2012-07-26

Znaczenie

Każdej chwili nadaję coraz większe znaczenie. Coraz więcej tych chwil. Wyczekuję tej jednej chwili, gdy wszystkie poprzednie i następne otrzymają nowe znaczenie.

Ludzie nadają różne znaczenia postrzeganym zachowaniom innych ludzi. Widzą młodego, przystojnego mężczyznę. Uśmiechniętą buzię zadowoloną z życia. Odbierają go jako człowieka sukcesu, pewnego siebie, z dużym mniemaniem o sobie. Myślą, że ich ignoruje, bo nie zwraca na nich uwagi, trzyma dystans, pewne rzeczy przemilcza, a swoją prywatność chroni.

Tak... Lubimy wmawiać innym znaczenie, jakim łatwiej nam samym wytłumaczyć świat, który dzięki temu wygląda prościej. A przecież taki nie jest.

W tym samym czasie ów mężczyzna wygrywa wewnętrzną bitwę, akceptując siebie takim, jaki jest. Wyzbywając się resztek tak wielu kompleksów; że zawsze będzie gejem; że przestanie być gruby; że nawet nie jest taki brzydki, jak sądził całe życie. Uczy się dopiero pewności siebie i przełamuje nieśmiałość. Wreszcie chce swobodnie być z ludźmi, bo nie ma już niczego strasznego, co by nie mogło ujrzeć światła dziennego.

Ale tego nie widać. Bo odbieramy rzeczywistość fragmentami. Nie ze wszystkich stron możemy dotrzeć jednocześnie, zwłaszcza gdy chodzi o ludzi. Ale gdy poznajemy ich lepiej, widzimy, jak wiele znaczeń i wymiarów ma życie.

Kilku wymiarów już się pozbyłem, konkretnie mierzonych w kilogramach wagi i centymetrach obwodów. Nikt mnie nie poznaje, wszyscy komentują, aż się nudno robi :P Nawet panie w słusznym wieku przy mnie chciałyby być młodsze (cytat), heh :) Ja tam wolę panów ;)

Moje życie wypełniają ludzie, rodzina, znajomi. Bez ludzi nie miałoby sensu. Na bezludną wyspę zabrałbym wszystkich ludzi, których znam. Przynajmniej nie byłoby nudno :) Ale serce mam pojemne, wciąż niespełnione, które czeka.

Wakacje to okazje do poznawania starych-nowych ludzi i miejsc. Przeżyłem w ten sposób kilka wspaniałych dni oraz kilka jeszcze wspanialszych godzin. A kolejne podróże już są w planach.

Przybyło mi coming outów, takich póki co wirtualnych oraz realnych. Niezaplanowanych.

Ot, kolejna Ciocia uznała, że skoro tak pozytywnie się zmieniłem, to musiałem się zakochać. I bardzo chciała poznać imię mojej dziewczyny. A ja znów bardzo nie chciałem tego imienia zdradzić, przez wzgląd na chorobę ciocinej Mamy. Bo choć chciałem powiedzieć prawdę, to wydawało mi się, że to nie miejsce, czas i okoliczności na ujawnianie się i taką rozmowę. Odpowiedziałem, że to nie dla mnie, teraz mam inne rzeczy na głowie. Nieświadomie wzbudziłem w cioci wątpliwości. Do tego stopnia, że postanowiła wypytać Córkę, która o mnie już wie. Ta dzielnie odkręciła temat, nie zdradzając prawdy, ale natychmiast mi o tym powiedziała. Moja reakcja? Uśmiech :) Koniec końców, wyszło na to, że za moją zgodą potem jej powiedziała. Ciocia nie widzi problemów, bylebym tylko był szczęśliwy.

Co więcej, za moją zgodą wie też facet kuzynki. „O ile nie będzie się do mnie dobierał, to jego sprawa” — tyle skomentował. Heh :) Nie dość, że heteryk, nie dość, że nie w moim typie, nie dość, że zajęty, to ma jakieś obawy. Przecież nie dobieram się do każdego napotkanego faceta. Ale spoko :)

Z moją Ciocią póki co jeszcze się nie widziałem, natomiast z Kuzynką i jej Facetem — owszem, cały czas widujemy. Wszystko między nami jest tak, jak dotąd, jeśli nie lepiej.

