O marszach równości, w tym o warszawskiej Paradzie Równości, kiedyś coś mi się wydawało. Najpierw myślałem, że nie są o mnie, później — że nie są dla mnie.
Bo przecież to zawsze „oni” i „tamci”. To nie mogło mnie dotyczyć. Dla wszystkich oczywiste było, że będę „miał” dziewczynę, żonę, dzieci. Większą część życia tworzyłem różne pozory. Wypierałem prawdziwszą wersję siebie. Nie tylko przed innymi, ale również przed sobą. Komfort i bezpieczeństwo nietłumaczenia się nikomu. Duma (Pride)🏳️🌈 długo była mi obca, niezrozumiała.
Odkąd skończyłem trzydziesty rok życia, wiele się zmieniło. Zorientowałem się, nomen omen. Bóg stworzył mnie, nie pytając nikogo o zgodę, jakiej będę orientacji seksualnej. Reklamacji nie przewidział. To, co we mnie i wokół we mnie, zrozumiałem. Jestem gejem. Marsze równości zaczęły być już o mnie, ale wciąż nie dla mnie. Kościół, politycy i media napędzają bowiem fikcyjne wyobrażenia, po co marsze są i jak wyglądają. W czymś złym (rzekomo, bo tak wtedy dawałem sobie wmówić) nie potrzebowałem uczestniczyć. Był więc i czas, gdy i ja „dumy” nie rozumiałem.
Musiałem do tego dojrzeć. Orientacja to nie skłonność, ale też nie wszystko, co mnie definiuje. Jest jednak niepomijalną częścią życia. Dla mnie ważną. Różne aspekty życia są ważne. Jedno słowo nie opisuje wyczerpująco całego mnie. Przeszedłem jakąś drogę. Ludzie Kościoła zgubili mnie i nawet o tym nie wiedzą. Według prezydenta podłości, miałem być ideologią, a nie człowiekiem. Nigdy Mu tego nie zapomnę. Jestem ponad tamte haniebne słowa. Odpowiadam im słowami św. Pawła: mam Miłość, nie jestem niczym. Mimo bycia przedmiotem nienawiści, pozostaję podmiotem Miłości. Potrafię i chcę, a przynajmniej próbuję. Przyszło mi opamiętanie i refleksja. Dziś Duma i mi towarzyszy. Również z tego, że wciąż istnieję. Ponad nienawiść.
Kilka lat temu pierwszy raz przeszedłem dosłownie obok marszu równości, trzymając się jeszcze na dystans. Nic złego tam się nie działo. Wręcz przeciwnie. Wystarcza choć trochę empatii, by dostrzec i usłyszeć tam autentycznych i pięknych w całokształcie Ludzi, nie lepszych ani nie gorszych niż całość Społeczeństwa. Bez prób zrozumienia, zrozumienie nie przyjdzie. Bez prób przekonywania, nic nienawiści nie zdejmie z piedestału. Nic się nie zmieni.
Od kilku lat, gdy tylko mogę, staram się uczestniczyć w marszach równości. Może niezbyt krzykliwie, z racji charakteru, ale jednak. Tęczową krzykliwość współmaszerujących doceniam. Wprawdzie w tle trasy marszowej przykro widzieć wykrzywione z nienawiści twarze kontrmanifestujących, czasami wciąż pamiętane z kościołów, ale tym bardziej cieszę się, że jestem po właściwej stronie — wśród Ludzi podzielających szacunek wobec drugiego Człowieka. Choć takiej postawy nie widuję jako twarzy Kościoła, dla którego jesteśmy tęczową zarazą i podludźmi.
Przestajemy się nawzajem słyszeć, ale milcząc też się nie zrozumiemy.
Zak Abel & Sheku Kanneh-Mason, Same Boat, album Song 2022
Skoczek narciarski Andrzej Stękała zamieścił publicznie w mediach społecznościowych treść (Instagram, Facebook), którą mi trudno komentować, a przeglądając komentarze i przetaczającą się burzę wśród tabloidów wykorzystujących historię do clickbaitów dla ich zysków finansowych kosztem konkretnego cudzego Życia (dlatego tych nie podlinkuję), jednak nie mogę powstrzymać się od refleksji…
Trudno mi skomentować cudze Życie, Miłość i Śmierć. Kimże miałbym być, by mieć takie nadane przez Boga uprawnienie (tak, wiem, większość Komentujących je dostało w objawieniu — poniekąd ja teraz tak ich komentuję, nie różnię się więc, a i jednak ja się odniosę również do tego, co i Oni, i One). Dlaczego miałbym dawać pozwolenia albo zakazy, doradzać, życzyć. Nominalnie obcemu mi Człowiekowi. Gdybym Andrzeja znał, zapewne chciałbym okazać bezwarunkowe wsparcie. Dobrym słowem zapewnić, że nie jest sam — nie jest obojętne mi i wielu innym Osobom, co przeżywał, przeżywa i wskutek nagłośnienia medialnego, co jeszcze może będzie przechodzić. W relacji osoby tu i teraz niepublicznej (mnie) do osoby tu i teraz publicznej (Andrzeja), każdy mój „komentarz” wydawałby się banalny, nieistotny, nieadekwatny, zbyt krótki. Jak zbyt długi, to i tak, kto by go czytał. Wobec lawiny komentarzy i zbyt dużej liczby hejtu, trudno z resztą oczekiwać, by Adresat wszystkie czy akurat mój tam przeczytał czy odpisał (czy w publicznych komentarzach, czy w prywatnym czasie). Trudno mi jakimikolwiek słowami zamknąć, skwitować taki Jego niekrótki wielowymiarowy wpis. I czy w ogóle słowami mogę adekwatnie wyrazić to, co czuję w tej sytuacji… Jednak cokolwiek potrzebuję nakreślić…
Dla mnie Jego post ma 3 różne aspekty i przedmioty. Jest o stracie, o jej skutkach, o potrzebie.
Główny: bezpowrotnie stracił wieloletniego życiowego partnera. Wcześniej nie znałem żadnego z Nich, ani nawet (wstyd przyznać) nie zwróciłem szczególnej uwagi na karierę zawodową (po prostu ze sportów ze mnie raczej pedał🚴😉), która w profesjonalnym sporcie rodzi publiczne zainteresowanie, nawet bez takich „zwykłych”, jak dziś poruszane, okoliczności. Empatią zasmucam się (nie długo, ale jednak) w skrytości poza niniejszym wpisem. Po ludzku i bez podtekstów, niezależnie od tego ile przymiotników nas łączy lub dzieli, mi przykro, że w takim wieku i mimo wielu szczęśliwych lat, teraz przeżywa taką stratę… Mam nadzieję i życzyłbym Mu, by wśród pozostałych Najbliższych wciąż znajdywał wsparcie, ilekroć go potrzebuje. By sobie układał dalsze życie osobiste w takim tempie, jak tego potrzebuje. By sport – oraz miłość – dalej były Jego częścią. Czas rany krwawiące – zabliźni…
Strata Człowieka jest w moim współczuciu i być może także w intencji Autora — najważniejszym motywem zapalnym podzielenia się z resztą Świata, u zamknięcia jednego a u progu kolejnego roku, tymi pięknymi, jak i smutnymi wspomnieniami. Człowiek nie musi sam bólu przeżywać i dobrze, że i Ta dziś będąca desygnatem wielu słów Piękna Dusza, w cichości tego przeżywać też już nie chce, już nie potrafi, już nie musi. Andrzej dotarł do obecnego momentu w życiu jako Osoba publiczna, czy tego chce czy nie, a ma to znaczenie dla sposobu przeżywania pozytywnych i pozostałych emocji. Oczywiście, że wielu z nas miało, ma lub będzie mieć przeżycia, które niektórzy mają prawo ocenić jako „gorsze”, „bardziej” tragiczne, ale czy zaczniemy się licytować? Kto miałby je sortować, według jakiej wagi? Czy to deprecjonuje inne? Gdy dwie linie czasoprzestrzeni i życia splatają się, ale i rozchodzą, a jedna zostaje przerwana, dla mnie to koniec czyjegoś całego pięknego Wszechświata, całego czasu i całej przestrzeni, którą wypełniał się czyjś Sens. Życie — toczy się dalej — bez Kogoś… Nie ma bardziej łamiących serce skutków…💏
Takie a nie inne Przeżycia nie są bez związku z wynikami sportowymi i dalszą częścią życia. Zmuszanie do przemilczania, udawania i wymyślania, dlaczego to niby (z innych przyczyn) udział zawodnika w rywalizacji sportowej nie spełnia własnych i cudzych oczekiwań, więcej mówi o oprawcach w komentarzach, niż o Pięknej Duszy będącej obiektem komentarzy cudzych i mojego tutaj. Przyparty do muru pytaniami „dlaczego”, stanął w prawdzie publicznie, na własnych warunkach. Presja wyników nie wypiera (ani nie wybiera, nomen omen też nie wyprała) uczuć. W odpowiednim momencie, oby talent miał dobre warunki do działania. Ale to wymaga czasu, cierpliwości, pokory, spokoju, determinacji. Wszystko w swoim czasie.
Dopiero ostatnim wątkiem, w moich oczach, we wpisie Andrzeja jest sam coming out, potrzeba akceptacji i uwolnienia. Przy czym tabloidy zdają się pierwsze dwa wątki, ledwo po czterech dniach, już pomijać lub spłycać, a ten trzeci serwują jako główny.
