2012-08-31

Związki partnerskie NIE są przeciwko rodzinie

Legalizacja związków partnerskich pomnoży chaos społeczny – uważa ks. prof. Andrzej Szostek, etyk z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którego poglądy przypomniała dziś Katolicka Agencja Informacyjna, tuż obok notki o śmierci abp. Carlo Maria Martini, postępowego katolickiego kardynała i jezuity, akceptującego wspieranie przez państwo trwałości świeckich związków homoseksualnych.

Żaden człowiek nie ma prawa do decydowania o tym, jak żyć mają inni ludzie, dopóki nie wyrządzają komuś krzywdy. Tymczasem ww. wypowiedzi prof. Szostka, niechlubnie czczone jako przejaw tradycji i korzeni chrześcijańskiej Polski (podczas gdy nie to decyduje o ciągłości pokoleniowych więzi i zwyczajów), powtarza często nawet ta część Społeczeństwa, która z Kościołem się nie identyfikuje. W jakimś sensie, czuję moralny obowiązek łamania milczenia w tym temacie. Dla własnej wygody nie czynię tego pod własnym nazwiskiem, bo ja jestem jeden, a oponentów wielu.

Gwoli ścisłości, określenie legalizacja związków homoseksualnych jest nieprawidłowym uproszczeniem, bowiem homoseksualizm (odczuwanie popędu płciowego do osób tej samej płci) nigdy nie był zakazany. Jako takie traktowano tylko uzewnętrznione zachowania nieheteronormatywne. Te zaś przestały być zakazane w polskim prawie już w 1932 r. (sic!). Współcześnie tylko niektóre kraje utrzymujące szariat za akty homoseksualne orzekają i wykonują karę śmierci.

Niektórzy uważają, że homoseksualizm jest niezgodny z naszą konstytucją i sprzeczny z systemem wartości większości Polaków. Konstytucja jedynie przewiduje szczególne wsparcie państwa dla kobiety i mężczyzny tworzących małżeństwo. Nie wypowiada się ani na temat homoseksualizmu, ani związków partnerskich. Przecież to są różne kategorie pojęciowe. Konstytucja nie zakazuje niczego odczuwać. Dlaczego cudze życie miałoby być zgodne lub sprzeczne z czyimkolwiek systemem wartości? Nikomu przecież nie każę być homoseksualistą, to byłoby niemożliwe. A że ktoś taki jest, to chyba przecież nie zabijemy, nie potępimy za to, jaki/jaka jest?

Próbuje się w mediach i świątyniach ukuć slogan i wrażenie, że homoseksualizm jest przeciwny rodzinie i małżeństwu, że „zgoda” na związki homoseksualne miałaby zgubne skutki dla ludzkości (sic!). Na marginesie, Kto dał zgodę moim Rodzicom, że mnie urodzili, a mi, że mogę żyć? Kto mi pozwolił czuć i kochać?

Jak się nie bronić, gdy atakują i zarzucają (co najmniej w tym zakresie) niewinnej Konwencji ws. przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, której podpisanie przez Polskę na chwilę opóźniono, bycie furtką do legalizacji nowych form rodzinnych, w tym związków tej samej płci, oraz promowanie homoseksualizmu. Tak jakby wszystko, co niemałżeńskie, było lub powinno być nielegalne i do potępienia. Tak jakby jakąkolwiek orientacje seksualną można było promować.

Na marginesie, osobiście nie uważam, aby status illegitimi thori (łac. z nieślubnego łoża) był kiedykolwiek, a tym bardziej dziś, uzasadnionym powodem do dyskryminowania dziecka czy rodziców. Ileż osób przez takie postrzeganie cudzołóstwa niesłusznie cierpiało, miało rozbite i niesprawiedliwie cięższe życie (oraz nie mogło powrócić do Boga, w przypadku wierzących). Z jednej strony, Ludzie odchodzą od krzywdzących stereotypów nawiązujących do tradycyjnego społeczeństwa. Z drugiej strony, odrzucając w tym zakresie stanowisko Kościoła, zupełnie niepotrzebnie przestają wierzyć w Boga. Ludzie (duchowieństwo) przesłaniają im Boga, którego miłość, miłosierdzie i światłość są większe niż ograniczenia ludzkich umysłów. O ile ktoś wierzy.