Cieszę się, że tak swobodnie przychodzi mi żyć ze świadomością, że ktoś zna prawdę o mnie, ma tam sobie jakieś wyobrażenia, mniej lub bardziej mylne, ale ja nie muszę się tłumaczyć ani nic wyjaśniać. Nie czuję nawet takiej potrzeby, choć pewnie powinienem kiedyś wyprostować stereotypy. Oczywiście, być może kiedyś temat sam naturalnie gdzieś się wtrąci. A w międzyczasie całym sobą obalam mity, po prostu będąc sobą.

Tym razem muzyczna orgia. Dacie radę... osiem razy pod rząd? :)



The Irrepressibles, Arrow z albumu Nude, 2012
(album jeszcze się nie ukazał)



Marble Sounds, The Time To Sleep z albumu Nice Is Good, 2010




Ed Drewett, Good Morning, 2012
(zajumane od Spencera, dzięki!!!)
 


Ryan O'Shaughnessy, No Name z albumu Ryan O'Shaughnessy, 2012
(album jeszcze się nie ukazał)



Spector, Never Fade Away z albumu Enjoy It While It Lasts, 2012


Awolnation, Sail z albumu Megalithic Symphony, 2011
 


Gavin Degraw, More Than Anyone z albumu Chariot, 2003



Christina Aguilera, Beautiful z albumu Stripped, 2002
[nawet nie wiedziałem, że w teledysku były takie śmiałe jak na tamte czasy sceny!]

2012-07-20

Monogamia

Siostrzana Piękna Dusza zapytała (trochę retorycznie, trochę mnie), co właściwie gejów może ciągnąć do monogamii i szukania stałego związku? Pytanie dotyczyło w pierwszej kolejności gejów, ale uczciwie zostało uzupełnione o wszystkich ludzi (co dzisiaj ludzi może ciągnąć do monogamii).

Ja nie mogę udzielać odpowiedzi za innych ludzi, ani za innych gejów, ani za lesbijki czy biseksualistów. Co najwyżej tylko za siebie. Śmiem jednak twierdzić, że dla gejów i osób heteroseksualnych przyczyny są takie same albo podobne. A ja pomimo mojej przeszłości, wcale się nie różnię od innych gejów.

Co mnie ciągnie do stałego związku? Co mnie ciągnie do jakiegokolwiek związku (stałego czy za zgodą obu stron chwilowego) i dlaczego nie jest mi obojętne, z kim, na jak długo i w jaki sposób? Co mnie w ogóle ciągnie do drugiego człowieka?

Dobre pytanie, nieco przeze mnie rozszerzone, bo przypomnienie/uświadomienie sobie potrzeby fizycznej i duchowej bliskości człowieka odmieniło mnie na początku bloga. Tyle ostatnio miłości wokół i całkiem poważnych planów. Zarazem znam tylu „szczęśliwych” singli (nie z samotności, lecz skoro już są sami, to w tej samotności też próbują być szczęśliwi ─ sam tak siebie postrzegałem), tyle widzę nieporozumień i nieszczęścia między ludźmi w związkach, sam boję się możliwości krzywdzenia i bycia skrzywdzonym...

Po co więc narażać się? Czy warto ryzykować? Czy warto cierpieć dla szczęścia? Czy ból towarzyszy całą wieczność, a miłość tylko chwilę, czy też odwrotnie? Może to wszystko przereklamowany złudny mit? Zastanawiam się, co ze mną nie tak. Nie mogę narzekać na moje życie, po co więc do niego wprowadzać jakiekolwiek novum? Może wystarczą mi ci ludzie, którzy już są wokół, z dala od mojego wnętrza? Po co w ogóle mi życiowy partner. Może lepiej żyć i umrzeć samotnie?

Pamiętam taką scenę z ogólniaka: trzech kolegów wraca po lekcjach do swoich domów, jeden z nich obgaduje koleżankę postrzeganą przez niego za irytującą, głupią i grubą (nie, niestety nie czubili się wystarczająco, żeby się polubić, he he). Nie może zrozumieć, dlaczego taka nic sobą niereprezentująca dziewczyna (jakże bardzo się mylił!) śmie umawiać się z chłopakami. Drugi z nich komentuje, że najwyraźniej ona potrzebuje blisko siebie faceta, potrzebuje związku, a czy jest gruba i głupia czy nie, to nie ma nic do tego. Ten sam chłopak niemal wykrzyczał, że sam też nie chce być sam i ją rozumie. Dekadę później ten sam mężczyzna napisał niniejsze słowa.

