28.10.2012

Zgorszenie

Po łebkach proszę mnie nie czytać i nie łechtać, bo oboje spuścimy się za szybko na nieprzyzwoite dno ciemnych miejsc, pozostawiając po sobie niemiłe wrażenia, nie zdążywszy poczuć w środku żadnej mocy, a przecież wbrew pozorom nie o to w tym wszystkim chodzi, a wręcz dokładnie odwrotnie, o ile czyta się całość między słowami...

Siewca zgorszenia, który aż do bólu wchodzi za głęboko we wszystkie poruszane tematy, tak naprawdę tylko płynnie ślizgając się po ich zarumienionej powierzchni. Zagubiony w życiu grzesznik, który wielu pięknym Osobom naraz od tyłu ukradkiem odciąga oficjalnie czyste myśli na jedną onieśmieloną i opryskaną po wielokroć twarz zgorszenia.

Chciałbym teraz widzieć Wasze twarze. Tak, tak, tak, te kąciki ust, które niemal stanęły w otworze skrywanego uśmiechu. Otoczonego przez pulsujące policzki, ściekające oparami gorącej śliny wyplutej w trakcie śmiechu.

Czy naprawdę słowa mogą być aż tak twardym mieczem, który wbije się w każdy wąski umysł? Czy wystarczająco lub zbyt dużo zdeprawowałem, by być wysłuchanym?

Serio?

Zniesmaczonych smakiem moich słów przepraszam, można wypluć bez połyku.

Czy to było o mnie? Czy to ma znaczenie, kto jest po obu stronach ekranu? Czy skojarzenia by zaistniały, gdyby nie trafiły na podatny grunt? Czy ja taki jestem, czy taki/taka jesteś Ty, lub moglibyśmy być, tak naprawdę w realu? Czy tego chcemy?

A może jedynie czasem sobie pozwalamy? Może tylko żartujemy, w zawoalowany sposób dowodząc dystansu do samych siebie i świata? Może nie powinniśmy? A może trzeba wiedzieć nie tylko gdzie, kiedy i z kim, ale przede wszystkim, w jaki sposób i po co?

Jeśli za dużo w tym pozornej wytykanej inteligencji, obiecuję poprawę, bo nie o to mi chodziło.


Słowa mają dużą moc, choćby nie były wydrukowane na etykiecie >40% alc/vol.

Słowami i człowiekiem bawić się nie warto. Jedne i drugiego łatwo wykorzystać, skrzywdzić, sprzeniewierzyć. Pomylić z czymś innym, ale wziąć na kredyt, bez możliwości szybszego zwymiotowania. Samemu stać się podartą jednorazówką, którą wiatr hula po śmietniku. Nasze słowa, nasz człowiek. Cudze słowa, inny człowiek. Innych jak siebie, a siebie jak innych.

Niełatwa to sztuka, by rozmawiać z niedoskonałymi ludźmi za pomocą niedoskonałych słów, kiedy samemu jest się niedoskonałym. Kluczem jest jednak szacunek wobec drugiej osoby. I empatyczne zrozumienie niedoskonałości każdego z tych elementów.

Łatwo mówić innym, jak powinni żyć. Oczekiwać, rozliczać, pouczać, potępiać. Bo nasze poglądy są lepsze lub najlepsze, bo nasza nauka i wiara są słuszne, a to Ty nie chcesz się zmienić. Bo Ty wywołujesz zgorszenie, a my takiego Ciebie widzieć i znać nie chcemy. Albo nawet być może my tolerujemy, ale inni nie akceptują, a ponieważ my akceptujemy ich, to nie akceptujemy Ciebie, bo się wychylasz. W ten sposób, choć żeś nasz, toś nie nasz, ani ich.

Owszem, warto czasami pomyśleć, czy i jaki skutek wywołuje nasze zachowanie i nasze słowa, oraz dlaczego nie wychodzą nam i nie oddziałują tak, jak tego oczekiwaliśmy, by wiedzieć potem, czy i jak się odezwać. W obie strony.

