Znajomi chcieli mnie wyciągnąć na jakieś przyjęcie na Halloween dzisiaj, ale nie poszedłem :/
Już nawet byłem gotów iść tam, mimo głośnej zapowiedzi obecności trzech nadmiarowych singielek, choć raczej unikam prowokowania niepotrzebnych sytuacji, których domyślą się nieliczni. Chciałem iść, choć nie dopracowałem planów jutrzejszych i pojutrzejszych spotkań na podwójne ;) święto. I nie, nie złapałem jeszcze przeziębienia. Ani nawet brak charakteryzacji na twarzy czy odpowiedniego przebrania mi nie przeszkodził.
Opuszczając szafę i schodząc z wagi, po prostu zapomniałem przeskoczyć kilka rozmiarówek, kupując także jakiekolwiek ciemne ubrania z długim rękawem. Najnormalniej w świecie, nie mam w co się ubrać. Łatwo powiedzieć, że wystarczy bym włożył czarny sweter i czarne spodnie... Najpierw trzeba je mieć! Może to tylko wymówka? Sam nie wiem. Chyba będę musiał odkupić się dużą ilością cukierków :P
Dopiero teraz sobie uświadamiam, ile mnie w życiu kiedyś mijało. Nie chcę, by dalej mijało, choć czuję niemałą konsternację, że chyba powinienem był stać się dla pozoru... szowinistą, inaczej Baby mnie zjedzą :P a ja Facetowi coś chcę zostawić...
Kolejna Kobieta w pracy próbowała niby to naturalnie, niby niechcący wydobyć, tym razem przynajmniej ze mnie, a nie za moimi plecami, czy na wigilię w grudniu „zaproszę jakąś babę, bo chyba nie chłopa?”. Kilka razy krążyła wokół płci żeńskiej, widząc mój brak zwiększonego zainteresowania, więc mogę przypuszczać, że pytanie nie było o wigilię, tylko o płeć. A że owa Pani dysponuje nie tylko sympatycznym tupetem, bezczelnością i wścibstwem, ale i głupotą też nie grzeszy, to pewnie chwila ciszy oraz obejście tematu dały jej pole do dalszych, tym razem już bardziej śmiałych domysłów. Na pewno musiała dostrzec, że nie ustosunkowałem się do „baby czy chłopa”.
Czy już rozumiecie, gdy mówię, że bzdurą jest to, że moja orientacja seksualna to moja prywatna sprawa? Musiałbym się odizolować od Ludzi, jak to (na szczęście nieskutecznie) robiłem kiedyś.
Owszem, póki będę mógł, nie mam potrzeby wychodzenia z taką informacją wszystkim wokół. Ale w końcu zdarzą się takie sytuacje, że mi się nie będzie chciało udawać tego, co niektórzy się domyślają lub wiedzą, tylko obie strony perfidnie udają, że niby nie ma nic na rzeczy. Na szczęście, nie zajmuje to już moich myśli.
Prawda jest taka, że daleko mi do wulgarności, o którą można mnie posądzać po ostatnim wpisie. Nawet poprzez własne pokorne zgorszenie można dostrzegać, pamiętać i walczyć o godność i szacunek dla Człowieka, pomimo różnego definiowania, rozumienia i postrzegania ludzi, prawd, słów i gestów. Choć łatwo mnie wyrwać z kontekstu i wziąć za kogoś innego, niż jestem, bo przecież to tylko fragmenty nas samych.
Dla ilu z Was jestem człowiekiem? Ilu z Was nie potrzebuje myśleć o mnie przez pryzmat pełnionych ról społecznych, posiadanych dyplomów, zawodowych i prywatnych osiągnięć, życia seksualnego, popełnianych błędów, poszukiwanych cech, wyglądu, słów wypowiedzianych lub niewypowiedzianych, oczekiwanych lub niechcianych, zbyt czystych i pięknych albo zbyt gorszących? Komu niepotrzebne wszystkie etykietki, bo liczy się tylko jakim się jest, próbuje lub chce się być człowiekiem?
Te pytania mógłbym zadać tu wirtualnie, ale i ludziom w realu.
Wiem, że tak daleko wzrok nie sięga, bo ściągają go bliższe ciału jego części. Jednych motywuje to do bycia lepszymi dla ludzi, inni pozostawiają po sobie tylko niesmak.