Naszą rolą może być tylko pełna akceptacja. W obliczu historii i wobec przyszłości, jeśli w ogóle to nie miałoby być oczywiste, choćby mi osobiście miało przynosić jakiekolwiek nieprzyjemności — jestem z Andrzejem i po Jego „stronie”, jakkolwiek w antagonistyczną narrację wpychają (nas) dopiero niedokochane trole w komentarzach. Szczęście w nieszczęściu, że Andrzej zdążył być choć troszeczkę Ukochany (wiem, mało, krótko) — czego hejterzy nie doświadczą, jaka szkoda😉, choć taka sprawiedliwość już za życia za ich grzechy…
Bezpośrednio do napisania tych słów sprowokowała mnie większa niż byłem gotów liczba komentarzy, jakoby „orientacja seksualna to tylko prywatna sprawa”. Ktoś współczuje, inny docenia odwagę, osiągnięcia sportowe albo urodę — natomiast wobec clickbaitowego nagłówka „przyznał, że jest gejem” zdobywa się na komentarz: „ale to jego sprawa”, co ma rzekomo odebrać głos, ściszyć, wepchnąć do szafy, pod dywan, unieważnić czyjeś (przecież mówi, że)P-R-Y-W-A-T-N-E życie. Czuję się i ja tymi słowami dotknięty, wyśmiany a zarazem sam z przekąsem uśmiecham się do miejsc w klatkach piersiowych po sercach niegdyś połączonych tkankami z palcami, które te słowa wysmyrały na ekranach dotykowych i klawiaturach.
To nie jest tylko moja sprawa, do której płci natura dała mi zestaw do upodobania, zdolność do kochania w taki sam sposób najwyraźniej ciut bardziej uniwersalny. Nie jestem wyłącznym dysponentem informacji o mojej orientacji seksualnej. Nie jest moją prywatną tajemnicą, czy podobają mi się mężczyźni, czy kobiety. Nie mogę zachować „tego” w zaciszu domowych ścian i łóżka (na marginesie: o jakże chciałbym owo łóżko eksplorować z tym jednym kim chcę, ilekroć o to „łóżko” mnie posądzają, bym z łóżka chyba nie wychodził!). Choćbym nie wiem jak mocno jej próbował „strzec sekretu”, dalej się ukrywał i próbował zachowywać pozory (tak w ułomny sposób myślałem, że czyniłem kiedyś — w przeszłości, ledwo weń sam dowierzam, że tak mogło być, ale mojego grzechu zaniechania nie cofnę, na szczęście tamto mam za sobą, kto by pomyślał, że za mną to już tyle czasu, a ile przeżytego poza szafą!), po wielokroć inne osoby same — nie tylko wyciągają z nas szczegóły prowadzące do pewnych jednoznacznych wniosków, ale i same się takimi dzielą o sobie.
Wcale nie chodzi mi o to, jakoby prawidłowy miał być zakaz „takich” tematów między ludźmi, byśmy o sobie nic nie wiedzieli. Odwrotnie. Drobne rozmowy o różnych aspektach naszych żyć są naturalnym elementem międzyludzkiej styczności i komunikacji. O ile żadna ze stron nie jest łamana w swojej introwertyczności, wyciągana ze strefy komfortu, nie ma powodu, by wpychać naturalne cechy ludzkie do tabu, jeżeli dyskusja o nich ich posiadaczy nie krzywdzi. To nakaz milczenia o drobnych elementach świadczących o naszej orientacji seksualnej byłby nieludzki. Tysiące razy, każdego miesiąca i roku, wskutek pytań, dyskusji i wobec stwierdzeń, musimy się odnosić do takiego owszem prywatnego, ale jednak naturalnego aspektu życia. Jak to, dlaczego z głosem tej samej płci, niewątpliwie nienależącym do przodka czy rodzeństwa ani „zwykłej” osoby nam znajomej, uzgadniamy przez telefon (bo nie nosimy w kieszeni wyciszonej akustycznie izolatki, więc nas ktoś czasem usłyszy) listę zakupów czy inne życiowe sprawy, albo z kim widują nas po szkole czy pracy, albo kto kryje się za nieumyślnie padniętym „-śmy”. Że akurat to jako przykłady użyję.
Nie mam pretensji za coś, na co wpływu nie mam, że Ludzie mnie postrzegają. Ogólnie, że w ogóle jakoś postrzegają. Nie odwracają wzroku (może nie ma powodu), nie ignorują, nie przemilczają, jakieś tematy nie są całkiem obojętne. Doceniam jakiekolwiek zainteresowanie, jeśli jest, choć i o takie nie zabiegam (przynajmniej nie wszędzie, co nie znaczy, że jestem tylko ja a reszty świata dla mnie nie ma — jestem zwykły w swej zwykłości). Nie gniewam się, że nikt mnie o zgodę na moją orientację nie zapytał. Każdy jakiś miks od życia różnych niezgód dostaje. Co najwyżej przemotasz się przez życie. Ale nie ma powodu być niepogodzonym z czymś, czego nie zmienimy ani nie mamy wpływu. Na resztę owszem.
Jedynie, to i owszem, uzurpuję sobie prawo do zachowania godności, na jakich warunkach, czy, jak, kiedy, komu, jakie informacje o sobie chcę przekazać ja. Czasami chciałbym mieć wpływ, by nieprawdziwej, bo negatywnej narracji o mnie, komuś nie narzucono. Czasami jestem zły, gdy się tak zadzieje, a mogłem (chciałbym) inaczej. Jednak prawo do akceptacji w mojej perspektywie nie sięga tak daleko, by za moimi plecami świat się nie dział o mnie beze mnie. Czasami będzie.
Kiedyś w cichości serca myślałem, że nic światu do mojej seksualności. Tymczasem świat nieustannie dowodzi, jak bardzo się myliłem. I jeszcze raz, przyjmując po sztokholmsku to dobrodziejstwo, podkreślę: tak ma być. To wpychanie na siłę do „szafy” jest złe (wyciąganie zeń z krzywdą na niewinnym też, ale to inny temat).
Niechaj więc istnieje życie pozaszafowe (parafrazując Klasyka). Niech będzie Andrzejowi piękne. Mimo że już takie (jak się dowiadujemy) wystarczająco było, mimo że brutalnie zostało przerwane, mimo że teraz słabo takim jest i nie będzie już takie samo, ale kiedyś niech takie powróci.
Ku dobrej refleksji, dobrze rezonowały mną dźwięki:
Jacob Collier, A Rock Somewhere [feat. Anoushka Shankar & Varijashree Venugopal], album Djesse Vol. 4, 2024, live in Amsterdam
Ludzie w swej odmienności różnie świat odbierają, postrzegają, jak i swe myśli różnie uzewnętrzniają. Jedni dopatrują się wzorców, powtórzeń — nie poznając ani nie doznając prawdziwego świata, projektując sobie własne wyobrażone wersje rzeczywistości, jakie po ichniemu proste muszą być. Inni świat próbują obserwować, przyjmują jakim jest, szanując różnice.
Aktor tytułowej roli „Królowej” wyraził pogląd (co wyrażę moimi słowami), że woli raczej „współistnienie” niż „akceptację” i „tolerancję” jako wyrazy oddające szacunek dla drugiego człowieka (w kontekście: bez względu na jego cechy, w tym orientację seksualną, ale da się to szerzej poczytać). Taką postawę prawaki wytykają od lewactwa, płynnie przechodząc od cudzego „ja wolę (lubię, chcę itd.) X” do ich własnego stwierdzenia „nie zgadzam się, Wy musicie Y”.
Ale z czym się tu nie zgadzać? Że ktoś coś woli, lubi, czuje, szanuje, podziwia? Przecież to są opisy faktów, odczuć, subiektywnego wewnętrznego „ja”. Takie podejście niektórych Ludzi nic nie narzuca, opisuje tylko subiektywną perspektywę, nie wykluczając innych.
Kolejna grupa Ludzi ma inne podejście, w im nieuświadomiony sposób przypisują od razu projekcję: ja innym pozwalam / nie pozwalam. Ja z innymi się zgadzam lub nie zgadzam. Innym udzielam pozwolenia na posiadanie mojej zgody i mojego potwierdzenia prawdziwości, albo im to odbieram. Bo to ja decyduję o innych.
Różne podejścia do świata, konkurujące style percepcji i komunikacji.
Pierwsze podejście ujawnia fragment własnej rzeczywistości. Drugie podejście uzurpuje sobie nie tyle możliwość i prawo, co żądanie oddziaływania także na cudzą rzeczywistość…
…w tym również przez zakaz ujawniania tej nienormatywnej rzeczywistości. „Toleruję, ALE”. „Akceptuję, ALE”. Niech nie „epatują”, zachowają „to” sobie zamknięci poza moim wzrokiem, słuchem, pamięcią. Takie wymazanie za życia, bo przecież to co „ja” od innych oczekuję jest ważniejsze, niż co inni czują.
Zupełnie różne podejścia do świata…
Życie i wszechświat są przepływem informacji… Dopóki informacje i stany układów się ze sobą wymieniają, dopóty trwa wszelkie istnienie… Nośniki informacji (w tym na poziomie materii i obiektów astronomicznych) być może nie są wieczne, ale jeśli informacja ma zdolność do replikacji, jest w stanie przetrwać do kolejnych pokoleń…
Zarazem każde pokolenie zmuszane jest do zasięgania i gromadzenia informacji od nowa. Na świat przychodzimy czyści (tabula rasa), to życie przynosi nam wiedzę i doświadczenia. Czasami mamy wpływ, jak, kiedy, gdzie i z kim w przepływie informacji uczestniczymy. Nic nie jest dane raz na zawsze. To wielka tragedia ludzkości i wieloświata, że musimy zaczynać od nowa i zatracamy ciągłość kolejnych informacji. Zarazem, to nadzieja na autonaprawę, wycofanie się z błędów poprzednich pokoleń. Jak i zagrożenie popełniania nowych błędów i powielania starych, choćby zapomnianych…
Do czego potrzebny był, jest i będzie ten blog? Oto jest pytanie.
Blog; elektroniczny, internetowy pamiętnik — wymiana myśli ze sobą lub innymi. Myśli nie muszą być tylko słowem, bo i grafiką, i filmem, ale jednak mniej wizualnie (to nie vlog ani podcast), a bardziej słowem pisanym.
