16.06.2012

Choroba

Ostatnio choroba, ból, śmierć i smutek wciąż towarzyszą i powracają w myślach. Takie jest życie, nie mamy wpływu na wiele rzeczy, na orientację, chorowanie, śmierć. Najważniejsze, żeby zdrowie było, a jak będzie, to reszta sama przyjdzie, zwykłem życzyć Ludziom, odkąd zmarła Mama... Kto nie przeżył choroby lub śmierci bliskiej osoby, ten nie rozumie głupich życzeń „zdrowia, szczęścia...” (zwłaszcza młodzież — przecież mnie też kiedyś irytowało, po co zdrowemu nastolatkowi stara ciocia życzy zdrowia...). Najważniejsze być samodzielnym i sprawnym, nie zależeć od innych, ale czasem nie mamy na to wpływu...

Najpierw choroby Mamy... Nigdy się nie poddawała, zawsze z opresji wychodziła obronną ręką... A miała ich tak wiele na swoim koncie, że chyba nawet ich wszystkich nie znam. Tylko ostatnia się jej nie udała. Przegrała walkę z rakiem po kilku latach leczenia. Nie wstawała z domowego łóżka przez wiele miesięcy, ledwo wyszła z tego, zaczął się nawrót. Odeszła sama, cichaczem wywieziona ze szpitala do hospicjum, żebyśmy nie protestowali... Już się tam nie obudziła, my nie zdążyliśmy Jej pożegnać...

Na pogrzebie przed zamknięciem trumny zostawiłem Jej obrazek z Sercem Jezusa, który dała mi gdy wychodziłem na maturę. Była przyjaciółka dziwiła się, że mogłem tak mocno przeżyć śmierć matki (nie, już nie mam o to pretensji). A przeżywałem jeszcze przez długie miesiące potem. Długo śniła mi się Mama w chorobie, zmęczona, wychudzona, w peruce... Jak koszmar powracał wątek odkręcania pogrzebu, bo w snach po swoim pogrzebie mama żyła, tylko my się pomyliliśmy... Oswojenie z myślą, że nie żyje, przyszło jakoś dopiero po roku. Koszmary przeszły. Z czasem śniła się zdrowa, sprzed choroby. Teraz nie śni się w ogóle...

Z perspektywy czasu widzę, jak bardzo nie byłem psychicznie gotów w młodości opiekować się Mamą. Potrzebowała mnie, ale ja już dawno uciekałem się w hobby, przed własną orientacją, przed problemami w domu. Gdy był na to czas, nie potrafiłem się zmobilizować i po prostu być przy niej i dla niej. Przez długi czas po Jej śmierci chciałem być woluntariuszem w hospicjum. Czekałem jednak, aż będę pewny, że tego chcę, że nie jest to tylko odreagowanie po śmierci bliskiej osoby. Choć potrzebę niesienia pomocy dalej czuję, dotąd nie zdecydowałem się. Najpierw musiałem uporządkować własne życie, żeby móc być dla cudzego życia u jego kresu. Jeszcze nie skończyłem.

Tato (i ciut ja, na ile niedoskonale potrafiłem) towarzyszyliśmy w chorobie Mamie. Dziś jednej Cioci towarzyszą w powolnym odchodzeniu skłócone córki. Jeszcze kilka dni temu innej Cioci towarzyszyła córka z wnuczką. Kolejną Ciocią od dwudziestu lat opiekuje się Córka skazana tym samym na staropanieństwo... I wymieniać jeszcze mógłbym długo, a o wielu podobnych przypadkach w mojej rodzinie przecież nawet nie wiem, mógłbym się co najwyżej domyślać...

Niemal wszyscy pomagamy, gdy najbliżsi bezsilni w chorobie potrzebują naszej pomocy. Czemu życie czasem zmusza nas do pełnienia wyniszczającej opieki dla naszych potrzebujących? Jakie są granice poświęcenia? Ile można przetrzymać?

Odwiedzałem Ciocię w szpitalu. Niby dobre warunki, niby miałaby jeszcze szanse na przeżycie z nowotworem, gdyby tylko chciała walczyć. A poddała się. Odmawiała jedzenia, picia, leków. Wszystko Ją bolało, płakała, przeklinała wszystkich, że chce umrzeć. Była wyniszczona, pokłuta, posiniaczona i opuchnięta od iniekcji. Zupełnie inny obraz niż poprzednio. Chciało mi się tam płakać, ale przetrzymałem.