Czy aby na pewno to ktoś jest gorszy od nas i to ktoś nie chce naszej prawdy przyjąć? A może to ktoś ma swoje racje, a to my nie słuchamy? A jak stwierdzimy, że przecież słuchaliśmy, to warto się pokornie nawrócić, bo czy na pewno zrozumieliśmy? Serio? Czy zbyt często nie dopowiadamy sobie gotowych odpowiedzi, zamiast po prostu zapytać?

Czy oddziałując na kogoś słowami, określając kogoś jako gorszego, nie jest przypadkiem tak, że dopiero te słowa uczynią kogoś w rzeczywistości takim gorszym, jak go my malujemy, choć wcale taki nie jest? Tylko na zasadzie samospełniającej się przepowiedni, tyle razy komuś coś się wmawia, że potem takim się staje, jak wszyscy dopuszczają, że być powinien?

Zarazem, czy oddziałując na kogoś własnym przykładem, słowami i zachowaniem, nie pozwalamy innym sądzić, że skoro my chcemy i czasem możemy być inni niż od nas oczekuje otoczenie, to również innym wolno więcej, a może wszystko, na innych polach? Czy mówienie o czymś, co dla nielicznych być może faktycznie może wywoływać wstręt, obrzydzenie i odrazę (a kto to sobie wyobraża?), może wywoływać zgorszenie, odciągać od wiary w Człowieka lub wiary w Boga?

Zgorszyć można wieloma rzeczami. Pocałunkiem, trzymaniem się za ręce, randką, widokiem półnagiego ciała na plaży, kawałem z erotycznym podtekstem, zakładaniem tamponu, kupnem prezerwatywy, pocałunkiem z języczkiem, określoną pozycją seksualną, ujawnieniem swojej orientacji, nieślubnym związkiem lub nieślubnym dzieckiem, złamaniem ślubów celibatu, przejechaniem czerwonego światła czy brakiem cierpliwości do własnej rodziny.

Zgorszyć można bez względu na siłę rażenia pełnionych społecznie ról. Tylko czy i kiedy zgorszenie jest uzasadnione? Czy bez podatnego podłoża by nie zachodziło? Czy przypadkiem nie jest łatwo zarzucić zgorszenia, nie pozwalając zaistnieć czemuś dobremu, co dalej po tym następuje? Czy ja już nie mogę w ogóle istnieć, bo może znajdzie się ktoś, kogo samo istnienie niezajętego, wesołego, mądrego, przystojnego i wierzącego geja (być może katolika, na pewno chrześcijanina) też gorszy?



U podstaw mojego grzesznego niedzielnego antykazania, jak prawie w każdym, coś stoi, a jak wiemy, prawie robi różnicę. Na szczęście nie wszystkim, we wszystkim i na wszystkim chodzi o to, żeby cokolwiek stało. Bo stać tak jak my chcemy, to może ileś razy, ale długo na naszym nie postoi.

Historia pierwsza

Pewien młody Człowiek swoje człowieczeństwo i wiarę w Boga oparł o kościelną grupę modlitewną (nie ma znaczenia z jakiego wyznania), która boleśnie odrzuciła Go z powodu Jego homoseksualizmu. Próbuje wciąż wierzyć, ale instytucja złożona z Ludzi uzurpuje sobie prawo do przesłaniania najważniejszych dwóch przykazań oraz Samego Najważniejszego. Wyszło to Im znakomicie, o to przecież chodziło, żeby gejów wypchać poza Kościół. Czyste szeregi w tym wszystkim były najważniejsze, a nie jakiś Pedał. Jeszcze zgorszy swoim istnieniem wszystkim pozostałych i dopiero będzie.

Czy człowiek ten ma prawo być ujawnionym gejem? Czy tamci Ludzie mają prawo totalizować życie jednostki alternatywnym wyborem: albo się wyrzekniesz grzechu, bo my to uważamy za grzech, albo dla nas nie istniejesz? Czy to jest chrześcijaństwo? Która postawa była godna naśladowania? Czy jeśli nasza wizja chrześcijaństwa Tobie nie odpowiada, to czy zabierzemy Ci Twoją? Czy za Twoimi plecami będziemy afirmować siebie uprzedmiotawiając Ciebie jako antyprzykład? Czy Twoje istnienie jest dla nas aż tak gorszące, że nie potrafimy dla Ciebie być poza tym grzechem, nawet jeśli tylko jako grzech chcemy go widzieć?