Ksiądz profesor, któremu pokornie z racji Jego człowieczeństwa, kapłaństwa, wieku i wykształcenia chciałbym okazać należny szacunek i miłość bliźniego, autorytatywnie stwierdza, że niemałżeńskie związki międzyludzkie (konkubinat, związki partnerskie) osłabiają społeczeństwo. Pozwolę sobie nie zgodzić się z tą hipotezą.

Kiedyś małżeństwa były często aranżowane, a ich trwałość co prawda wzmacniał społeczny ostracyzm kochanków, bękartów oraz nacisk na ich konwalidację w małżeństwie, ale kosztem osobistej godności i poczucia szczęścia małżonków, rodziców i dzieci. Takiej historii rodziny nie uznałbym za chlubną, gdy już wtedy stanowiła społeczną fikcję i przyczynek do niegodnego traktowania bliźniego, które nie powinno było mieć kościelnego, społecznego ani państwowego wsparcia.

Współczesna statystyka rozwodów, separacji (prawnych i faktycznych) i konkubinatów niestety NIE jest powodowana istnieniem i coraz większą społeczną akceptacją związków niemałżeńskich (konkubinatu) między kobietą i mężczyzną, ani przecież tym bardziej między osobami tej samej płci. Co więcej, jeśli ludzie płci przeciwnych z jakichś przyczyn mieliby się krzywdzić pod przykrywką małżeństwa (jak niejednokrotnie się dzieje), to z dwojga niedobrego lepiej, jeśli spróbują godnie rozwiązać swoje problemy, chociażby poza małżeństwem. Przecież nie o liczbę małżeństw zawartych w każdym roku tu chodzi, nie o problemy, które były, są i będą stawać między dwojgiem ludzi. Chodzi o to, co społeczeństwo (tudzież dla niektórych Kościół) proponuje takim ludziom w kryzysie, gdy doświadczają problemów i zwątpienia. Czy przypadkiem nie żąda się niemożliwego, nie proponując niczego, z czym człowiek mógłby naprawdę (a nie w teorii) kontynuować życie? Czy nie odmawia się (lub zabiera) prawa do trwałej i ciut mniej kłopotliwej miłości (niemałżeńskiej, po rozwodzie, w związku partnerskim lub homoseksualnej) i tym samym prawa do szczęścia?

Nietradycyjne formy życia rodzinnego i społecznego nie są przecież ucieleśnieniem zła. Wszyscy jesteśmy ludźmi, większość z nas pragnie szczęścia, dużej liczbie osób udaje się to czasem osiągać. Na różne sposoby. I to jest najpiękniejsze i najważniejsze w życiu, gdy dwoje wolnych ludzi pragnie zbudować wspólnie coś dobrego. Niech inni Ludzie nikomu tego nie odmawiają, odbierając wszystko i nie dając realnie nic w zamian. Niewątpliwie, faktycznie, współcześnie ludzkość nie dyskryminuje różnorodności związków między ludźmi.

Czemu więc taka niedyskryminacja miałaby się rozciągać w jakimś wąskim zakresie na instytucje prawne? Dlaczego prawo nie miałoby dyskryminować dwojga ludzi, chociażby tej samej płci, którzy nie mogą lub nie chcą żyć w małżeństwie, ale mimo wszystko chcą żyć w trwałym związku? Dlaczego społeczeństwo nie miałoby wspierać takiej trwałości? Dlaczego państwo i Kościół miałyby promować niestałość i niestabilność takich niemałżeńskich związków?

Ludzie (społeczeństwo, państwo, kościół, prawo) oddziałują na jednostkę, mogąc tworzyć skutki zarówno pozytywne i negatywne, zamierzone i niezamierzone, oddziałujące na mniejszy lub większy krąg adresatów, tradycyjne i wyłamujące się poza wcześniej znane schematy, mainstreamowe lub niszowe.

Niewątpliwie wsparcie państwa dla niemałżeńskich związków w Polsce byłoby czymś nowym w naszej rzeczywistości, ale już nie tak nowym i wcale nie wyjątkowym, jak gdzie indziej na świecie. W tym zakresie odejście od tradycji promowania krzywdy ludzi za wszelką cenę (bo tradycja coś nakazuje) uważam za zaletę, a nie wadę zachodnich społeczeństw. W Polsce konkubinat niemal nigdy nie cieszył się zainteresowaniem ustawodawcy, poza drobnymi wyjątkami. Teraz byłaby to istotna zmiana.