Blogi mogą być odseparowane (jak tutaj) od innych nieblogowych treści (tzn. zaspokajających inne potrzeby) lub przemieszane jak media społecznościowe pomiędzy różnymi treściami. Jednak społeczność — przez podglądanie i włączanie się w reakcje i komentarze innych osób oraz system podpowiedzi — przynosi więcej interakcji. Brak społeczności to i uwewnętrznienie się, bez oczekiwania na świeżość i inność reszty ludzi. By interakcje ze sobą wymieniać, w przypadku odseparowanych blogów trzeba o nich wiedzieć, jakoś na nie trafić. Taka blogosfera zamiera, większość przeniosła się do społeczności bardziej masowych i reaktywnych.
Potrzebny był mi ten blog, by przepracować niezrozumiałą wcześniej część siebie. By być sobą. By znaleźć siebie. Znalezienie Podmiotu miłości nie było zaplanowane, przewidziane. Było najpiękniejszą Okolicznością, jaka mogła mi się przytrafić już nie na blogu, lecz we wszystkich wymiarach niemałej czasoprzestrzeni życia.
Potrzebny jest mi teraz ten blog, by…? [nie wiem, zadaję sobie także pytania, czy i jak długo będzie jeszcze]
Dla mnie dziś, po 12 latach, ten blog to może trochę przypominajka, jaki byłem, przez co przeszedłem. Jak piękno przyciągnęło piękno, jak stworzyło i rozwinęło kolejne piękna, jak nie uniknęło burz i wichrów. Jak wiele przez blog przeszło, a jak wiele rzeczywistości jest poza nim. Perspektywa zmienia optykę.
A może bardziej dziś blog jest dla mnie pozostawieniem pomocy dla innych, którzy przechodzą jakieś podobne do mojej ścieżki, może znajdą coś sobie przydatnego? Wszystkie rzeki myśli własnych i cudzych zmieniają nas i nigdy nie jesteśmy tacy sami dosłownie. Dziś bym inaczej pewne myśli wysławiał, nie wstydzę się tamtych, po prostu kolejne doświadczenia zmieniają pryzmat, przez który patrzę ja i widzą mnie. Wyobrażenia i potrzeby zmieniają się.
A co Wam przyniósł ten blog? Jacy byliście w czasie, gdy czytaliście go po raz pierwszy, a jacy teraz jesteście? Jak wyobrażaliście swoje życie w 2024 r. a jak Wam wyszło? Ile z Was jeszcze do blogosfery zerka, zanim i ją Alphabet (właściciel marek Blogger, Gmail i Google) zamknie?
Tęsknię za Tobą, jakim Ciebie znam, jak i pociąga mnie, ile Ciebie nie znam. Zarazem żyję nadzieją, że wciąż w Tobie jest miejsce na mnie oraz że ze mnie pamięć o Tobie nie zniknie. Miłość jest trwaniem wspólnego sensu, niezapomnieniem wspólnych znaczeń. Zmysłami miłości są części ciał odbierające i wydające z siebie sygnały (słowa, melodie, widok, dotyk, ruch, zapach, smak), w jednej lub wielu czasoprzestrzeniach, choćby ich miary przystawały do siebie prostopadle. Dopóki zmysły pamiętają linie przecięć czasu i przestrzeni, życie znajdzie nasz ciąg dalszy i bliższy. Noszę w sobie nasz wszechświat.
Neil Halstead, Digging shelters z albumu Palindrome hunches (2012)
Znalazłeś mnie, szukając sensu wcześniej nieznanej części swojej rzeczywistości, jaką tworzy nasza orientacja seksualna. Jak ją przeżywać, jak z nią żyć. Nie byłeś pewien reakcji rodziny. Obiecałem przyjacielskie wsparcie, możliwość rozmowy w każdym czasie, wciąż aktualną. Znalazłem Ciebie, próbując podobnie uporządkować swoją rzeczywistość. To były nasze początki w świecie relacji między mężczyznami. Nie wiedzieliśmy (przynajmniej ja – nie), wtedy, jeszcze, że nasze życia złączą się. Ani jakie puzzle nas tworzą z osobna i razem. Ułożyliśmy sobie czasoprzestrzeń, jak żaden wcześniej nie marzył, nie planował. Znaleźliśmy w sobie Przyjaciela i Partnera. Nie zakochałem się od pierwszego wejrzenia, zaczyn pęczniał niczym drożdże przez wiele miesięcy, aż zabujał i kwitnie bezwarunkowo. Mieszkając razem, żyłem dzieleniem się sobą Tobie, tak to odbierałem i chciałem, byś czuł.
Czułeś, że część puzzli w Tobie wciąż jednak czeka pod stołem na ułożenie. Niezrealizowane jeszcze ścieżki, sny, emocje, których być może obawiałeś się głośno wymawiać. Rozpoznałeś głębszą część siebie, wpierw przy mnie, niebawem z dala ode mnie. Ja zostałem gdzieś obok, nie dostrzegając na żywo, co się dzieje, poprzez kilka ostatnich lat, ani z bliska, ani z daleka. Przepraszam, że Cię zawiodłem… Emocje ćmią intuicję i odsłuch wierszy pomiędzy rytmem serca. Kocham swym całym, całe Twoje, z tym, co w nim. Nie wszystkiego się domyślam, choć łzy czasu i ziarna oceanu sporą pustkę z nut odmalowały. Nie oceniam, nie odrzucam, nie wystawiam pod pręgierz. Nie wszystkie słowa, gesty i milczenie znaczą wszędzie, pomimo wszystkich i zawsze to samo.
Niedawno tym razem naprawdę zmarł Debiutant. Pięknym w rekurencji i wolności wysiłkiem człowieczeństwa jest nauka każdego pokolenia, jak to się robi (ang. how does that work), bez narzuconych torów, którymi ludzie mkną.
Brakuje mi Ciebie i chciałbym wciąż częścią Ciebie być, byś i mnie był. Przytulam wciąż, jak rzeka zwykła rozlewać się na łąki wiosną.
Kwiat Jabłoni, Mogło Być Nic (2020) z albumu o tej samej nazwie, 2021
Choćbym wielu rzeczywistości: jednych się nie domyślał, a innych schrödingerowsko* był świadom. Choćbym naiwnie je pomijał w swej ignorancji mimo odbierania zmysłami i intuicją. To nie potrafię dać sobie odebrać i z siebie wyzuć poczucia miłości. Uczucia istniejącego bezwarunkowo, niezależnie od wzajemności, wybaczenia czy komunikacji.
Hipoteza. Właścicielem czasownika „chcę” jest Bóg; „pragnę” jest w kwantowej* paraleli zaimkiem dzierżawczym Boga (podczas gdy zazwyczaj wśród takich dzierżawczych funkcji wymieniamy słowa: „jego”, „jej”). Chcenie-pragnienie są „odczasownikami” woli, czyli wolnej (nieprzymuszonej, uświadomionej) wolności od i wolności do. Gdy coś istnieje lub się dzieje, „aby” było coś w jakiś sposób (kauzalnie, przyczynowo, sprawczo, konstytutywnie), to są desygnaty Boga, uprzedmiotowienia słów. Czasownikami, zmianami stanu, jest Bóg. Ze sprzężenia czasu na przestrzeń, z upływu czasu, dzieje się Bóg. Wszelkie istnienie stwierdzamy porównując stan sprzed ze stanem po. Wciąż jest (jestem), wciąż istnieję. Wciąż chcę. Wciąż pragnę aby.
*Ad odmienność fizyki kwantowej czasów Schrödingera od fizyki klasycznej czasów Newtona — ów teoretyk proklamował, że oba krańce alternatywnych stanów naraz istnieją (lub tylko są możliwe, ale wciąż oba), tak jak eksperymentalny „kot jest żywy i martwy jednocześnie” — dopóki zewnętrznie nie dokonamy obserwacji, nie zapoznamy się z informacją, ingerując w jej stan, dokonując predestynacji w określoną wartość.
Konwencjonalnymi (wypracowanymi między istnieniami) nośnikami znaczeń (sensu) są fale dźwiękowe i elektromagnetyczne, czyli zmiany odpowiednio ciśnienia i stanu fotonów, odbierane jako słowa, gesty i znaki pozostawione po sobie. Przepływają w mowie ustnej, pismem i ruchem kończyn ciała, symultanicznie i utrwalane czasowo i bezkresnie, na żywo i zdalnymi środkami na odległość. Człowiek myślący w porównaniu do zwierząt, roślin i organizmów niedostrzegalnych ludzkim okiem (zarówno samogenerujących procesy biochemiczne w „ożywionych” komórkach, jak i tylko sekwencjonujących się w helisach polimerów genomu np. wirusów) — udoskonalił i jeszcze bardziej zróżnicował jedynie formy przepływu znaczeń. Mowa, pismo, taniec, dotyk, smak, zapach, sztuka.
Emanacją tej samej woli, w komplementarności obu stron jej wektora, jest miłość. Kocham, czyli chcę, pragnę być. Wola w świadomości swej wolności (czyli jednak wyedukowanej) jest piękna, harmonijnie i symetrycznie spójna i uporządkowana, mimo chaotycznych i wielowątkowych rzeczywistości. W pięknie i pięknem dostrzegamy sens. Cytując luźno klasyka zekranizowanego przez Rodzeństwo Wachowskich (zasługujących na szacunek w rozpoznaniu siebie jako Sióstr), od pokoleń istnień rządzą nami takie same prawa, przeżywamy takie same uczucia i stojące w nich przyczyny (Atlas chmur, 2012). Rozwijając tezę, Bóg jest miłością, wiara i miłość są wolnością („kocham czyli chcę/pragnę choć nie muszę”).