Czy jest coś moralnie złego w tym,
że jakiś byt (istota żywa lub rzecz) komuś się podoba, wywołuje
pozytywne emocje na widok, dźwięk, zapach, samą myśl? Sprawia, że dusza się raduje i chce żyć? Czy moralnie złe jest samo odczuwanie, że cudze ciało jest atrakcyjne? Czy takim jest też poczucie atrakcyjności ciała tej samej płci? Jakiejś jego części? Jakiejś części osobowości?
Są ludzie i miejsca, z którymi i w których czujemy się dobrze. Dla których chcemy się zmieniać na lepsze i z czasem nam się to udaje.
Czasami takich ludzi brakuje. Innym razem, nim jacyś ludzie znikną, krzywdzą i na długo pozostawiają złe piętno na naszym życiu. Potem trudno znów zaufać drugiemu człowiekowi. Aż w końcu zjawia się taki, który przypomina nam, dla kogo i dla jakich chwil żyjemy.
Po łebkach proszę mnie nie czytać i nie łechtać, bo oboje spuścimy się za szybko na nieprzyzwoite dno ciemnych miejsc, pozostawiając po sobie niemiłe wrażenia, nie zdążywszy poczuć w środku żadnej mocy, a przecież wbrew pozorom nie o to w tym wszystkim chodzi, a wręcz dokładnie odwrotnie, o ile czyta się całość między słowami...
Siewca zgorszenia, który aż do bólu wchodzi za głęboko we wszystkie poruszane tematy, tak naprawdę tylko płynnie ślizgając się po ich zarumienionej powierzchni. Zagubiony w życiu grzesznik, który wielu pięknym Osobom naraz od tyłu ukradkiem odciąga oficjalnie czyste myśli na jedną onieśmieloną i opryskaną po wielokroć twarz zgorszenia.
Chciałbym teraz widzieć Wasze twarze. Tak, tak, tak, te kąciki ust, które niemal stanęły w otworze skrywanego uśmiechu. Otoczonego przez pulsujące policzki, ściekające oparami gorącej śliny wyplutej w trakcie śmiechu.
Czy naprawdę słowa mogą być aż tak twardym mieczem, który wbije się w każdy wąski umysł? Czy wystarczająco lub zbyt dużo zdeprawowałem, by być wysłuchanym?
Serio?
Zniesmaczonych smakiem moich słów przepraszam, można wypluć bez połyku.
Czy to było o mnie? Czy to ma znaczenie, kto jest po obu stronach ekranu? Czy skojarzenia by zaistniały, gdyby nie trafiły na podatny grunt? Czy ja taki jestem, czy taki/taka jesteś Ty, lub moglibyśmy być, tak naprawdę w realu? Czy tego chcemy?
A może jedynie czasem sobie pozwalamy? Może tylko żartujemy, w zawoalowany sposób dowodząc dystansu do samych siebie i świata? Może nie powinniśmy? A może trzeba wiedzieć nie tylko gdzie, kiedy i z kim, ale przede wszystkim, w jaki sposób i po co?
Jeśli za dużo w tym pozornej wytykanej inteligencji, obiecuję poprawę, bo nie o to mi chodziło.
Słowa mają dużą moc, choćby nie były wydrukowane na etykiecie >40% alc/vol.
Słowami i człowiekiem bawić się nie warto. Jedne i drugiego łatwo wykorzystać, skrzywdzić, sprzeniewierzyć. Pomylić z czymś innym, ale wziąć na kredyt, bez możliwości szybszego zwymiotowania. Samemu stać się podartą jednorazówką, którą wiatr hula po śmietniku. Nasze słowa, nasz człowiek. Cudze słowa, inny człowiek. Innych jak siebie, a siebie jak innych.
Niełatwa to sztuka, by rozmawiać z niedoskonałymi ludźmi za pomocą niedoskonałych słów, kiedy samemu jest się niedoskonałym. Kluczem jest jednak szacunek wobec drugiej osoby. I empatyczne zrozumienie niedoskonałości każdego z tych elementów.
Łatwo mówić innym, jak powinni żyć. Oczekiwać, rozliczać, pouczać, potępiać. Bo nasze poglądy są lepsze lub najlepsze, bo nasza nauka i wiara są słuszne, a to Ty nie chcesz się zmienić. Bo Ty wywołujesz zgorszenie, a my takiego Ciebie widzieć i znać nie chcemy. Albo nawet być może my tolerujemy, ale inni nie akceptują, a ponieważ my akceptujemy ich, to nie akceptujemy Ciebie, bo się wychylasz. W ten sposób, choć żeś nasz, toś nie nasz, ani ich.