Czy rodzina nieoparta o małżeństwo, zwłaszcza gdy posiada dzieci, jest gorsza od takiej zaczynającej się od małżeństwa? Oczywiście, że sama przez się nie jest. W małżeństwach bywa różnie, w innych związkach też. Czasem małżonkowie zdradzają się, biją się, wyzywają, nie szanują. Tak samo w innych związkach. Ale to zależy od człowieczeństwa, a nie od przysięgi lub papierka. Owszem, obrączka ułatwia przypomnienie sobie, co ktoś sam z partnerem/małżonkiem chciał lub otoczenie kiedyś chciało, by dla dwojga ludzi było ważne przez długie lata. Ale jeśli dla dwóch jednostek przestaje być ważne w taki sposób, że się krzywdzą, to przecież to nie ma sensu.

Czasem obawa przed małżeństwem jako takim pozornie nieodwołalnym społecznym skutkiem, a może brak odczuwanej i uświadomionej takiej potrzeby, już zawczasu bywa silniejsza, co nie znaczy przecież, że odbiera pragnienie trwałości stworzonej relacji dwojga osób. Czy jest ktoś na sali, kto osobiście nie zna żadnego konkubinatu? Czy ktoś mógłby odmówić konkubentom nazywania ich uczuć miłością? Czy ktokolwiek czuje się upoważniony do dyktowania innym, jak mogą, a jak nie mogą żyć, bo w przeciwnym przypadku ich szczęście będzie kłuć innych w oko? Każdy ma jakieś problemy, małżeństwo jedynie może, ale nie musi ułatwiać ich wspólne rozwiązywanie.

Po co więc związki partnerskie? Po co czemuś innemu niż małżeństwo dawać jakieś uprawnienia? A tak w ogóle, to jakie?

Po pierwsze, NIE rozmawiamy o alternatywie: albo rejestrowany przez państwo (w tym tylko sensie „zalegalizowany”) związek partnerski, albo małżeństwo. Mówimy o czymś, co małżeństwa i tak nie osiągnie, bo nie może lub nie chce. Alternatywę tworzy więc albo związek partnerski, albo nic.

Po drugie, związek partnerski zabezpiecza podstawowe interesy partnerów, w pewnym podstawowym zakresie, ułatwiając wytrwanie w stałym związku w trudnych sytuacjach, a czasem po prostu wybrnięcie z kłopotów, które powstają przy braku małżeństwa. Gdy lekarze nie dopuszczają jednego z partnerów do nieprzytomnego drugiego partnera, bo nie mają i nie mogą uzyskać jego zgody. Gdy majątek po śmierci partnera dziedziczy czasem skonfliktowany krewny, pozbawiając życiowego dorobku partnera pozostającego przy życiu. Albo gdy po rozstaniu w pierwszych chwilach brakuje środków do życia.

Po trzecie, życiowym partnerom, chociażby takim zarejestrowanym w związku partnerskim lub podobnej instytucji, ale nie będących w małżeństwie, łatwiej się rozstać niż właśnie w małżeństwie, ale zarazem trudniej, niż gdyby nie łączyła ich żadna prawna więź.

Po czwarte, związek partnerski nie jest lepszy od małżeństwa, to nie jest kontrpropozycja, wspaniały wynalazek współczesności zamiast małżeństwa. To jedynie sugestia, by ludzie pamiętali, że jak być razem, to dobrze na dłużej. Tak niemal na zawsze, a potem się zobaczy, do rozstania lub do śmierci. Ale gdy coś się stanie, nikt nie zostanie na lodzie w tragedii, po której się może nie pozbierać.

Po piąte, pary homoseksualne są i będą, czy się komuś podoba czy nie. Pary gejów i lesbijek mają takie same problemy jak pozamałżeńskie pary heteroseksualne. Dopóki społeczeństwo zabrania wspierania trwałości naszych związków, dopóty nie ma prawa oczekiwać, że będziemy siedzieć cicho. Bez związków partnerskich nie ma też tej społecznej zachęty, by zamiast poligamii trwać w monogamii pomimo problemów, jakie ma także każda osoba heteroseksualna.