Chciałbym by na mym grobie, w miejscu zwyczajowych „R.I.P.”, „prosi o modlitwę” czy „Jezu ufam Tobie”, wyryto inny ekwiwalentny, im równoważny i tyleż samo znaczący cytat. „Kocham”. Jest to streszczenie wszystkiego, co najważniejsze w mym życiu. Tak co do podmiotu czynności, jak co do czasu wciąż teraźniejszego — niezależnie od zmian stanów skupienia spomiędzy drgań strun tworzących kwarki, elektrony i neutrina doczesnego ciała, aż po jego fizykalny w tych strunach kres w procesie zwanym śmiercią i pochówkiem.
Tęsknię za Tobą. Za Twoim uśmiechem, pięknie uwydatniającym Twoją twarz z brodą czy krótkim zarostem. Za śmiechem, poczuciem humoru, Twoją radością i entuzjazmem życia. Za dotykiem dłoni, objęciami w ramionach, za biodrami i najbardziej seksownymi nogami na tej części globu. Tęsknię za dźwiękami, które wydobywały się z Twych słuchawek, pozwalając choć trochę wsłuchać się razem z Tobą w inne światy. Za każdym Twoim włoskiem, rozniecającym lawinę śmiechu, gdy płynęliśmy w głąb siebie. Za Twoją troską o detale, których ja bym nie zauważył w otaczającym nas pięknym świecie. Tęsknię za każdym Twoim pragnieniem słowa i lekturami, gdy czytałeś je obok. Za pamięcią wypełnioną po brzegi cytatami i grafikami, które dobierasz w najszlachetniejszy i najdelikatniejszy sposób. Tęskno mi za czasem, który razem spędzaliśmy, podążając tam, gdzie jeszcze nas nie było. Za ciekawością świata zewnętrznego, podobieństwem duszy i pragnieniem zbliżonego ciała, część po części, człon po członie, sumą namiętności i temperatur delikatnie dopełnianych pragnień. Za Twoim oddechem, gdy zasypiałeś wtulony na mej szyi lub karku. Za wspólnym zmęczeniem wspólnymi kilometrami i minutami na powietrzu. Za zimnymi dłoniami, gdy mogłem je ogrzać w zimie. Za ciszą w szumie wody w kaloryferach tuż po.
Piotr Szczepanik, Kochać, z albumu Piotr Szczepanik śpiewa, 1966, sł. Andrzej Tylczyński, muz. Andrzej Korzyński, tanc. Gerard Wilk, Krystyna Mazurówna
Ponoć (https://ninateka.pl/film/szwedzka-teoria-milosci-erik-gandini ) w Szwecji coraz więcej Ludzi umiera i żyje samotnie, bo rozwinięta wolność i brak wymuszonych więzi i uzależnień ekonomicznych powoduje, że Ludzie sami z siebie dobrowolnie nie wchodzą w relacje, które mogą takież uzależnienia powodować. Poniekąd tu ładnie widać, dlaczego i w jakim sensie miłość to wolność. Bo kochać to chcieć, mimo że się nie musi chcieć. Miłość to wolna wola, by być częścią jakiejś rzeczywistości, chęć jej współtworzenia, mimo że wcale nie musi ona tak wyglądać.
Bywają zewnętrzne obwarowania i przymusy, gdy ktoś coś narzuca, gdy są zakazy i nakazy, bo coś „nie wypada”, bo „co powie” otoczenie, bo „przecież nie” można czegoś (rozwieść się, mieć dziecka poza małżeństwem, być w związku jednopłciowym itp.). Ilekroć bywają, tym trudniej tę miłość przetrwać i dostrzec. Nie znaczy wcale, że w przymusie nigdy miłości się nie znajdzie. Ot, jeśli Ludziom się to udaje wbrew nakazom i nakazom, pomimo nich, tym trwalsza miłość, tym bardziej rozpoznać można jej wartość.
Statystycznie zapewne miłość wypada towarem deficytowym, zwycięża przyziemna codzienność, łatwość i wygoda życia albo przymusy. Tak, byłoby łatwiej nie uwzględniać drugiego Człowieka obok. Łatwiej, nie znaczy piękniej, nie nabiera to większego sensu (a przynajmniej takiego, gdy czuć wkład obojga w relację).
Kochanie drugiego Człowieka wcale nie znaczy też znoszenia i ignorowania krzywd i kłamstw. Nie jest dobra żadna ze skrajni, ani „wygoda” samodzielności, ani „uzależnienia” od krzywdzącej rodziny.
Czasami jednak w tym właśnie dodatkowy sens, wartość dodana, że życie, radości i smutki, można z kimś współdzielić, niesamodzielnie. Dobrowolnie, ale jednak trochę zależeć od drugiego Człowieka. Nie ekonomicznie, ale na innych płaszczyznach. Dać się uzależnić, oswoić, pokochać. Niecałkowicie, ale wciąż wymiernie.
Z jednej strony, dobrze, gdy społeczeństwo przynosi warunki wolności ekonomicznej jednostki, by mogła żyć i umierać samodzielnie, nie popadając w skrajne zależności od rodziny, od byłych małżonów, od nienawidzących rodzica dzieci. Bo opieka nad niesamodzielnym dzieckiem, najstarszym pokoleniem lub niepełnosprawmymi. Bo kredyty, bo wspólne mieszkanie, bo nie stać na wyprowadzkę. Bo ktoś zawsze robi tak, jak ktoś nie chce, więc pielęgnuje się pretensje i żadnego dobra z relacji międzyludzkiej już się nie czuje.
Tym bardziej również wtedy jest miejsce, czas i Ludzie na miłość. Owszem, statystycznie wśród Ludzi jako przedstawicieli zwierząt, zwyciężać może wygoda, lenistwo, przyjemność, łatwość. Czyli samotność. Jak w filmie o samotności w Szwecji.
Niezadowolenie ze stanu opisanego w filmie nie znaczy natomiast, że zatem należy budować społeczeństwa utrwalające niesprawiedliwości, nierówności i uzależnienia jednych ludzi od drugich. Nie.
Prędzej, znosząc uzależnienia ekonomiczne, trzeba pamiętać o innych więzach społecznych, o wspieraniu wszystkiego innego, co Ludzi może i powinno łączyć. Tam zrodzi się miłość, gdy Ludzie chcą siebie nawzajem, choć nie muszą. Nie trzeba wcale przymusu, by Ludzie chcieli być ze sobą, nawet jeśli w przymusie niektórzy się odnajdują.
Bovska, Leżałam, singiel (2019)
Same Suki, VillageAnka (teledysk 2014) z albumu Niewierne (2013)
Sejm Rzeczypospolitej zdecydowanie potępia wszystkie akty nienawiści i pogardy antykatolickiej i wzywa do ich potępienia wszystkie podmioty życia publicznego: państwa i organizacje międzynarodowe, władze publiczne i ośrodki opinii społecznej. Katolicyzm i katolicy są ofiarami notorycznych prześladowań i wrogości w wielu miejscach świata. Mimo to nienawiść antykatolicka nie została do tej pory wprost potępiona, co samo w sobie stanowi wyraz pogardy antykatolickiej. Również w naszym kraju byliśmy w ostatnim czasie świadkami drastycznych aktów nienawiści antykatolickiej (próba zamordowania księdza Ireneusza Bakalarczyka) i pogardy antykatolickiej (profanacje w czasie ostatnich manifestacji politycznego ruchu homoseksualnego). Wszystko to świadczy o potrzebie jednoznacznego nazwania i potępienia wszystkich tych przejawów wrogości wobec ludzi i wspólnot, które mają prawo do pokoju społecznego, poszanowania swej godności i bezpieczeństwa.
Potępienia niech pośmiertnie unikną Posłanki i Posłowie wnioskodawcy: Piotr Apel; Józef Brynkus; Barbara Chrobak; Paweł Grabowski; Jerzy Jachnik; Tomasz Jaskóła; Norbert Kaczmarczyk; Jan Klawiter; Andrzej Kobylarz; Paweł Kukiz; Andrzej Maciejewski; Robert Mordak; Stefan Romecki; Łukasz Rzepecki; Tomasz Rzymkowski; Jarosław Sachajko; Krzysztof Sitarski; Paweł Skutecki; Paweł Szramka; Agnieszka Ścigaj; Stanisław Tyszka; i Elżbieta Zielińska.
Posłanki i Posłowie, piewcy wstydu, pogardy i poniżenia. Niechaj będzie Wam to niezasłużenie wybaczone.
Nienawistne Posłanki i nienawistni Posłowie, grzesznicy. Oby Ludzie wybaczyli Wam ten Wasz grzech jeszcze za Waszych żyć. W Miłosierdzie Boże nie wątpię, o Wasze doczesne opamiętanie trwożę.
Posłanki gorszycielki i Posłowie gorszyciele, haniebnie winni zgorszenia, które wzbudzacie wśród Ludzi swoimi słowami i czynami, w wielu nie tylko dzisiejszych przemyśleniach i rozmowach. Obyście nigdy z rąk osób dorównujących Wam słowem i czynem, nie stali się przedmiotem nagonki, której sami stajecie się współsprawcami.
Posłanki i Posłowie oprawcy, profanujący godność Ludzi, zagrażający ich bezpieczeństwu, propagujący społeczne niepokoje, depczący drugiego Człowieka. Bez względu na wszystko, pokój Wam, Waszym sercom-duszom, Waszym umysłom-ustom.
Nienawiść rodzi nienawiść. Pogarda rodzi pogardę. Złe słowa i złe czyny — rodzą kolejne.
Przestańcie. Otrzeźwiejcie. Zatrzymajcie to. Nie szerzcie zła. Opamiętajcie się.
Źdźbła w cudzych oczach gorącym pogrzebaczem przez krew doszukujecie, a belek we własnych nie dostrzegacie.
