20.10.2012

Varsovie

A ja jak zwykle spóźniony, bo wszyscy zdążyli już odblogować i odkomentować pamiętny poniedziałek, tylko nie ja... Pocieszam się, że ostatni bywają pierwszymi ;)

Tymczasem cofnijmy się dwa tygodnie wstecz... Może ostatnio znajduję mniej czasu na blogosferę, ale że Vermis nie pierwszy raz chciał się wymigać przed zasłużonym(!!!) wyróżnieniem oraz że spiknął sobie Agatę i Iw-nową na oprowadzanie w Warszawie, to wiedziałem zawczasu.

Nie wiedziałem natomiast, że niewinnie rzucony za moimi plecami żart i zakład (ja Wam dam... ;) tak za moimi plecami, bez mojej zgody... tam to się inne rzeczy mogą dziać, ale nie takie :P żartuję :*) spełni się w realu, bo spontanicznie (ha, troszkę za radą Mr_Unknown’a) przystałem na propozycję bycia skromną częścią tej pięknej historii w Warszawie, choć moja podróż trwała dłużej niż wspólne spędzone chwile. I nie wiem, co bardziej zdziwiło mojego Ojca i kilka Osób w pracy: termin spotkania (jechać do Warszawy na poniedziałek, a nie na weekend?!? a we wtorek z powrotem do pracy?!? co lub kto może być takie ważne?!?), czy fakt, że zapytany bez ogródek odpowiadałem, że jadę poznać kilkoro wspaniałych Ludzi, zaprzyjaźnionych blogerów poznanych przez internet. Samo podróżowanie może już nikogo nawet nie dziwi.

W ostatnim czasie trochę się najeździłem po Rodzinie (wcale nie walcem) w ramach podtrzymywania więzi i pielęgnowania żywego drzewa genealogicznego. A co, mam po prostu wspaniałych Krewnych, z którymi na co dzień brak czasu na spotkania, a wielu dalekich i jeszcze dalszych krewnych po prostu wciąż nie poznałem osobiście, choć tyle się listownie, telefonicznie i wirtualnie znamy. Co prawda przez to częściej muszę się tłumaczyć z braku dziewczyny, ale trudno, już nie kłamię, choć większość jeszcze nie przekroczyła oczywistej bariery.

Przyszła mi niegłupia myśl do głowy, by odwiedzić jedną czy drugą Rodzinę w Warszawie, ale za późno się do tego zabrałem. Zamiast tego wyszło, że najwyraźniej nie znam dość dobrze pewnej Kuzynki, a Ona nie zna mnie. Myślała, że grzeczny, spokojny i ułożony ze mnie chłopiec, na którego życiu nie ma żadnej rysy. No może tak trochę było z przyczyn leżących u początku niniejszego bloga, ale nie do końca, bo niespożyta energia we mnie kipi, tylko nie wszystko i wszędzie wypada, a każdy miewa wiele masek, różne natury i oblicza, jak i wiele przeżyć, które wpływają na to jak nas widzą. Podświadomie wiedziałem natomiast, że mam do czynienia nie tylko z pięknym, ale równie inteligentnym Człowiekiem, dla którego rysa świadomie pokazana pomiędzy moimi słowami będzie doskonale widoczna pod tylne światło. Nie wiedziałem tylko, że mam przyjemność z pocieszycielką niniejszym niejednego Geja, dla której nie muszę nazywać rzeczy po imieniu, by się domyśliła. Chciałbym Ją poznać na żywo, sympatyczna z niej dusza... Nasze ramy czasowe okazały się jednak zbyt ograniczone, ale niebawem mam na liście rezerwowej 11 listopada, więc może...

Czasami jestem bardziej śmiały i otwarty niż wypada, a potem różne z tego rzeczy wypływają. Niechcący podglądając Vermisa w szafie, popłynąłem lawiną nie mniej zwariowaną, niż ja sam ukrywający się w głębi mojej niedoskonałej osoby.

Po całonocnej podróży nieogrzewanym pociągiem do zimnej Warszawy o mglistobladym świcie przywitał mnie ciepły uśmiech V. (hmm, wybacz, jednak nie taki jak tamtego lipcowego Kierowcy hotelowego z Krakowa :P) oraz gorąca kawa wypita we trójkę z MrU.

Po chwili doszła z nami A., prowadząc niby przypadkiem poprzez zbawienne tęczowe zakątki (częściowo spalone na początku tego samego przedłużonego weekendu) oraz miejsca z czerwonymi tabliczkami — do pięknej łazienki bez dachu.