Czy człowiek, póki w pełni niewątpliwie świadomy swojego losu, musi być zmuszany do walki z chorobą na siłę, gdy już nie czuje się na siłach, by walczyć, gdy w życiu tak wiele napatrzył się na innych chorych, że nie chce takiego trudu i cierpienia sprawiać swoim najbliższym? Że nie chce być od nich zależny? Chce aby żyli dalej, bez traumatycznych wspomnień z długiej agonii? Czy nie lepiej godnie pożegnać się, opuścić bliskich i odejść z tego świata, jeśli ratunku nie ma? Zarazem, czy człowiek może być pozbawiany nadziei, że bliski chory wyzdrowieje i przeżyje, że jeszcze będzie lepiej? Czy grzechem jest nie poddawać się i chcieć przedłużyć wspólne życie jak najdłużej? Nawet bł. Jan Paweł II odmówił uciążliwej terapii.

Kolejną Ciocią opiekowała się Córka z Wnuczką. Miała piękne, choć trudne życie. Zsyłka na Sybir, ciężka wyniszczająca praca. Przeżyła. Wróciła. Założyła rodzinę, ciężko pracowała na roli. Na starsze lata opiekowała się świątynią. Żal było patrzeć, jak była świadoma, że jest, ale nie pamiętała już nic, ani kim jestem, ani kim była moja Mama, ani co Ona sama robi; nawet wtedy taka bez wspomnień była taka serdeczna, jak zawsze, jaką chcę Ją pamiętać. Zarażała siłą woli i wiary. Zawsze miała świetną pamięć, często ze szczegółami opowiadała o swojej tułaczce po ZSRR, na szczęście zdążyłem to wszystko spisać.

Niestety zmarła, ale Jej pogrzeb był kolejnym wielkim spotkaniem rodzinnym. Jak bardzo mi brakuje moich krewnych, tych kontaktów, rozmów, choć tak ich mało. Ale to moje życie, wśród Nich i z Nimi czuję się jak ryba w wodzie... Tego nauczyła mnie Mama. Jakże bym miał od Nich uciekać, zrywać kontakty, zmieniać miasto lub emigrować za granicę, bojąc się odrzucenia przez Nich mojej prawdziwej orientacji seksualnej. Potrzebuję Ich. A nawet być może Oni faktycznie też potrzebują takiej duszy rodziny, która o wszystkich pamięta i wszystkich ma w sercu i głowie, choć w lesistym gąszczu można się już zgubić.

Wyzdrowieć zdążyło już dziecko Kuzynki. Myśli zakrzątał też zaprzyjaźniony bloger, oglądający szpital od środka; oby moje modlitwa i myśli pomogły Mu szybko wyzdrowieć. Myśli zakrząta też szczególnie Piękna Dusza i Ciało, błąkające się beze mnie po świecie; bo czuję się lepiej, gdy jest; bo czuję się gorzej, gdy Mu źle...

Czy ja byłbym gotów do poświęcenia się opiece dla moich najbliższych? W moim przypadku, tfu tfu, Ojca i kiedyś za wiele lat Mężczyzny mojego życia? Czy Oni zrobiliby to dla mnie? Nikt się na to nie godzi, ale to oczywiste, że jeśli nadchodzi potrzeba opieki, to dla Nich jesteśmy. Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Oby te ostatnie trzymały się z dala od naszych otoczeń.


Pierwsza wiedząca o mnie Koleżanka stwierdziła, że chyba jednak przejmuję się opinią innych ludzi i reakcją na ujawnienie się. Boję się bowiem poniżania mnie na oczach innych ludzi (z innych powodów przeżywałem to w podstawówce) oraz wmawiania mi zboczenia, choroby, grzechu i stereotypów. Ze wszystkim tym sobie poradzę, ale Koleżanka ma rację, łatwiej powiedzieć „nie przejmuj się”, niż tak faktycznie zrobić. Moje otoczenie nie jest mi obojętne. Godzę się na to, że niektórzy zareagują różnie, ale mi nie będzie to obojętne, ani nie będę rozpaczać, ani to nie ja będę uciekał przed odtrącającymi. Chcę być dalej, na przekór wszystkiemu.