Owszem, warto czasami pomyśleć, czy i jaki skutek wywołuje nasze zachowanie i nasze słowa, oraz dlaczego nie wychodzą nam i nie oddziałują tak, jak tego oczekiwaliśmy, by wiedzieć potem, czy i jak się odezwać. W obie strony.
Czy aby na pewno to ktoś jest gorszy od nas i to ktoś nie chce naszej prawdy przyjąć? A może to ktoś ma swoje racje, a to my nie słuchamy? A jak stwierdzimy, że przecież słuchaliśmy, to warto się pokornie nawrócić, bo czy na pewno zrozumieliśmy? Serio? Czy zbyt często nie dopowiadamy sobie gotowych odpowiedzi, zamiast po prostu zapytać?
Czy oddziałując na kogoś słowami, określając kogoś jako gorszego, nie jest przypadkiem tak, że dopiero te słowa uczynią kogoś w rzeczywistości takim gorszym, jak go my malujemy, choć wcale taki nie jest? Tylko na zasadzie samospełniającej się przepowiedni, tyle razy komuś coś się wmawia, że potem takim się staje, jak wszyscy dopuszczają, że być powinien?
Zarazem, czy oddziałując na kogoś własnym przykładem, słowami i zachowaniem, nie pozwalamy innym sądzić, że skoro my chcemy i czasem możemy być inni niż od nas oczekuje otoczenie, to również innym wolno więcej, a może wszystko, na innych polach? Czy mówienie o czymś, co dla nielicznych być może faktycznie może wywoływać wstręt, obrzydzenie i odrazę (a kto to sobie wyobraża?), może wywoływać zgorszenie, odciągać od wiary w Człowieka lub wiary w Boga?
Zgorszyć można wieloma rzeczami. Pocałunkiem, trzymaniem się za ręce, randką, widokiem półnagiego ciała na plaży, kawałem z erotycznym podtekstem, zakładaniem tamponu, kupnem prezerwatywy, pocałunkiem z języczkiem, określoną pozycją seksualną, ujawnieniem swojej orientacji, nieślubnym związkiem lub nieślubnym dzieckiem, złamaniem ślubów celibatu, przejechaniem czerwonego światła czy brakiem cierpliwości do własnej rodziny.
Zgorszyć można bez względu na siłę rażenia pełnionych społecznie ról. Tylko czy i kiedy zgorszenie jest uzasadnione? Czy bez podatnego podłoża by nie zachodziło? Czy przypadkiem nie jest łatwo zarzucić zgorszenia, nie pozwalając zaistnieć czemuś dobremu, co dalej po tym następuje? Czy ja już nie mogę w ogóle istnieć, bo może znajdzie się ktoś, kogo samo istnienie niezajętego, wesołego, mądrego, przystojnego i wierzącego geja (być może katolika, na pewno chrześcijanina) też gorszy?
U podstaw mojego grzesznego niedzielnego antykazania, jak prawie w każdym, coś stoi, a jak wiemy, prawie robi różnicę. Na szczęście nie wszystkim, we wszystkim i na wszystkim chodzi o to, żeby cokolwiek stało. Bo stać tak jak my chcemy, to może ileś razy, ale długo na naszym nie postoi.
Historia pierwsza
Pewien młody Człowiek swoje człowieczeństwo i wiarę w Boga oparł o kościelną grupę modlitewną (nie ma znaczenia z jakiego wyznania), która boleśnie odrzuciła Go z powodu Jego homoseksualizmu. Próbuje wciąż wierzyć, ale instytucja złożona z Ludzi uzurpuje sobie prawo do przesłaniania najważniejszych dwóch przykazań oraz Samego Najważniejszego. Wyszło to Im znakomicie, o to przecież chodziło, żeby gejów wypchać poza Kościół. Czyste szeregi w tym wszystkim były najważniejsze, a nie jakiś Pedał. Jeszcze zgorszy swoim istnieniem wszystkim pozostałych i dopiero będzie.
Czy człowiek ten ma prawo być ujawnionym gejem? Czy tamci Ludzie mają prawo totalizować życie jednostki alternatywnym wyborem: albo się wyrzekniesz grzechu, bo my to uważamy za grzech, albo dla nas nie istniejesz? Czy to jest chrześcijaństwo? Która postawa była godna naśladowania? Czy jeśli nasza wizja chrześcijaństwa Tobie nie odpowiada, to czy zabierzemy Ci Twoją? Czy za Twoimi plecami będziemy afirmować siebie uprzedmiotawiając Ciebie jako antyprzykład? Czy Twoje istnienie jest dla nas aż tak gorszące, że nie potrafimy dla Ciebie być poza tym grzechem, nawet jeśli tylko jako grzech chcemy go widzieć?