Historia druga

Pewna troskliwa Kobieta postanowiła nawrócić (nie)pokornego pisarza słów zbyt wielu. Samymi dobrymi chęciami próbowała nadrobić brak argumentacji, nie próbując nawet zrozumieć, co i dlaczego napisano na blogu o darze homoseksualizmu. Bo przecież to Ona wie, czego oczekuje Bóg, bo to ktoś zmienić się nie chce. Nie było tu miejsca na dyskusje, więc każde zranione wycofało się do swojego narożnika. Nie zauważyła tylko, że drugiego zawodnika ściągnęła... spoza ringu. Bo człowiek nawet nie chce przekraczać barierek ringu, bo może blog jest wirtualny, ale istnieje za nim jego prawdziwe życie, poprzez które chce być szczęśliwy i tym szczęściem dzielić się z innymi, a nie zlizywać wiadra pomyj, jakie na niego się wylewa. Bo to nie o to chodzi, by udowadniać i wmawiać swoje racje. Bo życie to nie sala sądowa, na której przegrany oddaje cześć wygranemu.

Kto kogo zgorszył, kto komu odebrać chciał wiarę, a skoro żaden nie chciał, to po co było w ogóle zaczynać? Czy cokolwiek po tym starciu dobrego zostało, skoro tylko jedna strona oczekiwała zmiany? Czy nie lepiej jest spisać protokół rozbieżności i poprzestać na wzajemnym, bezwarunkowym szacunku?

Historia trzecia

Pewien Chłopiec, z czasem młody Mężczyzna, z jakichś powodów upatrzył sobie w niemal rówieśniku obiekt psychicznych prześladowań. Słusznie podejrzewając w nim homoseksualizm, szokował homofobią, poniżającymi i sprośnymi słowami czy gestami, utwierdzając nieśmiałego rówieśnika w tym, że taki być nie chce. Po latach ten drugi coś w życiu osiągnął, a odbijając się od dna depresji, w końcu dorósł do bycia gejem, porzucił przeszłość, uporządkował duszę do życia z darem homoseksualizmu. Dziś nie chce żywić urazy za żadne minione słowa, bo w innych odnalazł swoje przeznaczenie. A co było, no trudno, ale minęło.

Kto w czym gorszy, kto czym kogo gorszy? Kto komu odbiera wiarę w Boga i człowieczeństwo, czy gej chodzący do kościoła, czy dewota wyganiający geja z kościoła, czy zwykły człowiek wierzący a kiepsko praktykujący, postrzegany jako ten lepszy, bo przynajmniej nie-gej?

Historia czwarta

Pewna para Mężczyzn ukrywa swój związek przed światem, nie unikając jednak Kościoła, od którego oczekuje takiej prawomyślności i czystości w sprawie homoseksualnego grzechu, jaką obecnie w Katechizmie deklaruje. Choć z wykonaniem już gorzej, gdy nie tylko we Włoszech pojawiają się księża geje. I nie jest dla Nich problemem zamiatanie sprawy pod dywan tabu, lecz publiczne przyznanie się księdza do tego, że jest gejem. W ten sposób i ja, jako gej uchylający drzwi w szafie dla wybranych (bo za plecami wiedzą swoje), czuję się zrównany z tamtym księdzem gejem. Właśnie za to, że nie udajemy, że nas nie ma. Razem z księdzem gejem dobrowolnie dołączam do zaszczytnego miana gorszycieli.

Czy jakiekolwiek nauczanie może gorszyć? Czy powiedzenie wiernym, że księża też ludzie, też mają orientację hetero- czy homoseksualną, jest już zgorszeniem i samo w sobie odbiera komukolwiek wiarę? Czy -seksualna w nazwie orientacji implikuje uprawianie seksu? Czy bez seksu przestaje się być gejem? Czy tylko o seks w związkach między ludźmi chodzi? Czy dojrzałość emocjonalna i uporządkowanie własnych pragnień i sposobu ich realizacji lub zaniechania, może wywoływać zgorszenie? Czy problemem powinno być ukierunkowanie natury na tę sama płeć, czy też pożytkowanie tego wbrew ślubom celibatu?