Przez kilka godzin spaceru zaczęliśmy i nie skończyliśmy wielu tematów oraz zmęczyliśmy nogi. Mieliśmy z A. taki plan, że ja masuję nogi jednemu, a A. drugiemu ;) :D. Niestety Chłopaki nie dali się rozdzielić, chodzili ze sobą tak nierozłącznie, że po chwili nawet wyciągnięty na wierzch aparat zdawał się Im nie przeszkadzać ;) A takimi i innymi pięknymi widokami, nie tylko tymi nieśmiało uciekającymi przed obiektywem, nacieszyć się nie mogłem.





Otrzymaliśmy od A. piękne ręcznie robione sówki z tęczowymi sercami, a dla mojej przyszłej oby Chrześnicy dostałem także ręcznie (nie-ustnie) haftowany obrazek, swoją drogą idealnie pasujący do ścian Jej (niestety nowego) pokoju :) Dziękuję raz jeszcze :* Był też specjalny gość parkowej wizyty. A nawet goście. Tylu wiewiórów naraz chyba nigdy nie widziałem :D

Gdzie moje orzeszki?!? Oddawaj!



Jeszcze większa urosnę...


Szkoda, że A. nie została z nami dłużej. Chyba wystraszyła się tego kolorowego pana, który zmierzył z góry na dół To, co nie Jego, choć akurat Nią nie był zainteresowany ;) A raczej pobiegła szukać okupu ;) dla PM i córci, którzy zostali w domu. Tak sobie myślę, jakie to szczęście, że Państwo oraz Państwo, każde odpowiednio, mają siebie... :)


Potem załapaliśmy się za to na domową wizytę u Iw, która przejęła wartę (Wisłę) od A. Może akuratnie ja jako niezapowiedziany gość powinienem był się czuć cokolwiek skrępowany, ale kiedyś zaczęliśmy rozmowę o Berlinie, tak jakoś nie było okazji się lepiej poznać, a towarzystwo było tak serdeczne, że nawet nie w głowie mi było uciekanie :) A w domu na szczęście prądu starczyło na pyszną kawę wypitą przy pysznym serniku z grzybków. Dziwne to uczucie podążać śladami tego, co chwilę wcześniej widziało się wirtualnie, a przecież za każdym virtuum siedzi czyjeś prawdziwe życie :) Czuję niedosyt tej pozytywnej energii i życiowej mądrości, których ledwie cząstką Iw dzieli się ze swoimi Czytelnikami :)

Niestety czasu nie było wiele. Wróciliśmy do centrum, przy okazji zwiedzając wszystko na kółkach, ku uciesze nóg Nieznanego. Tam w błysku własnych reporterskich fleszy ;) odprowadziłem V., MrU. i Iw na główną uroczystość tego dnia.

Narodowy (jeszcze nie zatopiony):


Niektóre pedały nie tylko zaglądają do kościołów...


Potem spędziłem jeszcze rozmawiając kilka godzin chyba z Nim. Szkoda, że mieszkając tak daleko, nie mogę częściej wpadać choćby na kawę czy piwo, by posłuchać, pogadać, powymieniać doświadczenia, tak po prostu jak z Przyjacielem. Dziękuję.

Będę mało oryginalny, ale... Bilet kolejowy w jedną stronę — ok. 60 zł. Jedna kawa — 12 zł. Poznać pięciu wspaniałych Ludzi — bezcenne. Dziękuję! :* :) I ja poproszę o następny raz i więcej czasu :)


Monika Brodka, Varsovie z albumu LAX, 2012

16 komentarzy:

  1. Co tam kawa i piwo, teraz to masz wpaść na wódkę, wtedy dopiero sobie pogadamy hehe :D

    Super zdjęcia, a te wiewióry szczególnie.

    I jeszcze moja ulubiona brodka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to jesteśmy umówieni ;)

      Nie wszystkie rudzielce dają się pokochać, ale te za drobnym okupem --- dały ;)

      Usuń
  2. Fajna wycieczka, bardzo zazdroszcze Wam spotkania. Chetnie sama zobaczylabym ponownie Wawe, a zwlaszcza Lazienki, gdzie bywalam czestym gosciem. Dziekuje chociaz za zdjecia, mala namiastka, a cieszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię takie wariackie wypady, zwłaszcza gdy chce się po nich wrócić...

