16.03.2012

Samotna wyspa

Nie znam osobiście żadnej osoby, która czuje to samo co ja. Nie poznałem żadnego geja czy lesbijki ani w szkołach, ani na studiach, ani w moich pracach, ani nigdzie indziej. Biorąc pod uwagę statystyczny odsetek homoseksualistów w społeczeństwach (ile by ich nie było, od ułamków procenta do kilkunastu procent wg różnych teorii i badań), moje mniemanie o tym, że nigdy nie znałem ani nawet nie minąłem się z żadnym gejem, jest niewątpliwie mylne. Przewinęło się obok mnie tak dużo osób, że teoretycznie ktoś powinien mieć taki problem jak ja. Mimo statystyk, czuję się jak samotna wyspa otoczona przez wzburzone morze i groźne rafy. Co innego obecność gejów na odległość w mediach, a co innego we własnym życiu.

Ostatnio przypomniał mi się taki obraz sprzed kilku lat. Wysiadam z dworca kolejowego w dużym mieście i spieszę się do wyjścia (nawet nie pamiętam, czy to było jeszcze na studiach, czy już po). Po drugiej stronie peronu jakieś 5 m ode mnie w drzwiach do pociągu stoi jakiś facet, niżej na peronie drugi facet, obaj nie starsi ode mnie. Żegnając się, ten z peronu ukradkiem podskoczył i pocałował tego z pociągu. Zauważyli mnie. Byli zaskoczeni, że ktoś to widział. Po chwili schodziłem już z peronu. Całość trwała może 5 sekund? Ale ich zaskoczonego spojrzenia na mnie nie za pomnę chyba do końca życia.

Z początku nie byłem nawet świadom tego, co widziałem. Ich zachowanie było na tyle (dla mnie) nietypowe, że dopiero wychodząc z dworca na miasto uświadomiłem sobie, że to miał być pocałunek.

W tamtej chwili pomyślałem tylko, że rozumiem ich prawo do miłości, ale oni też nie powinni się dziwić, jeśli ktoś czuje się tym zaskoczony, jak ja. Nawet byłem trochę zły, że mi się takim widokiem narzucili. W najmniejszym stopniu nie odnosiłem tamtej sytuacji do siebie samego. Niewiele z resztą wtedy to analizowałem. Ot, zdarzyło się, chwilę idąc przetrawiłem co to było, zapomniałem. Dopiero niedawno odnalazło się w pamięci.

Dziś to mi jest głupio, że być może wzięli mnie za kogoś, kto gotów byłby się tam do nich wrócić, nabluzgać i zbić obu "mordę". Że niechcący wtargnąłem w intymną chwilę i zamiast -- być może -- okazać co najmniej jakieś objawy tolerancji lub akceptacji, jeśli nie podziwu za odwagę, to po prostu zachowałem kamienną twarz i odwróciłem wzrok na drugą stronę peronu. Że prawdopodobnie mogli się poczuć potępieni i zaszczuci. Że dziś jest mi przykro z powodu mojego zachowania, nawet jeśli każde z nas miało prawo poczuć się, jak się wtedy poczuło.

Fakt faktem, że zrobili to w miejscu publicznym. Ale nie słyszałem, żeby nasi politycy przyjęli szariat. Ani żeby to było wykroczeniem. A podobne pocałunki, jak nie dłuższe i bardziej namiętne, między kobietą i mężczyzną (od młodych po nieco starsze pary) widuję tak często w różnych miejscach publicznych, że na prawdę nie zwracam na to uwagi. Ani niemal nikt inny nie zwraca uwagi, poza dewotami. A mimo wszystko wtedy zwróciłem, nazbyt ofensywnie wobec zakochanych.

Wtedy zdecydowanie nie wiedziałem jeszcze, co mnie samego czeka, choć przecież wszystko już wiedziałem, tylko nie dawałem racji bytu. Lecz i dziś chyba dalej do końca nie zdaję sobie sprawy, w co się pakuję. Jeśli się wpakuję? Nie wiem. Nie wystarczy pstryknąć palcem i szybko przekonać się. Żałuję, że nie sprawdziłem jak byłem młodszy, wtedy łatwiej by mi przebaczono błędy, łatwiej bym sam przeskoczył moje błędy i reakcję innych.
Paul Simon & Simon Garfunkel, Bridge Over Troubled Water, 1970

6 komentarzy:

  1. co bardziej Ci w tym obrazie przeszkalo? para calujaca czy Twoja reakcja a ich wtorna reakcja?

    ta-ta

    kw

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wtedy najbardziej przeszkadzało mi, że się narzucili, że musiałem się w ogóle ustosunkować do tego, co zobaczyłem, a wtedy nie chciałem.

      Dziś najbardziej przeszkadza moja ówczesna reakcja, w której byłem ślepy na piękno miłości.