Owszem, do księdza geja należy dawanie dalszego świadectwa Jego człowieczeństwa i wiary. Przynajmniej my dwulicowo nie róbmy Mu pod górkę, uważając się za lepszych lub gorszych, bo takich nie ma.

Historia piąta

Pewien mądry Człowiek ma coś ciekawego do powiedzenia, przemyślenia i przedyskutowania z niektórymi Ludźmi w jakimś zakresie podobnymi Jemu. Pomimo odrzucenia przez Kościół, nie wyrzekł się ani orientacji seksualnej, ani otwartości i odwagi do dyskusji, tudzież bronienia innych duchowych wartości. Tymczasem niektóre jego inteligentne słowa trafiają jak groch o ścianę, nawet Jego współbracia w świetle rzucanym przez pryzmat wiary u podstaw pierwszego przymierza grzmią, że przesadza, więc odbiorą mu prawo do odzywania się, bo mówi niewygodne prawdy, które nie są tam mile widziane.

Czy aby na pewno? Może trzeba i taką argumentację poznać, a może nie są niewygodne, a może nie są prawdą? Może nie o to każdemu chodzi? Może każdy zapomina, że po drugiej stronie jest Człowiek? Taki, który sam ma problemy, ale mimo wszystko odpowiednio: jeden mówi, a drugi słucha? Bo przecież nikt nie bije, patrząc jak puchnie.

Historia szósta

Tytułowy bohater Modlitw za Bobby'ego popełnia samobójstwo, gdy odrzucenie przez otoczenie staje się niemożliwe do wytrzymania. Syn nie potrafi pokazać matce, że jej wsparcia potrzebuje ani o co martwić się nie musi. Matka dewotka nie potrafi zrozumieć, że jej oczekiwania wobec syna są niemożliwe i bez względu na to, kto ma rację, powinna była Mu towarzyszyć.

Zgorszenie w Matce wywołał Syn chcący żyć, i w końcu żyjący, z Mężczyzną. Czy jednak to nie Jej postawa wywołała zgorszenie w Nim, że nie mógł przyznać się do wiary w Boga przed własną matką, tylko musiał ją praktykować z dala od Jej oczu, co ostatecznie pozbawiło Jego życie sensu? Czy nie jest tak, że rację mają wszystkie strony, zarówno geje ujawnieni jak i nieujawnieni, tudzież bojący się nieznanego i źle definiowanego pozostali?

Historia siódma

Równie młody bohater Zabiłem moją matkę i jego matka nie potrafią się porozumieć, gdy w czasie młodzieńczego buntu ta nie dostrzega jego problemów, potrzeb i życia, a on nie widzi jej starań, rodzicielskiej miłości i problemów samotnego dorosłego życia.

Czy mówiąc, że kogoś nienawidzimy, naprawdę tak myślimy? A może czasem jest dokładnie odwrotnie, naszym emocjonalnym zaangażowaniem (skrajnie negatywnym) zagłuszamy prawdziwsze uczucie, że wbrew pozorom na kimś nam zależy?

Mógłbym tak jeszcze długo, i wbrew pozorom nie tylko tak, ale już kończę.

Konkluzja

Między nami ludźmi komunikację prowadzimy wprost za pomocą ustnych lub pisanych słów albo niewerbalnych gestów, którym jednak (czy to słowom, czy gestom) każdy nadaje albo przypisuje jakieś swoje własne znaczenie. Każdy ma inny słownik słów i gestów, ustalony w toku dorastania i kształcenia w takim a nie innym otoczeniu. Każdy postrzega słowa i gesty na swój sposób, nie zawsze zgodny z tym, jakie znaczenie postrzega się w innych otoczeniach. Pomiędzy stronami komunikacji tkwią odrębna przeszłość i doświadczenia, powodujące, że inne znaczenie mają słowa lub gesty na wyjściu u nadawcy, a inne na wejściu u adresata. Co więcej, niedoskonałości i zakłóceń z powodu skrótowości, uproszczeń i pośpiechu (przyznać się, ilu przeczytało wszystko powyżej?) doznaje często sam niedoskonały środek komunikacji. Przede wszystkim jednak, zaburzenie w komunikacji powodują emocje. Im silniejsze, tym trudniej prawidłowo się wysłowić, tym trudniej prawidłowo usłyszeć i odczytać, zgodnie z intencjami nadawcy i aktualnymi predyspozycjami odbiorców.