Gdzie byli i są autorowie haniebnej uchwały, gdy coraz głębiej poniża się osoby LGBT, część ich narodu, ich sąsiadów, krewnych, współpracowników, niegdyś kolegów ze szkół. Dlaczego jako wybrańcy Narodu nie chcecie dostrzec i przerwać akcji-reakcji. Dlaczego potępiacie potępiających i wołaniem wilka sprowadzacie kolejną społeczną agresję na ofiary poprzednich. Dlaczego zawłaszczacie i wysługujecie się religią, sami odbieracie jej i sobie szacunek.
Święte oburzenie, tu quoque, sprofanowane i zawinione niezrozumieniem przez samych potępiających. Sytuacja przywodzi skojarzenia...
Gdy biała "właścicielka" Afroamerykanki nieświadomie skonsumowała… gówno upieczone przez tę czarną w filmie Służące (dziękuję za przypomnienie), gdyż dopiero tak skrajnym i absurdalnym zachowaniem próbowała zachować resztki poczucia własnej godności. Oburzona białoskóra, nic nie zrozumiała.
Gdy krewni ofiar odmawiają znienawidzonej wdowie pochówku (w ich mniemaniu) mordercy w filmie Boże Ciało Jana Komasy.
Gdy gorszą się spostrzeżeniami Monty Pythona i chcą karać za edukację seksualną (a czymże innym niż pochwalaniem obcowania płciowego lub innych czynności seksualnych, w świetle art. 255 par. 3 k.k., nazwą prokuratorzy próby uspokojenia, że masturbacja i prezerwatywa nie muszą być złe jako je malują, że każdy sam decyduje z kim i kiedy chce, w tym o chwili swojej inicjacji).
Kto i kiedy przerwie nieporozumienia? Kto i kiedy zacznie rozmawiać i przede wszystkim: naprawdę słuchać (a nie tylko odfajkować pozory, że słucha) drugą, trzecią i czwartą stronę?
Paul Kalkbrenner, Cloud Rider z albumu 7, 2015; teledysk: I część trylogii Florian
I żyli długo i szczęśliwie, tylko coś długo schodzi im daleko od siebie… Książęca karoca z bajki, mimo wypatrywania, nie zawraca… Czasoprzestrzeń tłumi echo, serce cicho tęskni…
Nic nie usprawiedliwia przemocy, pogardy, nienawiści, przyzwolenia i prowokowania na ich coraz głośniejsze okazywanie i odnawianie. Niepokoi i przeraża mnie, co czynią niektórzy – stosunkowo nieliczni w skali poszczególnych ludzkich zbiorowości, ale mimo wszystko znaczni, głośni i silni solidarnością – biskupi, księża i wierni wciąż mojego Kościoła, we wciąż moim Kraju.
Dziś zewnętrzna aura, zwykłość codzienności czy brak nudy, sprzyjają, by nie widzieć podobieństw do chwil poprzedzających 1789, 1846, 1915, 1917, 1933, 1937, 1938, 1939, 1940, 1941, 1943, 1944 czy 1994… Krew z rąk wielu Ludzi, którzy nie chcieli innych wielu Ludzi…
Czy jednak byłbym obiektywnie w stanie wykluczyć, że doprawdy nic teraz naprawdę nie przepowiada żadnej tragedii? Że po latach wspomnę: mogłem działać, przygotowywać albo uciekać? Być może inni mnie wspomną, nim straciłem życie. Możliwe, że nie będzie komu mnie wspominać, przez część mej natury zostanę wzgardzony i zapomniany…
Co jeśli życia nie tracić będzie samobójczo odrzucana przez społeczeństwo najsłabsza część mniejszości, lecz życie odbierane będzie dowolnym takim jak ja, przeciw którym tak nawołują niektórzy? Czy uspakajać należy racjonalne umysły, że dopóki to są tylko samobójstwa, to można odetchnąć z ulgą, bo czasy pogromów nie wrócą? Czy wśród moich znajomych, sąsiadów i rodziny są Ludzie, którzy mogliby zabić mnie i mojego Połówka? Czy byliby zdolni? Powstrzymają się od najprostszych lecz ostatecznych form pozbycia się mniejszości, której nie chcą zrozumieć, bo zaślepiają ich głupcy?
Zastanawiam się, czy nie powinienem spisać gdzieś jakichś słów na wypadek, gdyby zła wola złych Ludzi odebrała mi życie. W końcu, mogę nie zdążyć ich spisać, nie zdążyć zapobiec, nie być dość przygotowanym, nie uciec…
Czy to strach, czy wypada się bać, czy to przesada, czas pokaże… Póki co, poszukuję racjonalizacji i dowodów, że przesadzam…
Czasami boję się, że nie zdążę jeszcze raz powiedzieć, uzewnętrznić dość jednoznacznie, zabrzmieć na wieczność, przypomnieć nim zasnę. Że kocham, chcę, pragnę, trwam i zmieniam. Tak bardzo, mimo tego co napotykamy. Człowieka, Ludzi, Przyrodę, Kosmos.
Prawicowe umysły, choć trafiają tu tylko sporadycznie dla utwierdzenia się w swoich przekonaniach (co widzę w dziwnych dla mnie zapytaniach z wyszukiwarek), zapewne głupio ucieszyłyby słowa, że choćbym chciał, nie mam podstaw do tagowania się #metoo, jeśli chodzi o molestowanie seksualne, przemoc i wykorzystywanie tym razem nie kobiet, a dzieci. Ucieszyłyby nie dlatego, że nie zostałem skrzywdzony, tylko jakoby było to teraz popularne. Nawiązuję do opublikowanego właśnie filmu „Tylko nie mów nikomu” oraz do widywanej we wpisach i komentarzach gorszącej radości i ignorancji tych umysłów. Twierdzą jakoby „znowu” i za dużo „o tym” się mówiło ostatnio. Czyżby? Nie mówiło się dotąd właściwie o tym w ogóle, zachowując wszystko w tajemnicy, do której tak na marginesie, przysięgą wciąż zobowiązywane są ofiary… Nawiązuję do gorszących zarzutów „a gdzie byliście wtedy” oraz podłych insynuacji, jakoby ofiary i rodziny ofiar, które wcześniej nie doniosły na kler, albo trzeba także karnie ścigać za mataczenie mimo pokrzywdzenia, albo że nie mogą się teraz na krzywdę powoływać i powinny zamilknąć na wieki, skoro tyle nic z nią nie robiły…Jeśli już, to faza wyrównawcza dziejów, indywidualne odreagowanie i dorośnięcie do przepracowania traumy. Masowość to tylko efekt globalizacji i nadmiaru informacji.
Miałem 14 lat, raz z Mamą mieliśmy coś do załatwienia w kancelarii u pewnego wiejskiego proboszcza. Na tyle dziwnie… pogłaskał mnie po twarzy (niby na powitanie? niby z kapłańską troską?? błogosławieństwem?!?), że i tak wzbudziło to mój opór i niepokój. Zdecydowanie nie było to normalne ani spodziewane w tamtej sytuacji. W dalszych rozmowach milczałem, niedługo wyszliśmy. Mamy to nie zaniepokoiło (w końcu ksiądz chwalił Jej syna). Niby nic złego się nie stało, do niczego więcej nie doszło. Połowa lat dziewięćdziesiątych, o pedofilii nic się nie słyszało. Mimo to pamiętam to do dziś. Nie chciałem jednak tam wracać sam, mimo że w ten sposób sprawa pozostawała niezałatwiona, a wystarczyło bym odwiedził kancelarię ponownie. Wiele lat później jego parafianie sami z siebie, bez związku z opisanym zdarzeniem, wspomnieli mi, że ponoć molestował dzieci i wciąż był wtedy proboszczem. Przypomniała mi się moja jedyna styczność z proboszczem, ale nie miałem motywacji, by drążyć temat. Sytuacja przypomniała mi się teraz przy oglądaniu filmu. Zmroziło mnie jeszcze bardziej, gdy w trakcie pisania niniejszych słów wyszukałem, jak mógł się nazywać i co Internet wie na jego temat… Wciąż tam jest proboszczem. Są zarzuty obarczające go o spowodowanie samobójstwa nastolatka wiele lat wcześniej… Z plotkami nie chodzi się przecież na policję, nieprawdaż? Przedawnienie karalności przecież. No i może należy wybaczać, okazać miłosierdzie także wobec sprawcy? Tak mówią nasi duszpasterze, ci sami z resztą… Serio?!?
Zbyt istotna i duża część Kościoła rzymskokatolickiego (KKK 2352, 2357, 2358; AAS 68 [1976] CDF Persona humana 1975 pkt 9) i komplementarnie w ślad za nią również polskiego społeczeństwa, zmierza ku zatraceniu, jeśli chodzi o przekonania o seksualności człowieka jako nieuporządkowanych skłonnościach. Spłycają to do aksjomatów, jakoby tak miało być obiektywnie, z wewnętrznej natury, tylko taka i w pełni była prawda. Twierdzą, że użycie narządów płciowych poza prawidłowym współżyciem małżeńskim zawsze jest niemoralne. Inne twierdzenia nigdy nie będą zaakceptowane. Kwestionuje się istnienie orientacji seksualnej. Rzucenie hasła-postulatu czystości traktuje się jako wystarczające do wdrożenia wśród Osób świeckich i duchownych erga omnes całej Ludzkości na całe życie niemałżeńskie. Przed wejściem w dorosłość czy kapłaństwo, wzbrania się nauk o seksualności, chyba że o małżeństwie i wychowaniu jako jedynych celach płciowości. Brak takiej świadomości między innymi sprowadza na świat Ludzi niechcianych (na chwilę aż do zakończenia życia w stadium embrionalnym lub żyjących dalej często bez dobrych warunków dla domu i rodziców), potęguje choroby weneryczne (mimo zabezpieczeń zmniejszających zakaźność) oraz ułatwia akty zastępcze i przemocy. W długiej tradycji katolickiej i polskiej, nie polemizuje się z nauczaniem, pozoruje się brak możliwości interpretacji przy lekturze Pisma Świętego. Jak więc sobie poradzić z takim skurwysyństwem, że systemowoinstytucjonalnie utrzymuje się ryzyko gwałtu i pedofilii w Kościele?