Historia druga
Pewna troskliwa Kobieta postanowiła nawrócić (nie)pokornego pisarza słów zbyt wielu. Samymi dobrymi chęciami próbowała nadrobić brak argumentacji, nie próbując nawet zrozumieć, co i dlaczego napisano na blogu o darze homoseksualizmu. Bo przecież to Ona wie, czego oczekuje Bóg, bo to ktoś zmienić się nie chce. Nie było tu miejsca na dyskusje, więc każde zranione wycofało się do swojego narożnika. Nie zauważyła tylko, że drugiego zawodnika ściągnęła... spoza ringu. Bo człowiek nawet nie chce przekraczać barierek ringu, bo może blog jest wirtualny, ale istnieje za nim jego prawdziwe życie, poprzez które chce być szczęśliwy i tym szczęściem dzielić się z innymi, a nie zlizywać wiadra pomyj, jakie na niego się wylewa. Bo to nie o to chodzi, by udowadniać i wmawiać swoje racje. Bo życie to nie sala sądowa, na której przegrany oddaje cześć wygranemu.
Kto kogo zgorszył, kto komu odebrać chciał wiarę, a skoro żaden nie chciał, to po co było w ogóle zaczynać? Czy cokolwiek po tym starciu dobrego zostało, skoro tylko jedna strona oczekiwała zmiany? Czy nie lepiej jest spisać protokół rozbieżności i poprzestać na wzajemnym, bezwarunkowym szacunku?
Historia trzecia
Pewien Chłopiec, z czasem młody Mężczyzna, z jakichś powodów upatrzył sobie w niemal rówieśniku obiekt psychicznych prześladowań. Słusznie podejrzewając w nim homoseksualizm, szokował homofobią, poniżającymi i sprośnymi słowami czy gestami, utwierdzając nieśmiałego rówieśnika w tym, że taki być nie chce. Po latach ten drugi coś w życiu osiągnął, a odbijając się od dna depresji, w końcu dorósł do bycia gejem, porzucił przeszłość, uporządkował duszę do życia z darem homoseksualizmu. Dziś nie chce żywić urazy za żadne minione słowa, bo w innych odnalazł swoje przeznaczenie. A co było, no trudno, ale minęło.
Kto w czym gorszy, kto czym kogo gorszy? Kto komu odbiera wiarę w Boga i człowieczeństwo, czy gej chodzący do kościoła, czy dewota wyganiający geja z kościoła, czy zwykły człowiek wierzący a kiepsko praktykujący, postrzegany jako ten lepszy, bo przynajmniej nie-gej?
Historia czwarta
Pewna para Mężczyzn ukrywa swój związek przed światem, nie unikając jednak Kościoła, od którego oczekuje takiej prawomyślności i czystości w sprawie homoseksualnego grzechu, jaką obecnie w Katechizmie deklaruje. Choć z wykonaniem już gorzej, gdy nie tylko we Włoszech pojawiają się księża geje. I nie jest dla Nich problemem zamiatanie sprawy pod dywan tabu, lecz publiczne przyznanie się księdza do tego, że jest gejem. W ten sposób i ja, jako gej uchylający drzwi w szafie dla wybranych (bo za plecami wiedzą swoje), czuję się zrównany z tamtym księdzem gejem. Właśnie za to, że nie udajemy, że nas nie ma. Razem z księdzem gejem dobrowolnie dołączam do zaszczytnego miana gorszycieli.
Czy jakiekolwiek nauczanie może gorszyć? Czy powiedzenie wiernym, że księża też ludzie, też mają orientację hetero- czy homoseksualną, jest już zgorszeniem i samo w sobie odbiera komukolwiek wiarę? Czy -seksualna w nazwie orientacji implikuje uprawianie seksu? Czy bez seksu przestaje się być gejem? Czy tylko o seks w związkach między ludźmi chodzi? Czy dojrzałość emocjonalna i uporządkowanie własnych pragnień i sposobu ich realizacji lub zaniechania, może wywoływać zgorszenie? Czy problemem powinno być ukierunkowanie natury na tę sama płeć, czy też pożytkowanie tego wbrew ślubom celibatu?
