2012-10-20

Varsovie

A ja jak zwykle spóźniony, bo wszyscy zdążyli już odblogować i odkomentować pamiętny poniedziałek, tylko nie ja... Pocieszam się, że ostatni bywają pierwszymi ;)

Tymczasem cofnijmy się dwa tygodnie wstecz... Może ostatnio znajduję mniej czasu na blogosferę, ale że Vermis nie pierwszy raz chciał się wymigać przed zasłużonym(!!!) wyróżnieniem oraz że spiknął sobie Agatę i Iw-nową na oprowadzanie w Warszawie, to wiedziałem zawczasu.

Nie wiedziałem natomiast, że niewinnie rzucony za moimi plecami żart i zakład (ja Wam dam... ;) tak za moimi plecami, bez mojej zgody... tam to się inne rzeczy mogą dziać, ale nie takie :P żartuję :*) spełni się w realu, bo spontanicznie (ha, troszkę za radą Mr_Unknown’a) przystałem na propozycję bycia skromną częścią tej pięknej historii w Warszawie, choć moja podróż trwała dłużej niż wspólne spędzone chwile. I nie wiem, co bardziej zdziwiło mojego Ojca i kilka Osób w pracy: termin spotkania (jechać do Warszawy na poniedziałek, a nie na weekend?!? a we wtorek z powrotem do pracy?!? co lub kto może być takie ważne?!?), czy fakt, że zapytany bez ogródek odpowiadałem, że jadę poznać kilkoro wspaniałych Ludzi, zaprzyjaźnionych blogerów poznanych przez internet. Samo podróżowanie może już nikogo nawet nie dziwi.

W ostatnim czasie trochę się najeździłem po Rodzinie (wcale nie walcem) w ramach podtrzymywania więzi i pielęgnowania żywego drzewa genealogicznego. A co, mam po prostu wspaniałych Krewnych, z którymi na co dzień brak czasu na spotkania, a wielu dalekich i jeszcze dalszych krewnych po prostu wciąż nie poznałem osobiście, choć tyle się listownie, telefonicznie i wirtualnie znamy. Co prawda przez to częściej muszę się tłumaczyć z braku dziewczyny, ale trudno, już nie kłamię, choć większość jeszcze nie przekroczyła oczywistej bariery.

Przyszła mi niegłupia myśl do głowy, by odwiedzić jedną czy drugą Rodzinę w Warszawie, ale za późno się do tego zabrałem. Zamiast tego wyszło, że najwyraźniej nie znam dość dobrze pewnej Kuzynki, a Ona nie zna mnie. Myślała, że grzeczny, spokojny i ułożony ze mnie chłopiec, na którego życiu nie ma żadnej rysy. No może tak trochę było z przyczyn leżących u początku niniejszego bloga, ale nie do końca, bo niespożyta energia we mnie kipi, tylko nie wszystko i wszędzie wypada, a każdy miewa wiele masek, różne natury i oblicza, jak i wiele przeżyć, które wpływają na to jak nas widzą. Podświadomie wiedziałem natomiast, że mam do czynienia nie tylko z pięknym, ale równie inteligentnym Człowiekiem, dla którego rysa świadomie pokazana pomiędzy moimi słowami będzie doskonale widoczna pod tylne światło. Nie wiedziałem tylko, że mam przyjemność z pocieszycielką niniejszym niejednego Geja, dla której nie muszę nazywać rzeczy po imieniu, by się domyśliła. Chciałbym Ją poznać na żywo, sympatyczna z niej dusza... Nasze ramy czasowe okazały się jednak zbyt ograniczone, ale niebawem mam na liście rezerwowej 11 listopada, więc może...

Czasami jestem bardziej śmiały i otwarty niż wypada, a potem różne z tego rzeczy wypływają. Niechcący podglądając Vermisa w szafie, popłynąłem lawiną nie mniej zwariowaną, niż ja sam ukrywający się w głębi mojej niedoskonałej osoby.

Po całonocnej podróży nieogrzewanym pociągiem do zimnej Warszawy o mglistobladym świcie przywitał mnie ciepły uśmiech V. (hmm, wybacz, jednak nie taki jak tamtego lipcowego Kierowcy hotelowego z Krakowa :P) oraz gorąca kawa wypita we trójkę z MrU.