      Usuń
  3. było... jednym słowem - warto! dziękuję za miłe towarzystwo. ale słodzenia tu - fakt - za wiele... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochany Mateuszu.. o co chodzi z tym słodzeniem? Za słodką kawę Wam na Centralnym zaserwowano?;)
      Kto tęskni za czymś gorzkim w życiu... Znajdzie się zawsze zbyt wielu chętnych do wbijania dookoła szpilek, albo i grubych, tępych gwoździ, komu popadnie, najchętniej w plecy.. Co prawda PM szczyci się, że najgrubsze nawet igły wbija i żaden pacjent się nie skarży.. bo można być delikatnym, a jak się chce zadać ból to nawet kolec u róży się nada;)
      Tu nie o słodzenie chodzi, a o spontaniczny, autentyczny zachwyt drugim jestestewem jakże różnym, a przecież bliskim naszym sercom;p:* (ech.. nie zrażam się pamiętając Twoje nauki o PięknychDuszach). Wam słodkości nie zaszkodzą, a jeśli chodź cień uśmiechu zobaczę to zapewniam słoik miodu i worek orzechów;)
      Pozdrawiam i ściskam serdecznie:*

      Usuń
    2. V, jeszcze raz dziękuję! Pamiętaj, że jak nauczę się bilokacji, będę Was nachodził kiedy tylko zechcecie ;) Życie nam nie słodzi, to sami sobie musimy posłodzić. Nie narzekaj :P

      A, mogę się tylko domyślać, jak niełatwo, gdy cukier słodki, ale po zabłoconej ziemi rozsypany, po której mrówki chodzą. Żadna z obskoczonych wiewiórami osób nie ma łatwej przeszłości, ale zachwyca szczęście, do którego pomimo wszystko dążymy. Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. :)Doszliśmy, doszliśmy i cieszę się, że mimo narzucanego tempa nie doszło do przedwczesnych wytrysków.. chociaż ciekawość jak to ten "Seks grupowy.." wyglądać może i cel - zaciągnąć w krzaki mi towarzyszył;*:*:*.. Tymczasem to rude cholery rzuciły się i dostały orzechy, pewnie nie spodziewając się zupełnie, że trafią na PoskramiaczaZwierzątek:D:D
    [Zakładów żadnych nie było. Zresztą jak sam napisałeś - praca zespołowa przyniosła najlepsze rezultaty:D. Jeśli coś za Twoimi plecami miało być to tylko, by chronić TwojeWspaniałeTyły;p. Oddamy jedynie w Najlepsze.. ręce;p:*]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pan Poskramiacz i Jego Trener z orzeszkami w rękach pięknie się prezentowali, nie uważasz? :)

      Na szczęście moich tyłów żadne z Was nie będzie oglądać :P ;)

      Usuń
  5. Niedosyt jest obustronny, czy nawet trój- i cztero-stronny.
    Bardzo doceniam fakt, że i Ty i Vermis z MrU wybraliście się w tak długą podróż, żeby odwiedzić nas, mnie i A., które bardzo chciałyśmy Was poznać bliżej. Ukłony za ten gest :).
    Mimo, że nie zamierzam dalej słodzić powiem Ci, że osobiste poznanie ma ten plus, że teraz rozmawiając z Tobą, czy z Vermisem przez telefon widzę Was przed oczami i wiem, na co mogę sobie pozwolić.
    Naprawdę szkoda, że odległość jest taka spora, ale fajnie, że szukasz kolejnych przyjaźni, znajomości i pogłębiasz więzi rodzinne.
    W moim planie na ten rok raczej już nie ma dłuższych wyjazdów, ale po zakończeniu moich robót chętnie i ja pojadę sobie w różne miejsca i mam nadzieję, że będziemy mogli się w tych miejscach spotkać :)
    pozdrowienia!

    p.s. zdjęcia bardzo ładne Ci wyszły

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jeżdżę nie w miejsca a do Ludzi (z Ludźmi), z którymi czasem mogę te miejsca poznawać... Nawet wtedy w Berlinie, choć niemalże sam, to właśnie niemalże... :)

      Dziękuję, trenuję warsztat fotograficzny ;) Pozdrawiam!

      Usuń
  6. p.s. Mateuszu, może warto zaznaczyć, że sernik był z prawdziwego sera, ale został upieczony przez piekarnię Grzybki, żeby nie wzbudzać aż takich emocji wśród czytelników! :)))
    pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak widać, rozmiar ma znaczenie także w literkach, czy z grzybków, czy z Grzybków :) Potwierdzam, że nie był to ser pleśniowy, tylko autor bloga bawi się nie tylko podtekstami :) Pozdrawiam!

      Usuń
  7. warszawy z tej 'rudej' strony nie znalem :D
    nice, very nice choć brodką popsułeś :P
    nudna i przereklamowana! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przytrafił Ci się żaden rudzielec?!? :P ;) E tam nudna, może przereklamowana, ale zasłużenie :)

      Usuń
    2. przytrafił się a i owszem ale na śląsku więc to chyba się nie liczy? ;)

      Usuń