Kolega wyzywający wszystkich i wszystko od pedałów, pedalstwa i bycia pedalskim, co w jego mniemaniu, o które zapytałem, dyskredytuje te osoby i rzeczy jako nadające się tylko dla pedałów (ergo: są czymś gorszym), a który nie wie o mojej prawdziwej orientacji seksualnej, choć zdarzało Mu się kilka razy wspominać coś o dużym szacunku do mnie — nie odpowiedział rozstrzygająco, czy wg Niego orientację seksualną widać na twarzy, gdy w żartach zapytałem Go o to, po tym jak stwierdził, że po koleżance widać, że jest lesbijką. Ale podobno lesbijki Go nie kręcą, bo są zboczone. Kilka dni wcześniej, gdy w żartach mówił, że jestem zboczony, dalej śmiejąc się odpaliłem, że nawet nie wie, jak bardzo. Robię się coraz bardziej odważny, ale chyba wciąż nie na tyle, żeby już powiedzieć Mu całą prawdę. W takim tempie niepozornych skojarzeń być może sam załapie. Albo nie załapie. Na szczęście uważa, że blogi to przeżytek.



Eli Lieb, Place Of Paradise, 2011

PS. Aha, tak, racja, zaczęło się EURO, wszędzie wokół piłka nożna, a ja nic. No tak, mój tydzień zdominowały jak widać inne wydarzenia. Ale spokojnie, lodówki też się boję otwierać, bo wszędzie koko koko... Nigdy nie byłem fanem sportów zespołowych, Ojciec mnie nie nauczył, ja czułem się gorszy na WFie, więc też nie chciałem. Piłka nożna mnie jakoś obchodzi bokiem. Co nie znaczy, że naszym w duchu i dzisiaj nie kibicuję.

14 komentarzy:

  1. Trudne sprawy...

    A tych życzeń to i ja nie rozumiem... :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obyś życzeń jeszcze długo nie rozumiała... Obyś nie musiała dostrzegać, jak ważne jest zdrowie, bo ta świadomość przychodzi, gdy tracisz je sama lub ktoś bliski...

      Usuń
  2. napiszę Ci coś starego jak świat, ''prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" jezeli się "ujawnisz" i ktoś tego nie uszanuje...nie zasługuje na to by z Tobą być....ja miałam tydzień na to aby pożegnać się z Tatą, chorba spadła nagle i to trwało tydzień. Gdy lekarz powiedział o stanie mojego taty w szpitalu, zamaist wrócić do taty na salę, uciekłam, zaczęłam biec i biec przed siebie, dobiegłam bardzo daleko, aż zaczęło robić mi się słabo...byłam wtedy młoda i niedojrzała do poświęcenia. Bo ja byłam dla taty wszystkim...teraz już bym tak nie zrobiła...wróciłabym do sali...szkkoda żezmarnowałam ten czas w którym mogłam jeszcze pobyć z nim....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeżyłem coś podobnego z Mamą, w ostatnich dniach była sama, bo niedojrzały ja byłem zmęczony... Jak można być zmęczonym życiem, póki trwa... Ale ja żyję dalej z tą świadomością...

      Usuń
  3. Nikt tak naprawdę nie wie jakby się zachował w sytuacji konieczności opieki nad kimś bliskim. Też nie wiedziałem. Teraz już wiem. Wtedy człowiek się nie zastanawia. Decyzja przychodzi sama z siebie. Wtedy po prostu się wie. Poświęcenie, współczucie i pozostawienie na boku wszystkiego co kiedyś stanowiło sens naszego życia jest nagle czymś naturalnym i oczywistym. Nie mówię, że jest łatwo. Nigdy nie jest. Na początku wszystko wydaje się niemożliwe. Na wszystko brakuje czasu, a człowiek czuje się przytłoczony i osamotniony z tym wszystkim. Pisałem u siebie, że człowiek to taka specyficzna istota nie do zdarcia - i coś w tym jest. Może nie zawsze to widać, może nie zawsze sami w to wierzymy, ale mimo wszystko i tak każdego dnia wstajemy rano i robimy co do nas należy. I tak na dźwięk swojego imienia budzimy się o pierwszej, potem drugiej i trzeciej w nocy bo trzeba, bo podjęliśmy się tego, bo ktoś nas potrzebuje. Jest cholernie ciężko, ale dajemy radę, bo ten typ już tak ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bądź nie do zdarcia, walcz o siebie, ale nie porzucaj bycia tak wspaniałym typem Człowieka...