Po chwili doszła z nami A., prowadząc niby przypadkiem poprzez zbawienne tęczowe zakątki (częściowo spalone na początku tego samego przedłużonego weekendu) oraz miejsca z czerwonymi tabliczkami — do pięknej łazienki bez dachu.


Przez kilka godzin spaceru zaczęliśmy i nie skończyliśmy wielu tematów oraz zmęczyliśmy nogi. Mieliśmy z A. taki plan, że ja masuję nogi jednemu, a A. drugiemu ;) :D. Niestety Chłopaki nie dali się rozdzielić, chodzili ze sobą tak nierozłącznie, że po chwili nawet wyciągnięty na wierzch aparat zdawał się Im nie przeszkadzać ;) A takimi i innymi pięknymi widokami, nie tylko tymi nieśmiało uciekającymi przed obiektywem, nacieszyć się nie mogłem.





Otrzymaliśmy od A. piękne ręcznie robione sówki z tęczowymi sercami, a dla mojej przyszłej oby Chrześnicy dostałem także ręcznie (nie-ustnie) haftowany obrazek, swoją drogą idealnie pasujący do ścian Jej (niestety nowego) pokoju :) Dziękuję raz jeszcze :* Był też specjalny gość parkowej wizyty. A nawet goście. Tylu wiewiórów naraz chyba nigdy nie widziałem :D

Gdzie moje orzeszki?!? Oddawaj!



Jeszcze większa urosnę...


Szkoda, że A. nie została z nami dłużej. Chyba wystraszyła się tego kolorowego pana, który zmierzył z góry na dół To, co nie Jego, choć akurat Nią nie był zainteresowany ;) A raczej pobiegła szukać okupu ;) dla PM i córci, którzy zostali w domu. Tak sobie myślę, jakie to szczęście, że Państwo oraz Państwo, każde odpowiednio, mają siebie... :)


Potem załapaliśmy się za to na domową wizytę u Iw, która przejęła wartę (Wisłę) od A. Może akuratnie ja jako niezapowiedziany gość powinienem był się czuć cokolwiek skrępowany, ale kiedyś zaczęliśmy rozmowę o Berlinie, tak jakoś nie było okazji się lepiej poznać, a towarzystwo było tak serdeczne, że nawet nie w głowie mi było uciekanie :) A w domu na szczęście prądu starczyło na pyszną kawę wypitą przy pysznym serniku z grzybków. Dziwne to uczucie podążać śladami tego, co chwilę wcześniej widziało się wirtualnie, a przecież za każdym virtuum siedzi czyjeś prawdziwe życie :) Czuję niedosyt tej pozytywnej energii i życiowej mądrości, których ledwie cząstką Iw dzieli się ze swoimi Czytelnikami :)

Niestety czasu nie było wiele. Wróciliśmy do centrum, przy okazji zwiedzając wszystko na kółkach, ku uciesze nóg Nieznanego. Tam w błysku własnych reporterskich fleszy ;) odprowadziłem V., MrU. i Iw na główną uroczystość tego dnia.

Narodowy (jeszcze nie zatopiony):


Niektóre pedały nie tylko zaglądają do kościołów...


Potem spędziłem jeszcze rozmawiając kilka godzin chyba z Nim. Szkoda, że mieszkając tak daleko, nie mogę częściej wpadać choćby na kawę czy piwo, by posłuchać, pogadać, powymieniać doświadczenia, tak po prostu jak z Przyjacielem. Dziękuję.

Będę mało oryginalny, ale... Bilet kolejowy w jedną stronę — ok. 60 zł. Jedna kawa — 12 zł. Poznać pięciu wspaniałych Ludzi — bezcenne. Dziękuję! :* :) I ja poproszę o następny raz i więcej czasu :)


Monika Brodka, Varsovie z albumu LAX, 2012

2012-10-13

Moje

Nieodparcie dochodzę ;) do tych momentów na blogu, w których nie wiem, czy jego dalszym celem powinna być dalsza autoterapia związana z przywracaniem mojego prawdziwego „ja”, a może jakaś relacja ze zmian w życiu geja, może po prostu pamiętnik tęczowo-szarej codzienności, tudzież jakieś pseudofilozoficzne rozmyślania nad Szalenie Ważnymi Sprawami? Albo powinienem się po prostu zamknąć? :)

Nowych Gości mogę w tym miejscu odesłać do początków bloga, gdyż blog, jak i jego autor, przeszedł nieco zawiłą drogę, za którą wstecz ja nie patrzę, ale jej zrozumienie może rozwiać dysonans poznawczy. O ile palce autora nie wypieściły zbyt wysublimowanych słów, o ile nie tylko klawisze mogą z mych palców mieć jakąś przyjemność...