W moim życiowym partnerze pragnę odnaleźć kompatybilną duszę i w moich oczach piękne ciało, które wespół będę mógł uwielbiać dniami i nocami, dopóki istnieję na tym świecie. Pięknie niedoskonałego człowieka wewnątrz i na zewnątrz. Który to samo odnajdzie we mnie. Pragnę takiego kogoś, kogo życie będzie moim życiem. By moje życie dopełniało swój sens jego życiem. Którego pracę, zajęcia, hobby, cechy charakteru, znajomych czy rodzinę będę w większości (ha ha, jestem realistą) szanował, wspierał lub wielbił bezwarunkowo. Kogo życie, zdrowie, pomyślność, sukcesy i porażki będą dla mnie ważniejsze niż moje własne. Kogo pragnienia i szczęście będę mógł i będę chciał zaspokajać każdego dnia, na ile sił, czasu i mnie samego starczy. Chcę takiego mężczyzny, który będzie mógł i będzie chciał czynić podobnie wobec mnie. Kto chciałby mnie uczynić (i z kim ja chciałbym stawać się) lepszym człowiekiem dla mnie samego, dla niego, dla innych ludzi. Kto sam przy mnie chciałby próbować być lepszym człowiekiem. Pragnę by nasze ciała budziła i tuliła do snu żywa i bezgraniczna namiętność. By nasz dotyk spotykał się na i w naszych ciałach, prowadząc je do szczytów ekstazy gdziekolwiek się znajdziemy. W partnerze chcę zatapiać moje ciało, by dusza umierała tylko z tęsknoty za każdym kolejnym razem z nim.

To nie jest minimum, lecz optimum, ale ja jestem realistą. Tak idealnie chciałbym przeżywać związek, możliwie najbardziej jak się tylko da, ale życie niesie nie tylko wzloty, lecz również upadki. Chcę z nich dźwigać się razem, pomagać sobie i wspierać się pomimo złych chwil, chorób, kłótni, nieszczęścia, strat.  Chcę by dwie istoty scalały się pomimo czegoś, co inni będą postrzegać jako nasze wady, niedoskonałości, błędy. Chcę być z takim partnerem nie tylko na dobre, ale i na złe.

Bo człowiek nie jest powołany do życia w izolacji od innych ludzi, przynajmniej większość z nas nie jest, a już na pewno co najmniej ja nie jestem. Potrzebuję możliwe najbliższej, prawdziwej, szczerej i naturalnej relacji z drugim, konkretnym, jednym człowiekiem oraz chcę wypełniać taką potrzebę w kimś. Całym ciałem i całym umysłem. W moim przypadku takie powołanie mogę dobrze wypełniać tylko z osobą tej samej płci.

Nie chcę pojawiać się i znikać w taki sposób w życiach zbyt wielu osób. Nie chcę zbyt wiele osób w taki sposób wpuszczać do mojego życia. Bo zaspokoimy tak tylko podstawowe i krótkotrwałe pragnienia, a dalej będziemy głodni i pozbawieni sensu, a z czasem nadziei. Bo kilkoma lub większą liczbą oderwanych chwil nie potrafię i nie chcę wypełniać długiego lub wiecznego życia.

Co więc może geja ciągnąć do monogamii? To samo co każdego człowieka. Miłość. Taka szczera, prawdziwa miłość. Taka już trwająca albo taka upragniona.

Bo niby czemu miałbym być inny niż wszyscy. Czy wszystkie osoby heteroseksualne są w stałych związkach? Czy wszystkie są ze stali i nie ulegają chwilowym namiętnościom? Czy wszyscy jesteśmy cierpliwi, wytrwale dążąc do celów? Czy w ogóle dla wszystkich życiowa połówka jest celem?

Pytanie miało swój kontekst, bez którego mogłoby być odczytywane jako ukryty zarzut, że monogamiczny gej w stałym związku to oksymoron. Hipotetyczny, wyimaginowany, prehistoryczny stwór z pogranicza bajek i legend, którego jeszcze nikt nie widział. Kontekst pytania pozwalam sobie zachować dla siebie, ale mogę zapewnić, że pytanie nie było zarzutem. Moim zdaniem przemawia przezeń troska i chęć zrozumienia.