Owszem, do księdza geja należy dawanie dalszego świadectwa Jego człowieczeństwa i wiary. Przynajmniej my dwulicowo nie róbmy Mu pod górkę, uważając się za lepszych lub gorszych, bo takich nie ma.
Historia piąta
Pewien mądry Człowiek ma coś ciekawego do powiedzenia, przemyślenia i przedyskutowania z niektórymi Ludźmi w jakimś zakresie podobnymi Jemu. Pomimo odrzucenia przez Kościół, nie wyrzekł się ani orientacji seksualnej, ani otwartości i odwagi do dyskusji, tudzież bronienia innych duchowych wartości. Tymczasem niektóre jego inteligentne słowa trafiają jak groch o ścianę, nawet Jego współbracia w świetle rzucanym przez pryzmat wiary u podstaw pierwszego przymierza grzmią, że przesadza, więc odbiorą mu prawo do odzywania się, bo mówi niewygodne prawdy, które nie są tam mile widziane.
Czy aby na pewno? Może trzeba i taką argumentację poznać, a może nie są niewygodne, a może nie są prawdą? Może nie o to każdemu chodzi? Może każdy zapomina, że po drugiej stronie jest Człowiek? Taki, który sam ma problemy, ale mimo wszystko odpowiednio: jeden mówi, a drugi słucha? Bo przecież nikt nie bije, patrząc jak puchnie.
Historia szósta
Tytułowy bohater Modlitw za Bobby'ego popełnia samobójstwo, gdy odrzucenie przez otoczenie staje się niemożliwe do wytrzymania. Syn nie potrafi pokazać matce, że jej wsparcia potrzebuje ani o co martwić się nie musi. Matka dewotka nie potrafi zrozumieć, że jej oczekiwania wobec syna są niemożliwe i bez względu na to, kto ma rację, powinna była Mu towarzyszyć.
Zgorszenie w Matce wywołał Syn chcący żyć, i w końcu żyjący, z Mężczyzną. Czy jednak to nie Jej postawa wywołała zgorszenie w Nim, że nie mógł przyznać się do wiary w Boga przed własną matką, tylko musiał ją praktykować z dala od Jej oczu, co ostatecznie pozbawiło Jego życie sensu? Czy nie jest tak, że rację mają wszystkie strony, zarówno geje ujawnieni jak i nieujawnieni, tudzież bojący się nieznanego i źle definiowanego pozostali?
Historia siódma
Równie młody bohater Zabiłem moją matkę i jego matka nie potrafią się porozumieć, gdy w czasie młodzieńczego buntu ta nie dostrzega jego problemów, potrzeb i życia, a on nie widzi jej starań, rodzicielskiej miłości i problemów samotnego dorosłego życia.
Czy mówiąc, że kogoś nienawidzimy, naprawdę tak myślimy? A może czasem jest dokładnie odwrotnie, naszym emocjonalnym zaangażowaniem (skrajnie negatywnym) zagłuszamy prawdziwsze uczucie, że wbrew pozorom na kimś nam zależy?
Mógłbym tak jeszcze długo, i wbrew pozorom nie tylko tak, ale już kończę.
Konkluzja
Między nami ludźmi komunikację prowadzimy wprost za pomocą ustnych lub pisanych słów albo niewerbalnych gestów, którym jednak (czy to słowom, czy gestom) każdy nadaje albo przypisuje jakieś swoje własne znaczenie. Każdy ma inny słownik słów i gestów, ustalony w toku dorastania i kształcenia w takim a nie innym otoczeniu. Każdy postrzega słowa i gesty na swój sposób, nie zawsze zgodny z tym, jakie znaczenie postrzega się w innych otoczeniach. Pomiędzy stronami komunikacji tkwią odrębna przeszłość i doświadczenia, powodujące, że inne znaczenie mają słowa lub gesty na wyjściu u nadawcy, a inne na wejściu u adresata. Co więcej, niedoskonałości i zakłóceń z powodu skrótowości, uproszczeń i pośpiechu (przyznać się, ilu przeczytało wszystko powyżej?) doznaje często sam niedoskonały środek komunikacji. Przede wszystkim jednak, zaburzenie w komunikacji powodują emocje. Im silniejsze, tym trudniej prawidłowo się wysłowić, tym trudniej prawidłowo usłyszeć i odczytać, zgodnie z intencjami nadawcy i aktualnymi predyspozycjami odbiorców.