Mam pretensje do duchowieństwa, biskupów, papieża, autorów nauczania kościelnego, polskich polityków, że musimy na Nich czekać, aż zrozumieją i poznają, że wiedza i nauka na temat psychologii, płciowości i seksualności trochę posunęła się do przodu, w stosunku do tego, co ich uczono i co zapisali w kościelnych dokumentach dziesięciolecia i wieki temu. Kościół chce być opoką i reagować powoli, z należną rozwagą, dystansem, wyczekaniem, przeczekaniem… Po drodze zupełnie niepotrzebnie traumy przeżywają kolejne niewinne Osoby, a niektóre (no właśnie) nie przeżywają…
Jednym aspektem jest nadużycie władzy, wykorzystanie sposobności, odium świętości, sacrum, prestiżu, zaufania publicznego, pozycji silniejszego nad słabszym, zależności życia lokalnej społeczności od kościoła. Nadużycie zawsze jest składnikiem przemocy, ale tu nie tylko to oburza. W mojej ocenie (i jestem dość uprzejmy, że zwracam na to uwagę, ułatwiając tym samym bezsensowną polemikę), wszystko to wynika z niezdolności do nazywania rzeczy po imieniu. Z wpojenia, że seksualność istnieje tylko w małżeństwie, a poza nim jest tylko albo czystość, albo słabość, skłonność, nieuporządkowanie… Z tym jednym, ale na przekór, się zgodzę: trzyma się Ludzi w nieuporządkowaniu. W niezrozumieniu, o co z seksualnością chodzi. Katechizm nie przewidział jednej sytuacji: że można to sobie uporządkować, zrozumieć, wytłumaczyć bez aksjomatyzowania. Współczuję nie tylko Ofiarom i modlę się nie tylko za Nie. Również współczuję sprawcom i chcę się modlić także za nich.
Były prezydencki kapelan szczerze mówił: to była tylko chwilka pieszczenia, bez wytrysku, niewinne zabawy, drobne słabostki, grzeszki, niedociągnięcia. Tak to rozumiał, sobie i ofierze wytłumaczył… Nie było przecież edukacji seksualnej w czasach, gdy sam dorastał, w czasach, gdy stawał się kapłanem. Ba, gdy umierał też nie… Dzięki obecnie rządzącym, dalej jej nie ma. Nawet nie wyszli rzekomą profanację tęczą (marszów, teletubisiów, szkół w piątki, ostatnio obrazów). Grunt to trzymać dzieci w nieświadomości. W kontekście filmu: że mogą odmówić. Że o choćby próbach czynności seksualnych podejmowanych wobec nich powinny powiedzieć opiekunom. Że bez ich dorosłej zgody tak być nie powinno. W szerszym kontekście i w odpowiednim wieku: że małżeństwo i rodzicielstwo są dobre i potrzebne, ale nie wszystkim przeznaczone. Że istnieje antykoncepcja i aborcja. Że są sytuacje, gdy związek tworzą ludzie tej samej płci. Że sama płeć niektórym sprawia wyzwanie, częściowo rozwiązywalne przez dzisiejszą medycynę, i to wszystko jest zgodne z naturą i z niej wynika. Wszyscy krzyczący stop seksualizacji (z przyklaskiem ropuch wokół zadowolonego bagienka) doprawdy sami seksualizują dzieci, pozwalając im być nieświadomymi, gdy są zmuszane radzić sobie samemu i od nowa wobec seksualności (własnej lub cudzej). Gdy nie potrafiąc dać sobie rady z własną niechcianą orientacją lub płcią, tracą życie lub poddają się złym i ryzykownym sytuacjom, których uniknęłyby, gdyby nie problemy z akceptacją samego siebie i przez otoczenie…
Aspekty związane z karaniem ziemskimi karami świeckimi (więzienia, zakazu zbliżania się i wykonywania niektórych zawodów) i kanonicznymi (wydalenia ze stanu kapłańskiego), wydają się naturalnymi i oczywistymi skutkami aktów pedofilii i przemocy seksualnej, również księży. Mimo trudności w doprowadzeniu do ukarania sprawców pedofilii, gdyż obowiązywała i wciąż obowiązuje (byle czego nie oglądają) zmowa milczenia… Mimo niedowierzania wszystkich przesłuchujących i otoczenia… Mimo wstydu, traumy, braku odwagi i języka, którym można to opisać. Zupełnie nie dochodzimy do problemu wysokości i surowości kar, skoro tylu sprawców jest krytych i przesuwanych, i usprawiedliwianych. Podwyższanie wieku ochrony też nie zapobiegnie sprawstwu, a (ciekawostka) skomplikuje życie samym… nastolatkom. Według prawa, już teraz np. 16-latek współżyjący z 14-latką może podlegać karze jak pedofil. Podwyższenie wieku spowoduje częstszy dysonans między ściganiem karnym a realną szkodą — akty pedofilskie są ścigane choćby były za zgodą dziecka, bowiem przyjmuje się, że jako dziecko nie mogło być w pełni świadome. Choćby to dotyczyło niewielkiej różnicy wieku i tak naprawdę cokolwiek zahaczało o zakochanie.
Nieco pomijam również kościelne, polityczne i prawicowe zarzuty o atak na kościół, wytykanie rzekomego hejtu i hipokryzji. Doprawdy, o hipokryzję krytycy filmu bać się nie muszą — są w niej specjalistami, tylko Oskarów i Nobla za to nie przewidziano… Kiedyś uważałem się za człowieka o poglądach… prawicowych. Tak nie było, ale wiem to dopiero od stosunkowo niedawna :) dlatego dziś zarzucanie mi lewactwa w sumie byłoby dla mnie komplementem. Niezasłużonym. Totalnie nie utożsamiam się z potrzebą rzekomej obrony wartości przed rzekomo zgniłym Zachodem, apokaliptycznym gender, wyimaginowanymi zagrożeniami czy innymi populistycznymi wyświechtaniami. Film Sekielskich pokazuje, jak bardzo sami spleśnieliśmy… A wszystko to po trupach, z podeptaniem godności Człowieka… Słabe pocieszenie, że z tym wszystkim polskie duchowieństwo będzie kiedyś umierać, czekając na miłosierdzie na Sądzie Ostatecznym… Trzymam kciuki… i z tego powodu już smucę.
Nie potrafię objąć przystającymi nam słowami ostatniego czasu, miejsc i ludzi :) Dzieją się szczęśliwie od kilku lat wespół z żywą, piękną Cząstką mnie, życiowym Połówkiem; mojego serca, nóg i ramion Człowiekiem; codzienności goniącej i niecodzienności wolnej mą Ostoją, Mężczyzną duszy. Niewprost powiedzianego tu już nie raz, a dźwiękami żywego mimo blogowej ciszy. Dzieją się przy dobru i trudach, jakie niesie kontakt i świadomość świata ludzi dalekich i bliskich, takich jakie tu i teraz są. Dziękuję, im mniej dobra powstrzymują niedoskonałości moje — pewnie i mego Połówka :) a może i Nasze :)) choć wystarczy mi moich własnych belek, by przez nie rzeczywistość musieć znać i korygować, by Go i innych nie stracić z uwagi duszy. Chemiczne związki może nie pulsują już tak drapieżnie krwiobiegów jak w chwilach pierwszego poznawania. A niezmiennie wciąż kocham, chcę oraz chcę chcieć, dalej razem biec ku życiu. Dziękować że jest, że jesteśmy. Prosić by Bóg czasem, miejscami i ludźmi odbierał mi ślepotę serca i duszy, paraliż odwagi i roztropności. By czynić mnie bliżej Nas, a mniej mnie bez mej-mego Cz, mniej Nas bez wiary. Jeśli Bóg jest i miłością, i płynącym czasem, i wszelką zmianą, i jest wszędzie, i natchnieniem ducha, we wszystkim i wszystkich, i w nas — ilekroć chcę i chcemy chcieć, tyleż Nim i w Nim i dla Niego działamy.
Trwamy, zapewnieni pamięcią ^_^ i ją lustrem podzielamy. Pewni wyjątkowości minionej i niepewności teraźniejszej chwili. W zaufaniu, by sobą innych namnażać łaskami chwil. By nie chować urazy, gdy zło dobro sporadycznie przekrzycza z ust i serc bliskich (obcych niech uraz schowa ze świadomości bliskich). Choć przykrość echem się niesie od odrzucenia i wyparcia przez własną drobną a ważną część rodziny. Tym wdzięczniej i z podziwem Ojcu własnemu spoglądać chcę, gdy z Nami wciąż pod wspólnym dachem, od lat z Połówkiem, dobrym słowem wciąż się dzieli.
Nie zakańcza(łe)m bloga, jako i życie trwa :) choć po latach, wolę i wdzięczność gdzieś z bezsenności wylać tu chciałem :)
Takim zwątpieniem i cierpieniem dzieliłem się tu jakiś czas temu, przeżywając kolejne etapy takiego człowieka, jakim jestem, nie zgadzając się z tym, co to miało wówczas w moim życiu oznaczać.
Co zmieniło się w nim od tamtego czasu? Wiele i niewiele zarazem :) Powoli, wszystko w swoim czasie. Zapominając o tamtych emocjach, zamiast nich wolę tu podzielić się tymi dobrymi :) Dalej pragnę i próbuję żyć miłością do i od (dla, dzięki, w, przez) Boga i Człowieka.
„Próbuję” — a nie: „już w pełni żyję”, bo skromnie i uniżenie chcę pamiętać, że ograniczony i niedoskonały, jestem zaledwie na drodze do pełni, którą jak wierzę wskazuje Jezus Chrystus. Nie chcę osiągać takiego mniemania, jakoby On nie mógł już mieć nic do powiedzenia więcej nowego w Naszym życiu. Ufam natomiast, że dozgonna i wierna miłość ocala i wypełnia życie, do którego jesteśmy razem powołani.