      Usuń
  4. Witaj, opieka nad śmiertelnie chorym człowiekiem lub bardzo starym,z totalną demencją, to naprawdę trudna sprawa i wielki problem. Z mojego punktu widzenia - powinna być w konstytucji opcja wyboru eutanazji, gdy już nie mamy siły i ochoty dalej żyć.Bo dla mnie jest coś uwłaczającego godności człowieka w umieraniu w bólu, męce,będąc całkowicie uzależnionym od opieki innej osoby- nieistotne czy bliskiej czy też obcej.Nie boję się śmierci, ale ogromnie boję się powolnego umierania w charakterze zwiędniętej roślinki.Mój ojciec umarł nagle (miał zaledwie 49lat) i jego matka powiedziała- to dobrze, że umarł nagle, miał piękną śmierć.Wtedy tego nie zrozumiałam, teraz wiem, że miała rację.
    Przeraża mnie wizja umierania w towarzystwie rurek, woreczków na płyny ustrojowe, pampersów- przecież to naprawdę nie ma sensu utrzymywanie przy życiu kogoś w takim stanie, skoro i tak nie przywróci mu się zdrowia. A co do sprawy "czy dasz radę się opiekować" - pewnie dasz, ale wybieganie myślą naprzód w tej sprawie ma niewielki sens, bo nie jesteś wstanie przewidzieć co w i kiedy nastąpi.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O taką nagłą śmierć zawsze prosiła moja babcia. Nie mając rodzeństwa, potencjalnie nigdy nie mając dzieci i wciąż nie mając życiowego partnera, boję się, że mogę być ciężarem dla kogoś obcego... Nie chciałbym dla nikogo bliskiego, a tym bardziej obcego.

      Usuń
  5. Jestem szczęściarą. Od dawna czytam Twój blog. Mam wielu znajomych gejów i jednego wielkiego Przyjaciela. Geja. Przez duże P. Dzieli nas przepaść. Pokoleniowa. Mogłabym być jego matką.
    Jestem nieszczęśliwa, bo moi bliscy umierali młodo. Jestem szczęśliwa, bo umierali młodo. Mam nadzieję, że jak coś, to moi bliscy znajdą sposób na eutanazję. Nie chcę być warzywem ani ciężarem. Cieszę się życiem, choć bliżej mi już do setki :D Życie nigdy nie pisze prostych scenariuszy, uwierz mi. Bycie gejem nie jest najgorszym, co człowieka może w życiu spotkać. Będę dalej śledziła Twoje losy, wirtualnie, of course. Lubię Cię :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję!!! :) Mam wspaniałe ciekawe życie, mogło być gorzej. Ale mierzę się tylko z tym, które mam.

      Usuń
  6. :( a ja nie plakalem po najbardziej kochanej osobie, ktora umarla rok temu:( i boje sie powrotu swiadomosci, ze jej juz nie ma

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świadomość wróci, powinna wrócić... Nie warto wiecznie uciekać przed problemami, bo te zostaną, a nam starszym nie będzie wcale łatwiej je pokonywać.

      Usuń
  7. Smierc jest zawsze trudna, szczegolnie dla tych co pozostaja.
    Jak wyzej napisala Anabell, jestem zwolenniczka legalizacji eutanazji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jestem przeciwnikiem eutanazji rozumianej jako prawo do tego, że ktoś odbierze mi życie. Każdy powinien mieć jednak za życia prawo do zaprzestania uciążliwej terapii, choćby później w krytycznej chwili nie był w stanie wyrazić żadnej woli, a bliscy byli przeciwni. Rozumiem bliskich, ale sztuczne przedłużanie funkcji życiowych czasami jest tylko przedłużaniem cierpienia i uniemożliwia godne pożegnanie.

      Usuń