Słowa i gesty mają dużą moc oddziaływania. Deklarowana asertywność kończy się tam, gdzie każdy potrzebuje akceptacji otoczenia, by współistnieć obok, jeśli nie pośród innych ludzi. Ich działanie może przynosić jednostkom i społecznościom wiele dobrego lub złego. Mogą też zgorszyć na wiele sposobów, pytanie tylko, czy muszą i czy są w stanie nadrobić pozorne zło, jakie mogą wyrządzić. Czy jesteśmy otwarci na to, że pomimo zaprezentowania naszej prawdy i sposobu na życie, cudza prawda i sposób na życie będą tak samo równouprawnione, jak nasze?
Czy relatywizm jest przeciwwagą dla totalności absolutnych prawd, w których każdy najchętniej by się odgrodził okopami? Prawd dotyczących sposobu wyznawania wiary, orientacji seksualnej czy moralności, tak konkretniej pisząc? Czy ja muszę mieć rację, ktoś inny musi się mylić, a ja muszę to na każdym kroku podkreślać, żebym mógł praktykować swoje racje? Które racje są tak ważne, aby stosować wobec kogoś powszechny ostracyzm, wykorzystywać władzę państwową do egzekucji kary lub urządzać krucjaty? Czy wszystkie schizmy, wojny, dyskryminacje i totalitaryzmy nas ludzkości jeszcze niczego nie nauczyły?
Czy głośno prezentując własne prawdy, osiągamy jeszcze jakikolwiek skutek tam, gdzie obowiązuje inna prawda? Czy energia, jaką poświęcamy głośnemu sprzeciwianiu się (żeby nie było, że ktoś nam zarzuci, że milcząc wyrażamy zgodę) niepodzielanym prawdom, jest proporcjonalna do efektów, jakie tym osiągamy?
Czy przypadkiem krytykując (każdy odpowiednio niech sobie dobierze, co mu nie pasuje, jakby to wszystko było porównywalne, a przecież nie jest) miłość homoseksualną, dostosowanie płci, in vitro, aborcję, eutanazję, związki i rodziny nieślubne, międzyrasowe, międzywyznaniowe itd., czy aby na pewno nie pozostawiamy po sobie gorszego stanu niż zastany? Serio? Nie widzisz tego?
Czy podejmując się potrzebnej dyskusji, dysponujemy wystarczającą inteligencją i empatią, by nie używać argumentów ad personam? By pamiętać, że jeżeli mówimy o żywych osobach, których to wszystko dotyczy, i w dodatku komunikujemy to tym osobom publicznie, to one mają prawo czuć się dotknięte nie do końca precyzyjnymi słowami, których nie należy przeto upraszczać? Czy argumenty nie mają być prawa wyrywane z teoretyczno-abstrakcyjnego kontekstu w praktyczno-konkretne życie Ludzi z krwi i kości, którymi targają żywe i prawdziwe emocje, którzy również zasługują na godność, pomimo tego, że z pozoru (dla dyskursu) albo faktycznie się z nimi nie zgadzamy?
Czy jeśli nasze słowa nie osiągają zamierzonego celu lub żadnego im nie nadawaliśmy, a jakiś niechciany lub nie do końca przemyślany osiągnęliśmy, to nie powinniśmy w ślad za tym podejmować jakichś działań naprawczych i korygujących? Mówić inaczej, albo zrezygnować, jeśli nie potrafimy?
Jaki jest w ogóle cel dyskusji, jeśli nie może się skończyć żadnym wnioskiem,
albo po ustaleniu wzajemnych rozbieżności, każda ze stron pozostaje przy
swoim? Moim zdaniem, wartością dodaną takiej rozmowy jest wzajemne
zrozumienie, szacunek i zdolność do pokojowego współistnienia pośród
siebie, bez nienawiści i irracjonalnego strachu przed nieznanym.
Nie rzecz bowiem, by milczeć, ani krzyczeć, ani by oczekiwać jednego lub drugiego, ani każdemu wytykać najczulsze punkty, lecz by wzajemnie siebie nie gorszyć. Nie odbierać wszystkiego (wiary, godności człowieka) tylko dlatego, że rzekomo moja prawda Tobie nie pozwala czegoś mieć. Nie pozbawiać prawa do bycia członkiem społeczności, gdy kamienie w rękach mają wszyscy.
Na zaliczenie wykładu panie otrzymują czwórki, panów po zaliczenie proszę na priv ;)
Gerardo Pulli, Sei z albumu o tym samym tytule, 2012