      Usuń
  2. Miałam podobną sytułacje byłam w kawiarni stoliki blisko siebie ustawione przy tym najbliżej mnie siadły dwie kobiety no wszystko ok tylko zdziwiło mnie, że siadły obok siebie no ale pomyślałam, że chcą o czymś porozmawiać ,a jakby siedziały naprzeciwko siebie mogłabym usłyszeć ,a tu "niespodzianka" bo zaczeły trzymać się za ręce jedna pocałowała drugą w policzek, objęły się i wcale nie myślałam o nich " o lezby jak one mogą pokazywać się publicznie",a powiem, że spotkałam się pierwszy raz z parą homo nie wstydzącą się pokazać tego co czuje do siebie jedynę co wtedy czułam to zaskoczenie zdziwienie jedyne co pomyślałam to, że są lesbijkami i chyba wtedy zaczełam rozumieć, że przecież one nic złego nie robią tylko pokazują swoją miłość delikatnymi gestami, że mają prawo pokazać się publiczne trzymając za rękę bo to nic złego, zaczełam rozumieć, że miłość nie wybiera, że nie możemy sobie powiedzieć kogo możemy ,a kogo nie możemy kochać. No i zaczęłam rozumieć może nie odrazu ale zaczęłam. Takie coś ale zmieniło mnie i się z tego ciesze :)
    Aga.K

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żałuję, że kiedyś do homoseksualizmu podchodziłem nienaturalnie. Dziś dla mnie wszystkie gesty, te drobne i te zauważalne, są naturalne, bez względu na otoczenie. Nie wstydzę się tego, że mężczyźni pociągają mnie ciałem i duchem. Interesują mnie wszyscy ludzie, ale stricte bliskich relacji szukam tylko z facetami nieheteronormatywnymi.

      Usuń
  3. Hej Wam :)
    Mogę się wmieszać?
    Hm... Trzeba mieć naprawdę dużo odwagi by publicznie okazywać swoje uczucie. Wiem coś o tym. Rok temu byłam taką osobą. Najodważniejszą we wszechświecie. Wraz z moim partnerem nie chowaliśmy się przed ludźmi, z dumą chodziliśmy za łapki, dawaliśmy sobie buzi na pożegnanie. Haczyk tkwi w tym, że mój chłopak był wówczas transseksualistą kompletnie przed przemianą, czyli fizycznie rzecz biorąc, był kobietą. Wspominam ten okres jako naprawdę wyjątkowy. To było silne uczucie- móc się przeciwstawić masie chamstwa i nieżyczliwości tak wielu ludzi. W sumie nasze bycie razem złożyło się z wakacjami. Przez te dwa miesiące.. praktycznie każdego dnia, gdy się widzieliśmy, ktoś rzucał jakiś komentarz lub zawistne spojrzenie, ew. obie rzeczy na raz. W sierpniu naprawdę uważałam się za bardzo silną osobę. I muszę przyznać, z całym żalem do siebie, że po dwóch miesiącach już nie umiałam. Coś we mnie pękło. Każda jedna osoba, której w jakiś sposób nie podobało się nasze bytowanie, przyczyniła się do obalenia mojego poczucia własnej wartości. Naprawdę, runęło ono na łeb na szyję. Zanim sobie zdałam z tego sprawę, już nie potrafiłam się z nim w ogóle widywać. Ciach. Przerwałam to zupełnie. Minął rok, a ja nadal nie umiem się otworzyć. Do tego wszystkiego doszły jeszcze kontakty z rówieśnikami szkolnymi i przede wszystkim, z matką. Jednak zmierzam do tego, że obecnie nie czuję się nigdzie akceptowana. Gdy jestem u niego.. Boję się na tyle, że zawsze odmawiam odprowadzenia na przystanek. Pewnie uznacie to za paranoję. I owszem. To jest paranoja, ale coś mnie blokuje.
    Opowiadam tę historię po to, żeby wyrazić nadzieję, że tamte dwa miesiące być może komuś dały inny obraz na sprawę. Być może ktoś spojrzał na homoseksualizm, za jaki były brane nasze relacje, za coś nie tak koniecznie odrażającego. Mam nadzieję, że to nie poszło na marne. We mnie to coś zabiło, ale może w kimś się przez to coś urodziło C: Bądźcie delikatni!
    Maja(majake@autograf.pl)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak czytam własny tekst sprzed tych kilku miesięcy, to się wstydzę, co za głupoty wypisywałem :/ ale ad rem...

      Przykro mi, że nie potrafisz ponownie otworzyć się. Faktycznie, trzeba dużej odporności i asertywności w takich codziennych sytuacjach, by nie przejmować się niezrozumieniem ludzi...

      Szczerze mówiąc, zdarzyło mi się raz być celem krzywego spojrzenia, bo ktoś coś dostrzegł. Póki endorfiny tłumiły myślenie, nie przejmowałem się tym. Teraz też nie chcę się tym przejmować, bo przecież nic złego się nie stało. Nie chcę, by strach mnie blokował przed szczęściem i byciem sobą. Przecież nikomu krzywdy nie wyrządzam.

      Usuń