Nie tylko z resztą moje słowa bywają trudne do zrozumienia. Koleżankę irytowało, że nikt nie potrafił jej zrozumieć, zaśmiałem się więc, że to dlatego, iż nie posługuje się prawidłowo językiem ;) polskim. Jak to między nami bywa, nikt nie usłyszał już słowa „polskiego”, ani co potem wypłynęło z mych ust... Tak to ma chłop rodzynek w babskim cieście :) że kobiety myślą tylko o jednym.

Oglądałem niedawno komedię Paryż-Manhattan w duchu Woodego Allena. Nie mogę odnaleźć tytułu i wykonawczyni jednej z piosenek, prawdopodobnie skomponowanej przez Cole Portera, może ktoś kojarzy?

Ktoś mógłby pomyśleć, po co gejowi oglądanie romantycznej komedii o miłości pięknej kobiety i mężczyzny. W dodatku, oglądanie w pojedynkę pośród kilkudziesięciu par hetero (gwoli ścisłości, na sali dostrzegłem też samotne kobiety). Że niby to film nie dla mnie, nie o mnie...

No oglądam czasem takie filmy, bo lubię. Bo jestem normalnym człowiekiem (ha ha, ale naiwniak), może przez moment wolnym, niespełnionym i samotnym, ale z natury towarzyskim i radosnym. Bo lubię się cieszyć z każdego szczęścia bez względu na jego orientację.

W filmie ktoś powiedział, że czyjś poprzedni facet był bogiem, a bogowie nie kochają, co najwyżej pozwalają się kochać... Ideał nie zazna prawdziwej miłości, lecz puste uwielbienie. Tym mocniej przypominam sobie, że czekam na Człowieka i jestem człowiekiem. Szukam prawdziwego, z krwi i kości, taki też chcę być, nie za idealny, realny. By być zdolnym do pokochania, by być zdolnym do bycia kochanym...

Całe życie uciekałem od miłości, która teraz zajmuje umysł, bo serce suszę po przedwczesnym wytrysku.

Czy ja mam w ogóle prawo do szczęścia i miłości, gdy sumarycznie tyle nieszczęścia i nienawiści wokół, gdy inni mają ciężej lub nie mają w ogóle? Żeby uspokoić jednych (a oburzyć drugich, wszystkim nie dogodzisz): ależ oczywiście, że mam prawo do mojego własnego szczęścia i miłości. Już dawno uświadomiłem sobie, że świata nie zbawię :P, choćbym z rzadka miewał jakiś nie-negatywny wpływ na innych Ludzi. Ja też się tutaj liczę, można nawet uprościć, że póki co najbardziej w moim życiu liczę się ja sam. No nie chcę, w tym szkopuł, że dzieci mieć nie mogę, a uczynić centrum mojego życia, być świątynią dla czyjegoś serca, dopiero niedoskonale chciałbym być, póki co upajam się moją zaje* samotnością :P

Co powinno być dla nas ważniejsze, szczęście pojedynczej ludzkiej jednostki czy też szerszej społeczności? Dążenie do indywidualnego dobrobytu materialnego i psychicznego, czy też samozadowolenie całego społeczeństwa lub jego określonej części? Czy można deptać po interesie jednego człowieka ;) uzasadniając to interesem wszystkich ludzi?

Dawno temu w innym miejscu zastanawiałem się, do czego prowadzi współczesny indywidualizm, czy rzeczywiście przedkłada dobro jednostki nad dobro wspólne, czy bezinteresowność ma jeszcze rację bytu.

Większość z nas chyba zgodzi się, że dobro jednostki nie może być stawiane ponad dobro ogółu. Moja wygoda czy moje prywatne szczęście nie może odbywać się kosztem innych, granicą wolności jest taka sama (!) wolność drugiego człowieka.

Do tych wszystkich wyświechtanych oczywistości chciałbym dodać jedno spostrzeżenie. Trudno pracować na dobro wspólne, jeśli nie czuje się z tego indywidualnej korzyści. Trudno być uczynnym altruistą bezinteresownie pomagającym innym, jeżeli mimo szczytnych celów, nie przynosi to jakiejś osobistej, egoistycznej satysfakcji i samozadowolenia. Trudno pracować na szczęście ogółu, jeśli po drodze nie ma choć obietnicy dobra własnego. Choćby po przejściu na drugi, nie-cielesny świat.