Słowa i gesty mają dużą moc oddziaływania. Deklarowana asertywność kończy się tam, gdzie każdy potrzebuje akceptacji otoczenia, by współistnieć obok, jeśli nie pośród innych ludzi. Ich działanie może przynosić jednostkom i społecznościom wiele dobrego lub złego. Mogą też zgorszyć na wiele sposobów, pytanie tylko, czy muszą i czy są w stanie nadrobić pozorne zło, jakie mogą wyrządzić. Czy jesteśmy otwarci na to, że pomimo zaprezentowania naszej prawdy i sposobu na życie, cudza prawda i sposób na życie będą tak samo równouprawnione, jak nasze?

Czy relatywizm jest przeciwwagą dla totalności absolutnych prawd, w których każdy najchętniej by się odgrodził okopami? Prawd dotyczących sposobu wyznawania wiary, orientacji seksualnej czy moralności, tak konkretniej pisząc? Czy ja muszę mieć rację, ktoś inny musi się mylić, a ja muszę to na każdym kroku podkreślać, żebym mógł praktykować swoje racje? Które racje są tak ważne, aby stosować wobec kogoś powszechny ostracyzm, wykorzystywać władzę państwową do egzekucji kary lub urządzać krucjaty? Czy wszystkie schizmy, wojny, dyskryminacje i totalitaryzmy nas ludzkości jeszcze niczego nie nauczyły?

Czy głośno prezentując własne prawdy, osiągamy jeszcze jakikolwiek skutek tam, gdzie obowiązuje inna prawda? Czy energia, jaką poświęcamy głośnemu sprzeciwianiu się (żeby nie było, że ktoś nam zarzuci, że milcząc wyrażamy zgodę) niepodzielanym prawdom, jest proporcjonalna do efektów, jakie tym osiągamy?

Czy przypadkiem krytykując (każdy odpowiednio niech sobie dobierze, co mu nie pasuje, jakby to wszystko było porównywalne, a przecież nie jest) miłość homoseksualną, dostosowanie płci, in vitro, aborcję, eutanazję, związki i rodziny nieślubne, międzyrasowe, międzywyznaniowe itd., czy aby na pewno nie pozostawiamy po sobie gorszego stanu niż zastany? Serio? Nie widzisz tego?

Czy podejmując się potrzebnej dyskusji, dysponujemy wystarczającą inteligencją i empatią, by nie używać argumentów ad personam? By pamiętać, że jeżeli mówimy o żywych osobach, których to wszystko dotyczy, i w dodatku komunikujemy to tym osobom publicznie, to one mają prawo czuć się dotknięte nie do końca precyzyjnymi słowami, których nie należy przeto upraszczać? Czy argumenty nie mają być prawa wyrywane z teoretyczno-abstrakcyjnego kontekstu w praktyczno-konkretne życie Ludzi z krwi i kości, którymi targają żywe i prawdziwe emocje, którzy również zasługują na godność, pomimo tego, że z pozoru (dla dyskursu) albo faktycznie się z nimi nie zgadzamy?

Czy jeśli nasze słowa nie osiągają zamierzonego celu lub żadnego im nie nadawaliśmy, a jakiś niechciany lub nie do końca przemyślany osiągnęliśmy, to nie powinniśmy w ślad za tym podejmować jakichś działań naprawczych i korygujących? Mówić inaczej, albo zrezygnować, jeśli nie potrafimy?

Jaki jest w ogóle cel dyskusji, jeśli nie może się skończyć żadnym wnioskiem, albo po ustaleniu wzajemnych rozbieżności, każda ze stron pozostaje przy swoim? Moim zdaniem, wartością dodaną takiej rozmowy jest wzajemne zrozumienie, szacunek i zdolność do pokojowego współistnienia pośród siebie, bez nienawiści i irracjonalnego strachu przed nieznanym.