„Człowieka” — a nie: „mojego Mężczyzny”, bo płeć ciała nie wyczerpuje, lecz wespół z wieloma czynnikami tylko rozpoczyna wspaniałą opowieść, którą nieprzymuszonym pragnieniem współistnienia w pełni dla kogoś i z kimś, współtworzymy pośród innych Pięknych Dusz. Ujawniając niewiele ponad Naszą prywatność, umacniamy się do dawania w odpowiednim czasie dojrzałego, odpowiedzialnego i skromnego świadectwa, że w związku stanowimy i dajemy z siebie innym i sobie nawzajem więcej, niż moglibyśmy samotnie.
Inspirowany pewnymi dyskusjami, spoglądam teraz na poszukujących odpowiedzi na pytania podobne do tego, jakie przytoczyłem na początku. Jestem jednym z Was. Ani lepszym, na wielu polach gorszym, cokolwiek to skromnie nie znaczy. Po prostu, jestem niewiele więcej niż niedoskonałym człowiekiem z ciała i duszy. Choć każda historia jest inna, być może i nasza jest niepowtarzalna, a zarazem taką, jaka być miała, byśmy chcieli i potrafili widzieć, słuchać, czuć, myśleć, mówić i być zrozumianym. Co nie ukrywam, nie przychodzi mi z łatwością w tym samym zakresie, czasie i miejscu.
Czy i co mogę Tym Pytającym tutaj reprezentować sobą? Czym w tej ludzio-czaso-przestrzeni mogę ośmielać się chcieć podzielić z tymi Ludźmi, którzy nie w pełni akceptują to, że spotyka ich własna homoseksualność? W różnym wieku kalendarzowym, w różnym stopniu życiowych komplikacji i balastu przeżyć lub braku niektórych? W kontekście wiary?
Nie roszczę nikomu ani sobie nieomylności, ale każdy z nas ma różne spostrzeżenia, przemyślenia, przekonania i ich realizacje, które mogą ulegać przemianom lub trwać niezmiennie, z różnym w tym wysiłkiem pokładanym przez i kosztem nas i innych wokół.
Po pierwsze, nic nie musisz. Owszem, możesz. Żyć w taki (jaki?) sposób z człowiekiem lub ludźmi swojej płci, albo wyrzekać się realizowania swojej seksualności. Owszem, masz do tego prawo i nikt nie może ci tego odbierać, chyba że sam czynisz tak wobec innych. Nie oczekuj i nie projektuj nań swoich zmagań, jeśli nie dopuszczasz do siebie cudzych. Czyń z własnej seksualności, a z cudzej za dojrzałą zgodą, świadomy użytek lub nieużytek, cieleśnie i duchowo, odpowiednio do momentu i okoliczności swojego życia, pamiętając, że nastąpią kolejne. Nie zapominaj, że drugi człowiek też nic nie musi i tylko gdy pragnienia i konsekwencja dwojga się spotykają, może mieć to sens. Nie żądaj ani nie poniżaj kogoś ani siebie, błagając o taki sens samemu. Nie musisz być szczęśliwy, bo szczęścia rodzone są przez drobne szczegóły pomimo innych drobnych szczegółów, a nie przez całą wszechogarniającą rzeczywistość. Ale jeżeli będziesz szczęśliwy (czyli nie jesteś, ale miewasz nadzieję i te słowa odczytujesz jako adresowane do siebie) — nie stanie się to samo bez twojej cierpliwości, wytrwałości i spokoju ducha.
Po drugie, nie musisz być pewien. Nie musisz natychmiast być pewnym wszystkiego, znać, wiedzieć i osiągnąć wszystko. Masz życie, a nie moment na to, by je całe zrealizować. Rób to mądrze i rozsądnie w całości, ale niekoniecznie przesadnie w każdej chwili. Nie podążaj za coraz nowszymi doznaniami, gubiąc po drodze siebie i ludzi, dzięki którym byłeś częścią czegoś wspaniałego. Nie wykorzystuj cudzej niedojrzałości i słabości, nie szastaj tym co tobie chociażby obojętne. Próbuj się nauczyć, po co, jak i z kim dzielić się sobą i czerpać z kogoś zgodnie z tym, co podpowiada umysł i ciało, albo z premedytacją poświęcać zaniechanie dzielenia i czerpania — innym równie pięknym celom, szanując cudzą miłość i zaangażowanie.
Kieruj się swoim sumieniem. Działaj zgodnie z sobą, ale nie krzywdząc innych. Nie zastępuj cudzym sumieniem własnego ani cudzego własnym. Poszukuj i otwieraj się na Boga i Ludzi, bez których Go nie odnajdziesz, nie odbierając Mu możliwości działania za ich pomocą. Nie zrzucaj odpowiedzialności za życiowe decyzje na spowiednika, partnera, rodzinę ani sąsiadów, doszukując się usprawiedliwienia własnych lęków, obaw, niepewności i niepodjętego ryzyka — w opiniach i osądach innych, z pominięciem własnego sumienia. Słusznie wyczekując zrozumienia, tymczasem próbuj zrozumieć i wyczuć przyczyny i skutki niezrozumienia cudzego stosunku do twojej i czyjejś życiowej sytuacji. Nie potępiaj innych za to, że nie rozumiesz ich odwagi dojrzałości życia, którego ty masz prawo nie chcieć tak współtworzyć, ani ich niedojrzałości życia, którego skutkom ty nie musisz sprostać — zwłaszcza jeśli artykułowanie negatywności ocen nie czyni z nich lepszych ludzi.
Podtrzymuj i oczekuj wierności. Wierności swoim ideałom i wierności swojej naturze, a jeżeli zechcesz nią kogoś obdarzać, to i wierności jemu i jego. Nie poszukuj na siłę, ale też nie gódź się na cudzy spokój, który go nie daje, lecz odbiera, Tobie. Kończ się tam, gdzie zaczynają inni, jak wolność. Po co zgadzasz się na tymczasowość, skoro poszukujesz stabilności i oddania? Czy i jak będziesz czynić trwałość związku pożyteczną wam i wokół, jeśli ktoś o to każdego ranka sennie obok prosić będzie Ciebie? Uważając, że to inni zawodzą, w sobie szukaj zwycięstwa, z którym podzielisz się z właściwą osobą.
Nie wtrącaj wszystkich ani nie daj siebie wtrącać do jednego worka. Będąc wpierw człowiekiem, potem mając jakiś zawód, płeć, seksualność, przeszłość i jakiś z nich użytek lub nie — unikaj uogólniania, nie generalizuj, jeśli sam nie chcesz być tak samo potraktowany, a jeśli nawet, pamiętaj, że inni mają prawo być temu przeciwni. Dostrzegając odmienne wartości i różne ich realizacje, swoje i cudze, nie przypisuj innych innym, odtwarzając sobie tylko znane schematy i doświadczenia, jeśli gdzie indziej nie muszą mieć powtórzenia. Nie wypełniaj normy statystyczną większością, nie podpadaj pod statystyki jeśli nie chcesz, lecz twórz przeciętność tak najpiękniejszą, jak chcesz, by była. Czerp i pomnażaj otrzymane dary, pośród których kochać może być tym najpiękniejszym.
Dysponuję tutaj tylko słowami, które nie muszą być zrozumiane w takim znaczeniu, jakie chciałem im nadać. Piszę to z perspektywy człowieka, który akceptuje własną i cudzą seksualność i jej spełnienie przy dojrzałej zgodzie wszystkich stron. O ile kto chce i odważa się — spełnienie w trwałej i wiernej miłości nadającej seksualności właściwy sens zgodny z życiowym powołaniem i osobniczą naturą. Jednocześnie skromnie uzurpuję sobie wolę zerkania z zamiaru obiektywnie z zewnątrz, unikając skrajności, dopóki nie prowadzą do dyskusji ani pokojowego współistnienia. Piszę to do poszukujących, którym nieheteronormatywna seksualność przeszkadza wierzyć, a wiara lub niewiara — nadawać tej seksualności sens, choć innej nie mają, a zmuszać do udawani siebie ani innych nie powinni.
Po drodze migotały słowa, zastygały dźwięki i radowały kolory, stawali ludzie i tańczyły miejsca, wybrzmiewał czas... Wszystko to samo: blog, ja, My. Przemierzamy tylko kolejne takty naszej melodii.
Nowe odczucia towarzyszą starym przeżyciom, gdy powrócić krótko niniejszym próbuję na bloga i porównuję, co było, z tym, co jest. Wszystko to samo, a tak wiele inaczej, pełniej. Wielkim szczęściem dla Nas dwóch — nie jest gorzej. Nie spłaszczając bowiem, wiele radości pozostało do czerpania. Po prostu: wiele przed Nami, wszystko płynie.
Jak chmury znad sąsiednich rzek i wzgórz, co spłynęły nad nasze zimne wody i piaszczyste brzegi, by słońcem zebranym dzielić się mogły wokół (R&B, M, K&P, w myślach A&K — dziękujemy!).
Jak konsonanse dźwięczące pośród lasów z ust Ludzi powierzających Bogu swoje pragnienie istnienia (miłość do) tego drugiego jedynego Człowieka.
Jak wieżowce w łzach niezrozumienia przed odrzuceniem rodziców uciekające (będzie dobrze!).
Jak symfonia maszyn w fabryce matryce tworzących.
Jak równe kroki najodważniejszych pośród krasnoludków.
Płyną. Onieśmielony się czuję wśród tak wielu wspaniałych Ludzi.
Czasami grożą nam, padamy ofiarą lub sami popełniamy generalizacje, uogólnienia, ustereotypizowanie, spłaszczenie, uproszczenia. Przypisywanie jednostkom, sytuacjom, rzeczom — cech umedialnianych, zasłyszanych, napotkanych w przeszłości, zalęknionych, chociażby statystycznie częstszych niż rzadszych, ale przecież nie wszędzie i nie wszystkich prawdziwych. Wyjątkowość, niestatystyczność, nie umniejszają, nie usprawiedliwiają krzywdy zbiorowego traktowania, ignorującego złożoność rzeczywistości.