Oczywiście, że szczyci się, gdy ktoś mimo własnego nieszczęścia, potrafi rozdawać szczęście wokół siebie. Ale nie można tego oczekiwać od innych. Oczywiście, że w społeczeństwie należy promować nie tylko dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb i marzeń, lecz w pierwszej kolejności uczyć i przypominać, że nie jesteśmy sami na tym świecie, a poza nami i tymi ludźmi, z którymi chcemy przebywać lub przebywamy, są jeszcze inni, którzy też mają pewne potrzeby bytowe i wyższe, ale już niekoniecznie zasoby do ich zaspokajania.

W tym sensie, wydaje mi się, że dobro jednostki jest równie ważne jak dobro ogółu, bo bez tego pierwszego niemożliwe, a w każdym razie w masowej skali praktycznie nieosiągalne, jest skuteczne dążenie do tego ostatniego. Byleby tylko własne dobro nie przesłaniało tego wspólnego dobra.

No, i jak zwykle, nie miałem o czym pisać, a frontalnie pomazałem twarze wielu zagadnień.

2012-10-07

Uśmiech

Jakoś ostatnio uśmiech rzadziej gościł na mojej twarzy... Dlaczego uświadomiłem sobie, jak wiele z Kimś mnie ominęło, dopiero gdy już było za późno? Czego oczekiwałem? Czy i czego oczekiwał? Dlaczego odpycham od siebie osoby, na których mi zależy? Wiele pytań i żadnej odpowiedzi. Już ich nie szukam, bo ta żywa Odpowiedź już nie słucha pytań.

Podobno niektórzy Ludzie pojawiają się na ścieżkach naszego życia, by pokazać i otworzyć przed nami dalsze drogi. Z każdej lekcji trzeba wynieść jakąś naukę. Wszystko fajnie, tylko ja nie chcę instrumentalnie traktować Ludzi, nie chcę ich jako nieme nuty codzienności, lecz jako muzykę mojego serca, chcę grać w czyimś, nie słowami, lecz sobą. Warto być mądrzejszym post factum, skoro niczego innego z moim udziałem nie ma. Przepraszam. Dziękuję.

Uciekając przed takimi myślami, korzystam z okazji, ukulturalniam się, podróżuję. Wsłuchuję się w serce i duszę, czy jeszcze bije w nich miłość. Próbuję myśleć pozytywnie. Uśmiechu może więc teraz często nie widać na twarzy, ale zakamuflowałem go w sercu, trzymam go tam na specjalne okazje...

Porannego świata natury bieganiem przed pracą poznawać już nie mogę, ale gdy tylko trafia się okazja, korzystam, chociażbym był gdzieś tylko przejazdem, chociażby ćmienie głowy przypominało o wieczorze, chociażby nie tylko na dworze padał zimny deszcz.

Ostatnimi czasy jakoś nierzadko znajomi mnie nie poznają, komentują zmiany, pytają o przyczyny, głośno domyślają się kobiety, cicho powstrzymując inną możliwość. Choć wydaje mi się, że niektórzy się już domyślają, przecież przestałem poświęcać mój czas i energię na maskowanie. Momentami wszystko wydaje mi się tak oczywiste.

Bezczelnością jest wmawianie gejom, że orientacja seksualna jest prywatną sprawą, że nikt nam nie wchodzi do łóżka. Ja również żyję, oddycham, chcę opuścić cztery ściany mieszkania. A pytań, rozmów i żartów o partnerce płci przeciwnej nie zliczę. Niemal wszyscy bez wyjątku interesują się cudzym prywatnym życiem i cudzym łóżkiem. Owszem, większości z Was poza tym blogiem nie pozwalam do mojego wchodzić, ale sami to robicie, nawet za moimi plecami (przecież aż tak głupi i głuchy nie jestem). Akuratnie na kłamanie ochoty nie mam, dlaczego miałbym, bo Wam tak wygodniej? Ja milczę wymownie... ;)

Chyba czasem za bardzo milczę o tym, kogo pragnę, że to o faceta chodzi. No bo tak generalnie, to przecież z większością nie rozmawiam teraz o niczym innym, niż rozmawialiśmy wcześniej. No i niektórzy znajomi chyba mi nie dowierzają. Cichaczem czekają, aż się rozmyślę, nawrócę. Być może nawet sądzą, że żartowałem. Nie mieliby nic przeciwko, gdybym wykorzystał sytuację, że leci na mnie jedna czy kolejna laska (wybaczcie, nie moje słownictwo). Cieszyliby się, gdybym uległ (?!? chyba musiałbym być nieprzytomny, żeby do czegokolwiek doszło :P wybaczcie). Gdybym dla przekory i dowodu spróbował zaszaleć z takimi na imprezach. Cóż, kompletnie mnie nie rozumieją. Fakt, że muszę się od kogoś nauczyć większej śmiałości.