Nie rzecz bowiem, by milczeć, ani krzyczeć, ani by oczekiwać jednego lub drugiego, ani każdemu wytykać najczulsze punkty, lecz by wzajemnie siebie nie gorszyć. Nie odbierać wszystkiego (wiary, godności człowieka) tylko dlatego, że rzekomo moja prawda Tobie nie pozwala czegoś mieć. Nie pozbawiać prawa do bycia członkiem społeczności, gdy kamienie w rękach mają wszyscy.

Na zaliczenie wykładu panie otrzymują czwórki, panów po zaliczenie proszę na priv ;)


Gerardo Pulli, Sei z albumu o tym samym tytule, 2012

15 komentarzy:

  1. [Ja na czwórkę się nie godzę (a co ambitną trza być;P). Czy mogę prosić o zorganizowanie mi oddzielnego egzaminu, tak tylko dla mnie?;*(pamiętasz, że ja wszystkie zaliczałam ustnie?;p]
    Tak serio.. Rozumiem, szanuję i cenię Cię za mądrości, które zgrabnie, inteligentnie i dowcipnie zebrałeś w dzisiejszym wykładzie. I obawiam się, że niewiele osób spotkałam, takich z powołaniem do zmieniania innych, którzy by to pojęli:(.. Nic nie dociera, nawet prośby o litość, czy desperackie stwierdzenie, że nawet gdyby chcieli mordować to i tak nie zmienią mnie na swoją "modłę". Skazują na życie outsidera i ostatecznie by zachować resztki godności można opowiadać, że się samemu takiego wyboru dokonało.. Pozostaje nauczyć się zakładać odpowiednie maski, przybierać pozy, zachować pozory, wstrzemięźliwość, posługiwać się półprawdami, albo po prostu milczeć:/.. Nie, masz rację, nie warto się poddawać;)
    Trudną drogę Mateuszu wybrałeś, ale nie dawaj się:*.. a Pani już podziękujemy, oczywiście bardzo ją kochamy, choć zdecydowanie inaczej niż Ona nas;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do oceny ;), pozostaję niewzruszony urokami, pozostawiając je w teorii dla większości panów w tym kraju ;) a w praktyce dla jednego PM.

      Jeszcze zanim zaakceptowałem siebie, już od długiego czasu wiedziałem, że co jak co, ale nudnego życia to mi Pan Bóg nie przygotował. Tylko wtedy nie wiedziałem, że w tej chwili będę pisał niniejsze słowa pod komentarzem Twojej poznanej Osoby na takim blogu mojego skromnego autorstwa. O tak, będzie ciekawe.

      Usuń
  2. Nie potrafię bulwersować... Można coś zaradzić?

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja konkluzja jest jednoznaczna: Polska i Polacy nie dojrzeli jeszcze do zycia wrod gejow. Wszystkie te Matki moze predzej zaakceptowalyby homoseksualizm swoich dzieci, ktore w koncu kochaja, gdyby nie to, co srodowisko powie.
    Tak jest z wiekszoscia, ktora ma dosyc wybrykow zaklamanago kleru. Najchetniej odseparowaliby sie od kosciola, tylko co ludzie powiedza? Geje natomiast chetnie uczestniczyliby w zyciu kosciola, skoro sa gleboko wierzacy, tylko ci ludzie, ci ksieza, ktorzy sami bedac niedoskonalymi i grzesznymi, tal latwo rzucaja w nich kamieniem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uśmiecham się na Twój komentarz :D bo cały czas wszyscy żyjemy wśród gejów :) może tylko z małą zmianą proporcji, bo nas jest gejów mniej (żeby nie zabrzmiało odwrotnie). Myślę, że jako społeczeństwo już dojrzeliśmy, tylko jako geje nie znajdujemy dość odwagi, by być żywym świadectwem pośród ludzi. I w sumie, rozumiem wszystkich obawiających się, że ludzie coś mówią.

