolalla, The Wings z filmu i albumu Brokeback Mountain, 2005

Przeprowadzka

Prowadzenie bloga zacząłem od Onetu, poniekąd wzorując się na innych znanych mi blogach o podobnej tematyce, ale mimo wszystko do onetowego sposobu edytowania wciąż nie potrafiłem się przyzwyczaić. Po trzech tygodniach milczenia, dziś próbuję kontynuować blog na nowej platformie.