Znam kogoś, kto namiętnie wyhacza laski, bynajmniej nie facetom, po prostu zalicza młode studentki, imprezowiczki, internautki. Wiele. Naraz. I znam też taką, co takich frajerów namiętnie wykorzystuje. I tak sobie głośno myślę, dlaczego większość (w tym ultrakatolicka!) to akceptuje, a tak łatwiej przychodzi nietolerancja, krytykowanie i wpieranie hedonizmu u gejów? Akceptuje, akceptuje, nie zaprzeczajcie — bo o swoich milczy, a mnie znieść nie potrafi, gdy tylko pada cień podejrzenia. Bo niektórzy (po obu stronach barykady) nie udają, o co im chodzi? Ja też nie udaję, tylko w ciut innym kierunku, to też moje brzemię. I wcale nie chodzi mi o to, żeby podnosić larum. Przeciwnie, milczmy i mówmy równomiernie i proporcjonalnie.

Pośród niemałej liczby osób, którym to ja ujawniłem moją orientację seksualną (o przyczynach coming outu wielokrotnie wcześniej pisałem na blogu, odsyłam więc do wcześniejszych wpisów), znam też kogoś, kto może ukrywać to samo co ja kiedyś... Obawiam się, że moim wyznaniem w ten sposób z „problemem” zostawiłem go samego, bo ja przekroczyłem Rubikon, a on został na drugiej stronie rzeki.

Bardziej niż ja i Wy, tylko jeden Bóg wie, jak bardzo mnie samemu był potrzebny coming out (dla niewierzących najlepiej wiem tylko ja sam). Zrobiło mi się przykro i czuję się winny, że być może byłem ślepy i egoistyczny. Owszem, ja też musiałem pobłądzić, by odnaleźć właściwą drogę. Dla niego mogę tylko czuwać, być obok, gdyby potrzebował pomocy. Mogę być o wiele bardziej naiwny, może to on dawno nie ma z tym problemu albo w podejrzeniach nie ma nic na rzeczy. No taki to popie******* świat, że ze sobą nie rozmawiamy, że oceniamy po pozorach.

Nie zamierzam jednak nikogo wyciągać z szafy. Nie podoba mi się, że w pracy jedna koleżanka intuicyjnie jest święcie przekonana, że ktoś inny to też gej. Moim skromnym zdaniem, wierutnie się myli. A tak w ogóle, nawet gdyby, to co z tego, że gej, zwłaszcza że wówczas byłaby to jego sprawa, jeśli sam tak siebie jeszcze nie postrzega.

Ktoś przypomniał, że jedni poznają świat intuicyjnie i od razu wiedzą, czego chcą i jak to realizować, ale inni potrzebują percepcji, doświadczeniem poszukiwać sensu życia. To oczywiście dwie skrajności, ale ukazują sedno: wszyscy bywamy uczniami życia.

To uczy mnie pokory wobec życia i tego, co z sobą nosi. Ja nie krytykuję, ja nie jestem od oceniania ludzi i ich postępowania, od pouczania. A przynajmniej próbuję w sobie powstrzymywać takie zakusy. Póki trwamy w szacunku, póki w życiu jest prawdziwa miłość, póki siebie nie krzywdzimy, wszystko to ma sens. Bo miłość zwycięża nienawiść.

Nie rozumiem, dlaczego tak wielu ludzi uzurpuje sobie prawo do oceniania, pouczania i nakazywania. Jedni twierdzą, że wcale nie oceniają człowieka, tylko jego zachowanie, bo nie wszystkie góry trzeba zdobywać, bo nie we wszystkie doliny należy wpadać. Inni przypomną, że to nie ocena, to nie porównywanie ze wzorcem, to nie spłaszczanie do zunifikowanej przeciętności. A prawda jest taka, że czasem trzeba zbłądzić, by siebie odnaleźć, podczas gdy karkołomne tłumaczenia, że rzekomo nie oceniamy człowieka, maskują tak naprawdę potępianie właśnie samego człowieka, bo przecież to on nie chce się zmienić.