      Różne są życiowe postawy, jedni nie wierzą, drudzy poszukują, trzecim wydaje się że wierzą, czwarci wierzą głęboko. Jak widać, bez względu na te szczegóły, na które nie mam wpływu.

      Usuń
  4. W pierwszym odruchu, cisną mi się na usta słowa irlandzkiego outsidera, dramaturg a i prozaika… „Teraz, gdy już nauczyliśmy się latać w powietrzu jak ptaki, pływać pod wodą jak ryby, brakuje nam tylko jednego: nauczyć się żyć na ziemi jak ludzie”. Jakież proste i banalne w swoim założeniu. Dlaczego jednak tak trudne w realizacji dla wielu ? Dlaczego ? Być może dlatego, że człowiek jest wielki w rzeczach krańcowych, a światu brak zwykłej, przeciętnej dobroci.

    atka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Światu brak takiej prostej myśli: chcę być lepszy/a dla ludzi wokół. Łatwiej wrzucić złotówkę do skarbonki niż uśmiechnąć się do bliskich, bo na zbiórce chcą coś od nas tylko przez chwilę, a nie daj Boże jakiś krewny/znajomy też będzie od nas coś chciał?

      PS. Dziękuję i zapraszam ponownie!

      Usuń
    2. Wiesz tak sobie myślę…. często ludzie nas otaczający notorycznie narzekają, jaki ten kraj jest chory, bezduszny i nietolerancyjny. Tak to prawda, ale czasami niektórzy mogli by się zastanowić, że to my ludzie w nim mieszkający i żyjący stanowimy jego jestestwo , to nasza nikczemność , zobojętnienie i hipokryzja go tworzy. Zamykamy oczy na grozę, na piekło, zamykamy uszy na wołanie o pomoc, a przecież na czynienie dobra mamy tak mało czasu. Jak pisał Pan Prus „ w każdym mieszka i dobro, i zło, i tylko to drugie jest aktywne” – czy tak musi być? Czy nie lepiej byłoby hołdować dobru. Po cóż żyjemy , jeśli nie po to, by życie czynić łatwiejszym dla siebie nawzajem. O spotkanie na swojej drodze bliźniego mającego w sercu te ostatnie wartości, zawsze warto walczyć.

      atka

      Usuń
    3. Wygodnie zarzucić komuś coś, co nam się nie podoba, nie dostrzegając, że sami nie lepsi jesteśmy. O Ludzi, dla których i w których znajdujemy dobre wartości, warto walczyć, masz rację.

      Usuń
  5. W pierwszym odruchu po przeczytaniu wpisu miałam ochotę usunąć Twój blog z listy obserwowanych. Przecież można pisać dwuznacznie, nie budząc skojarzeń z gwałtem na czytelniku. Chcesz w ten sposób okazać brak szacunku do potencjalnego odbiorcy?

    OdpowiedzUsuń
  6. W ramach uzupełnienia mojego poprzedniego komentarza oraz wyjaśnienia, dlaczego nadal "obserwuję" Twój blog:
    Biorąc pod uwagę Twoje poprzednie wpisy, jestem skłonna posądzać Cię o ponadprzeciętną inteligencję. Zaserwowałeś komuś wirtualną terapię "wstrząsową" lub odreagowujesz własną traumę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odsądzają mnie o wszystko, więc mnie to nie rusza, czym zbyt święty, czy zbyt zboczony, bo każdy wie lepiej ode mnie.

      Usuń
    2. Ja nie wiem i dlatego pytam, ale widzę, żem niegodna odpowiedzi. (ups, znowu osąd kierowany emocjami i subiektywną interpretacją cudzych słów)

      Usuń
    3. Pomimo słów „Zgorszenia” zachowuję szacunek do każdego Odbiorcy, ale koncepcja przewidywała różny rozsiew zrozumienia. Nie wszystkim dane zrozumieć sens wszystkiego. Nie każde pytanie ma odpowiedź.

      Wciąż krążysz, przestań, uwolnij się wreszcie i nie krzywdź przy tym nikogo.

      Usuń
    4. Nie mogłabym nikogo skrzywdzić

      Usuń