Po szóste, związki partnerskie nie zastępują rodziny, bo ta istnieje chociażby rodzice nie byli małżonkami, chociażby dzieci nie było. Kiedyś rodziny były wielopokoleniowe, a kontakty utrzymywało się z dalszą rodziną, chociażby poprzez rodzeństwo dziadka czy pradziadka. To, że dziś ludzie zamykają się we własnych ścianach i zapominają nawet o własnym rodzeństwie, nie ma nic wspólnego z propozycją uregulowania sytuacji tysięcy osób hetero- i homoseksualnych. Moim skromnym zdaniem, taką małą rodzinę mogą również tworzyć dwie prawdziwie kochające się osoby tej samej płci, tyle że przy naturalnym toku rzeczy nie dadzą sukcesji nowemu pokoleniu.

Niebawem dalsze prace parlamentarne nad kilkoma projektami ustaw o związkach partnerskich.

Tyle w Waszym imieniu...


LeAnn Rimes & Los Angeles Gay Men Chorus, The Rose, 2010

2012-08-28

To, czego nie widzimy

Pierwszy raz po 18 latach byłem gdzieś za granicą. Pisząc to człowiek zdaje sobie sprawę, że w ogóle cokolwiek w moim życiu było już -naście i -dzieścia lat temu... Pierwszy raz od pięciu lat miałem urlop we właściwym tego słowa znaczeniu, nie pracując nad niczym, po prostu niezasłużenie mogąc cieszyć się towarzystwem i uprzejmością pięknych Ludzi, widokiem urokliwych miejsc, smakiem i zapachem potraw i trunków. Pierwszy raz byłem w Niemczech, pośród ludzi, których języka nie znam. Pierwszy raz podróżowałem sam, tak daleko, bez szczegółowego grafiku, co, gdzie, o której, z kim. Było wspaniale :)

Pierwszy raz praca nie przypominała się na urlopie, ani ja sam nie myślałem o tym, co dzieje się pod moją nieobecność. Pierwszy raz wracałem do pracy ze szczerym uśmiechem na twarzy. Oczywiście, powrót do niektórych obowiązków i ludzi ma swoje plusy i minusy, ale uśmiech miał inną przyczynę, zupełnie niezwiązaną z pracą. Ot, coś dostrzegłem.

Jednakże nie dostrzegam niektórych rzeczy. Chyba jestem za mało spostrzegawczy, albo czas już wymienić okulary na mocniejsze. A może jest wręcz odwrotnie, dostrzegam tak wiele szczegółów tworzących rzeczywistość, że efektywnie odnotowuję w świadomości tylko wybrane z nich, niekoniecznie te, które wskazuje ktoś, tak w moich oczach wspaniały, że już nic po drodze nie widzę. Ostatnie wpadki z niechcianymi zdjęciami mnie tylko w tym utrwalają, że inaczej postrzegam życie, ludzi i świat. Uczą, że muszę jeszcze bardziej empatycznie wchodzić w to, co widzą inni. Wytłumaczenie, że jako facet nie zwracam uwagi na szczegóły, jest tak w tej sytuacji zadowalające, jak nieprawdziwe :P Być może zwracałbym uwagę na elementy kobiecego ciała, ale tak nie jest.

Niektóre zjawiska widoczne i niewidoczne dla oczu więc dostrzegam. Ale nie tylko ja coś dostrzegłem, choć w innym momencie i kontekście. Ot, przecież aż tak bardzo nie można się zmienić bez przyczyny, nieprawdaż? Więc ktoś kogoś w mojej pracy pyta, czy się zakochałem, czy w dziewczynie, czy w chłopaku, bo ma przeczucie, że to drugie. I jeszcze celnie adresuje pytanie do kogoś, kto zna odpowiedź. Przyznam, że na całą opowiedzianą sytuację w duchu, sercu i na twarzy szeroko się uśmiecham, Bóg mi świadkiem :D Nie tak przecież dawno sam coś widziałem.