Jako domorosły filozof ;) rozumiem, że pragnienie władzy, podobnie jak miłość, jest jednym z wrodzonych dążeń człowieka. Rozumiem, że grupa ludzi, aby ze sobą w miarę spokojnie i harmonijnie współistnieć, by tworzyć społeczności w miejscu przebywania lub według cech wspólnych (naród, państwo, kościół, samorząd, szkoła, praca, stowarzyszenie itd.), potrzebuje liderów (władców i autorytetów) oraz jasnych wytycznych (prawnych norm postępowania).

Niesie to z sobą ryzyko, że liderzy pobłądzą. Że wytyczne będą nadinterpretowane, przeinterpretowane, niedointerpretowane. Że będzie więcej samozwańczych autorytetów. Zamiast współistnienia we wzajemnym szacunku, promują nienawiść pod zawoalowaną postacią. Tłumaczę sobie, że ci, którzy liderują, którzy interpretują, to także ludzie, tak samo niedoskonali i omylni. Że tylko zapominają, jaka ich rola dla społeczeństwa.

Tłumaczę sobie, że ocenianie innych i dążenie do władzy (wpływu na innych) to naturalna skłonność, bo tak wychowujemy i uczymy dzieci, bo tak zarządzamy w pracy, bo często tak uzyskujemy zdanie większości w grupie. Nie mam dzieci, jestem szarą mrówką, która chyba dobrze wypełnia się w podpowiadaniu, by to inni podejmowali decyzje. Ale ktoś je musi podejmować, czasem to my musimy przyjąć taką rolę, choćbyśmy nie chcieli.

Nie odmawiam więc prawa do oceniania (człowieka/zachowania, zwał jak zwał) siebie samego, naszych partnerów i partnerek, naszego otoczenia, chociażby niedoskonale po pozorach i domysłach, jeśli w nic lepszego (choćby milczenie) nie potrafimy się wsłuchać. Tylko pamiętajmy, co chcemy osiągnąć komunikowaniem naszej jednoznacznej lub z pozoru subiektywnej („ale mogę się mylić”) oceny. Czy sucha ocena zmotywuje kogoś do zmiany? Czy oceniając za cudzymi plecami, pozostawię cokolwiek kreatywnego? Czy naprawdę jestem pewien, że dla tej konkretnej osoby moje niedoskonałe słowa mają zbawienną moc sprawczą, by ktoś zachowywał się tak, jak to ja chcę? Czy mam prawo tego oczekiwać? Wiem, wiem, ja też tak czasami czynię, bo zapominam, kim nie jestem. Bo zapominam, że mógłbym nie istnieć, a jednak jestem. Wciąż za mało we mnie człowieka.

Dostrzegam jednak, że pozytywna lub negatywna ocena powinna mobilizować mnie do zmian. Po owocach mnie poznają. Ja też nie lubię zbierać ocen, bo nie wszystkie negatywne są usprawiedliwione, bo nie na wszystkie pozytywne zasługuję. Ale czasem w ten sposób trzeba być żywym świadectwem człowieczeństwa. Nastawiać drugi policzek, dowodząc pokory. Wystawiać pierś, dając przykład innym, choćbyś wcale liderować nie chciał, ale ktoś musi, i dobrze, że to ty. Pamiętajmy o tym. Cieszę się, że wszyscy jesteśmy, nawet wkrótce realną, cząstką wspaniałej historii ;)

Nie zmienię się, nawet gdybym próbował, nawet gdybym chciał...



Macklemore & Ryan Lewis, feat. Mary Lambert,
Same Love z albumu The Heist, 2012
(dziękuję!)



Piotr Niesłuchowski ft. Ania Dąbrowska, There is nothing wrong, 2011



Antony & The Johnsons, feat. Danish National Chamber Orchestra,
Cut The World, 2012



Poluzjanci, Zamykam oczy z albumu Trzy metry ponad ziemią, 2011



ATB, feat. Tiff Lacey, Still Here, z albumu Future Memories, 2009



Demi Lovato, Skyscraper z albumu Give Your Heart A Break, 2011



Marina and the Diamonds, How To Be A Heartbreaker z albumu Electra Heart, 2012