Nie wszyscy i nie zawsze popełniamy generalizacje, ale jednak zdarza się. Rzadziej, częściej lub ze skłonności, wychowania, przyzwyczajenia, różnych
przyczyn, świadomie lub nie. Być może czasem potrzebujemy wyciągać
wnioski, uchwycić zasady. Być może w niektórych przypadkach warto
upraszczać, ułatwiać lub umożliwiać sobie lub innym (z)rozumienie świata. Być może
niekiedy potrzebujemy i głównie tak potrafimy odgraniczać się od
niechcianych elementów rzeczywistości. Generalizowanie dostrzegam w sobie i
wokół siebie. Nie wszystkie dostrzegam. Nie wszystkie krytykuję.
Lecz wszyscyśmy tylko ludźmi. I nasze (złe) emocje można wzburzać. Wiązka uogólnień poprzez łatwe nieporozumienie jest zarzewiem zbyt wielu zbędnych konfliktów. Jakże częste generalizuje się zbiorowo, opresyjnie, upadlająco, a zarazem niezapowiedzianie, nagle, gdy nie wiadomo, od czego zacząć tłumaczenie, czy rozbierać każde słowo, czy lub kiedy warto w rolę tłumacza rzeczywistości się wdawać, dla kogo, na jak długo, jakim kosztem.
Fakty, system i układ odniesień, rzeczywistość, prawda. Może być jedna. Wielu wierzy, że jest jedna. Jakaś. Choćby jej części oznaczano, wydzielano ze względów praktycznych. Nauką, wiarą, emocją.
Ale tyleż jest opisów rzeczywistości, teorii, koncepcji, poglądów, ilu ludzi. A nawet więcej. Każdy może mieć własny, jeden lub więcej, albo żadnego. Całkowicie pewnych, rozważanych, dyskutowanych, powątpiewanych, zmiennych, także z czasem porzucanych. Opisów uzasadnionych doświadczeniem, tradycją, przeczuciem, nadzieją lub bezpodstawnych. Próbujących wpływać na rzeczywistość, projektować ją, zaklinać. Świadomie lub przypadkowo. Opisów zgodnych lub nieprzystających w jakiejś mniejszej lub przeważającej części do rzeczywistości.
Na rozumienie i zdolność do budowania i odtwarzania rzeczywistości w naszych wyobrażeniach o niej, prócz naszej wiedzy i doświadczeń, prócz niejednoznaczności słów, za pomocą których się komunikujemy, wpływają nań emocje, zwłaszcza te złe, nieposkramiane, gdy przesłaniają rzeczywistość, zaburzają jej odbiór, postrzeganie i prawidłową interpretację.
Rzeczywistości mogą skrzeczeć, dolegać warunkami wstępnymi i skutkami, z narzuconego lub zastanego opisu możemy być niezadowoleni, a nadejścia innego wymarzonego, pożądanego możemy wyczekiwać, czynić plany i modlić się o możliwie pełne, szybkie i bezproblemowe spełnienie.
Cudze i własne mniemane rzeczywistości potrafią być wyrywkowe, z subiektywnymi kontekstami, niedoskonale i w sposób niepełny rozpoznane, lecz przy uzurpowaniu wyłączności i prawidłowości opisu, przy próbie jej projekcji na rzeczywistość.
Wielu ma też wewnętrzną potrzebę kontrolowania rzeczywistości, wyrabiania sobie lub oczekiwania istnienia całkowitych, zupełnych, absolutnych, bezwzględnych ich opisów, bez pozostawiania spraw nierozstrzygniętych, nie dopuszczając spraw nieskończenie różnorodnych i niepewności, pokładając porządek w wygodnych założeniach i aksjomatach. Czasem taki pozorny przymus szufladkowania jest tak daleki, że nie tylko nie akceptuje niechcianych aspektów rzeczywistości, ale i uniemożliwia zadzianie się oczekiwanych rezultatów, pozytywnego wpływu na rzeczywistość, szczególnie przy braku zaufania, przekonania i pewności.
Stąd zaleta odpowiednio częstego, nieustannego weryfikowania i otwierania się na wzajemną weryfikację cudzego i własnego opisu rzeczywistości, na kontrargumenty, czy pojmujemy rzeczywistość taką, jaką jest. Proces nigdy nie zakańczalny. Niektórzy uważają, że prawda absolutna istnieje i ludzkość ją kiedyś osiągnie lub już partiami osiąga metodą naukową. Inni przeciwstawiają to ograniczonymi możliwościami poznania przez jednostkę i ludzki mózg, czy oddziaływaniu obserwatora na układ, wcale nie taki zamknięty, za jakiego go mamy.
Zatem zdążam na wskroś Rzeczywistości.
Max Richter, Spring 1 z albumu Vivaldi: Recomposed, 2013
oryg. Antonio Vivaldi, koncert nr 1 E-dur „Wiosna”
z „Czterech pór roku”, 1725
Pewien Człowiek zadał mi ostatnio takie pytanie. To niemalże jak koleżanka, którą pomimo zaprzeczeń dopytywano o ciążę, sugerując, że nie musi się jej wstydzić (jak to dobrze, że jestem mężczyzną). Pomijam, na ile moje pytanie miało prawo być zasadne, gdy Człowiek nie widział mnie na żywo, a jedyną podstawę oceny dają zdjęcia na portalu twarzowej książki.
Zastanawiam się, jak do podobnej sytuacji podeszliby inni Ludzie. Być może odebraliby to jako pytanie z sugestią, stwierdzenie, przytyk lub zaczepkę. Niektórzy agresją odparliby atak mówiąc, że Człowiek zadający owo pytaniesam ma kompleksy, które nieskutecznie próbuje leczyć takimi złośliwymi wrzutami, którymi celowo próbuje wzbudzić negatywne
emocje w innych, poprawiając swoje. Nie przypisuję takich intencji temu
Człowiekowi. Może ma duży problem z własnymi kompleksami, ale tylko
tyle. Negatywnych emocji zaś we mnie nie wzbudza, ani już ich nie rodzą takie pytania.
Kiedyś bym się przejął tym o wiele bardziej, niż samo wykorzystanie tego jako pretekstu do napisania czegoś na blogu. Nie jest tajemnicą, że na przeciągu ostatniego roku oprócz rozwoju duchowego musiałem wymieniać garderobę z uwagi na utratę wagi, do czego istotnie przyczyniło się m.in. bieganie. Nosiłem niegdyś w sobie potężny ładunek różnych kompleksów nieakceptacji: od wyglądu, którego się wstydziłem, poprzez czynienie porażki z byle niepowodzenia i niezadowolenia, na nieuporządkowaniu pewnych faktów kończąc. Kiedyś każdy taki przytyk był dobrą pożywką, w przenośni i dosłownie, do zamykania się w sobie i pielęgnowania kompleksów. Im bardziej nie chciałem taki być, tym bardziej taki byłem. Potem przyszedł ten blog i z czasem zmiana podejścia.
Obserwuję i uczę się, czym są słowa, znaki i emocje, jak wpływają na mnie i innych Ludzi, zwłaszcza gdy efekty różnią się od intencji. Cudze niewątpliwie nie zawsze muszą wzbudzać w nas negatywne emocje, możemy spróbować na to sobie lub innym nie pozwolić, czasem się udaje.
Nie mnie oceniać efekty ani ich trwałość, tym bardziej jeśli sam uważam, że przemiana sylwetki wciąż się nie zakończyła. Jednak niektórzy mi od dłuższego czasu wmawiają, że nie mam się już z czego odchudzać. Spokojnie, do anoreksji mi zbyt daleko. Po długiej zimie, która poprzez zawsze ciut bardziej obfite w kalorie święta, mniejsze lub utrudnione możliwości praktykowania ulubionych form aktywności fizycznej i kontuzję je utrudniającą, spowodowała powstrzymanie spadku wagi i jej nieznaczny wzrost, w końcu mogę kontynuować aktywność i wziąć dłuto w ręce.
Niewątpliwie jest co i dla Kogo poprawiać, ale wszystko w swoim czasie. Uczę się cierpliwości, wytrwałości, odwagi i racjonalności we własnych dążeniach i oczekiwaniach od losu, ludzi, życia, własnego organizmu i psychiki. Jak jest to niełatwe, wiem sam jeden. Też bym chciał wszystkiego już, natychmiast, bez trudu, bez potknięć, bez nerwów. Ale nie ma tak. Tyle że może być inaczej. Może nie wszystko zależy tylko ode mnie, nie na wszystko mam wpływ. Ale na niektóre rzeczy mogę. A jak się nie udaje, to mogę spróbować jeszcze raz. I jeszcze. Aż do skutku, racjonalnie obierając cele i środki. Zaznaczam to ostatnie, bo zaraz ktoś się przyczepi, że nie wszystko jest warte nadludzkich poświęceń, nie wszystko da się osiągnąć, niektóre rzeczy życie uniemożliwia — ależ oczywiście, ale nie o tym pisałem.
Niektórzy na blogu i w realu, odpowiednio do poznanych zmian, doszukują się i wyczekują mojego potknięcia, rezygnacji. Przecież nie można się tak zmienić, przecież kompleksy i charakter się nie zmieniają, kiedyś trzeba się poddać, w końcu przyjdą gorsze dni i lata. Wciąż przychodzą i w końcu mijają. Nie o to przecież chodzi, żeby raz osiągnąć coś dobrego i w tym bez wysiłku niezmiennie trwać. Samo życie to uniemożliwia i modyfikuje. Czy tego chcę, czy nie. Nieustannie. Wolę mieć wiarę, nadzieję i miłość. I nimi żyć, skoro są.