I choć odpowiedź nie padła, to teraz ja muszę się zdecydować, jaka odpowiedź ma iść w świat, gdy ktoś pyta. Ale nie wiem, co Inni za mnie mają mówić, skoro w ogóle już okazują się być na tyle w porządku, że mnie o to pytają. Ja sam wiedziałbym, komu i co ja powiem. Od innych niczego, ustalonej wersji, milczenia ani kłamstwa domagać się nie mam prawa. Nie chcę nikogo czynić zakładnikiem mojego życia. Tym bardziej, że etap listy osób wtajemniczonych w perspektywie 10 lat mojego życia się rozmyje, już nie mam wpływu na nikogo. Dlaczego od jednych miałbym czegokolwiek wymagać, a inni będą paplać na lewo i prawo.

Dla mnie temat homoseksualizmu już nieco okrzepł, ale świat bywa brutalny, zwłaszcza w pracy. Przecież nie planowałem publicznego coming outu. Dziś co prawda nie byłaby to dla mnie tragedia, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej bym się uśmiechał :P, ale wiele to zmienia. Przecież nie chcę, by wszyscy musieli się odnosić do mojej orientacji seksualnej, a moja firma to doskonałe miejsce na takie ploty.

Wisi to mi i powiewa, co i kto będzie mówił, ale czy mam to sam prowokować? Nie mam i nie chcę mieć plakietki na czole, przez którą mnie wszyscy będą identyfikować i poznawać. Jeśli ktoś tak mnie od nowości pozna lub dopiero teraz rozpozna, bo się sam zainteresował lub dowiedział przypadkiem, nie ma problemu. Ale serio, przecież nie o to chodzi, by się tematem narzucać. Co innego dopuścić, że ktoś może się dowiedzieć, a co innego, że wiedzą wszyscy.

Wiele już w tym temacie porad otrzymałem (lub sam sobie wyczytałem między słowami) od ludzi podobnie zorientowanych po ludzi zorientowanych mainstreamowo ;), od homoseksualistów ukrytych po ujawnionych. Postaw jest wiele, ale dużo jest takich jak moja: problemu nie ma, ale nie wszyscy muszą wiedzieć. Tylko to nie jest odpowiedź na czyjeś pytanie, czy lub co ma mówić za moimi plecami, gdy pyta jeszcze ktoś inny.


Hurts, Illuminated z albumu Happiness, 2011

2012-08-25

Strach

Boję się powrotu z urlopu, a zarazem do starego życia i pasji, którymi kiedyś zapychałem dosłownie całe życie. Kiedyś uciekałem przed odczuwanym pragnieniem miłości, której niektórzy Ludzie nie akceptują. Wstydziłem się prawdy i krępowałem się spotykać z Ludźmi, bo czułem się gorszy, bałem się, że prawda przypadkiem wyjdzie na jaw. Pragnąc miłości, byłem nieszczęśliwie samotny.

Dla tego jedynego przeszedłem bardzo długą drogę. Zmieniłem się. Zaakceptowałem siebie. Jestem wśród Ludzi, chociażby niektórzy już uważali lub dopiero zamierzali uważać mnie za coś gorszego. Otworzyłem się na miłość. I czekam, co przyniesie życie. Nie zapominam o mojej przeszłości, by nie zapomnieć, na kogo czekam.

Paradoksalnie, bałem się, że ktoś zakocha się we mnie. Bać powinienem był się, że zrobię to wobec kogoś sam. Boję się nieznanego. Jestem przecież dzieckiem, które niewiele wie o życiu i miłości. Jak wszystko odróżnić? Niczemu nie przypisywać więcej, niż jest? Nie skrzywdzić nikogo? Ani na to nie pozwolić? Nie dać się oszukać?

Boję się, że moje życie znów zabierze mi czas, który chciałbym poświęcać komuś wyjątkowemu. Chciałbym, by był jego najważniejszą częścią. Bym ja był jego. A przynajmniej ważną. Ale czy ja sam słyszę, co mówię?

Gdzie ja chcę z kimś żyć? Mieszkać, robić zakupy, wspólnie spędzać czas na kulturze, wśród znajomych i rodziny, chodzić do kościoła? W Polsce? W którym mieście?

Nie wyobrażam sobie presji, bym mógł być z kimś tylko w czterech ścianach, a poza nimi zupełnie obcym człowiekiem. Tak nie będzie. Tylko, w związku z tym, czy cokolwiek będzie? Jak każdy, to i ja? Po co człowiekowi miłość, skoro tak radykalnie zmienia wszystko?


 Matt Dusk, Always z albumu Two Shots, 2004