W całym społeczeństwie są osoby dążące do monogamii oraz takie, które od niej stronią. Bez względu na orientację seksualną.

Moim skromnym zdaniem, homoseksualiści są niewdzięcznym materiałem badawczym jeśli chodzi o statystyki. Ze względów społecznych, wielu z nas się ukrywa, nawet w związkach, więc wszelkie badania są obciążone niereprezentatywnością. Z drugiej strony, jesteśmy przekrojem całego społeczeństwa, jeśli chodzi o wykształcenie, zawód, wiek czy miejsce zamieszkania. Dopiero jednak młodsze pokolenie odważa się mówić na głos. Nie jesteśmy jednorodną grupą, bo nie jesteśmy żadną grupą. Po prostu jesteśmy częścią naszych społeczności i całego społeczeństwa. Każdy z osobna, w swoim otoczeniu. Każdy niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju.

Blogosfera też nie jest reprezentatywna. Pisząc i czytając blogi, zazwyczaj trafiamy tu z jakąś motywacją. Na dłużej lub krócej. Próbujemy tu rozwiązać swoje lub cudze problemy. Potrzebujemy wygadać się, być wysłuchanym lub wysłuchać cudzej opowieści. Szukamy odpowiedzi na pytania, inspiracji, pocieszenia, bodźców. Szukamy i znajdujemy, albo i nie. Wpadamy z determinacją albo przypadkowo i z ciekawości zostajemy. Nie dają też prawdziwego obrazu filmy czy literatura. Przecież pokazują tylko to, co zainteresowało autorów, w zamiarze było warte opowiedzenia.

Ciekawe, że miłość heteroseksualną tak niewielu bada, analizuje, stwierdza, zmienia, nakazuje, zakazuje, krytykuje, potępia. Miłość homoseksualna doczekała się tego wszystkiego. Tylko za to, że ludzie kiedyś nie umieli rozpoznać, że to Ziemia okrąża Słońce, a homoseksualne myśli i czyny bywają naturalną częścią tożsamości człowieka, więc wszystko co nie było zgodne z ówczesną wiedzą, było społecznie i religijnie potępiane.

Paradoksalnie, jako z natury gej, z wyboru katolik, obiektywnie patrząc, większą niechęć niezamierzenie odbieram nie od niewierzących gejów, lecz od heteroseksualnych katolików. Nie wyrzekając się wiary, na tyle na ile mogę, chcę i potrafię ─ próbuję dobrze spożytkować swoje życie i moją tożsamość, w której orientacja seksualna jest jednym pośród bardzo wielu elementów tworzących moją skromną osobę. Nie potrzebuję ani nie oczekuję wsparcia od innych katolików. Tymczasem Brat w wierze wie, jak powinienem żyć i jak skończę. Ktoś potrzebuje naukowych dowodów i dyskusji nad moim życiem, żeby się nim nikt inny nie sugerował. Czuję się szufladkowany do cudzych schematów.

Owszem, mam to gdzieś. To Ktoś wciąż ma z tym problem, już nie ja, bowiem Ktoś tkwi w miejscu, ja poszedłem dalej. Tego Kogoś szczerze szanuję, zwłaszcza za samodzielne myślenie i odwagę prezentowania swoich poglądów poniekąd publicznie w takim miejscu. Tylko że głupio się czuję, gdy nade mną publicznie dyskutują nad moim życiem, które się jeszcze nie skończyło. Jak umrę to sobie ocenisz, czy mogłem przeżyć je lepiej niż Ty w mojej sytuacji. Ufam Bogu, że ma być tak, jak teraz zaczynam.

Życie w ukryciu oraz stosunek społeczeństwa do jednostki (chociażby chybiony domniemany), wpływają w istotny sposób na nasze życiowe postawy, bez względu na orientację. Ale to mnie ktoś chce rozliczać z każdego dokonanego i zamierzonego wyboru, choć kompletnie nie ma zielonego pojęcia o mnie i moim życiu. Film Skoonheid jest trudnym tego przykładem, bo może być opacznie odczytany jako dowód tego, że to z gejami jest coś nie tak, podczas gdy tę subtelną różnicę między postawami osób homoseksualnych widać dopiero w ostatniej scenie.

Nie wiem, czy, kiedy i jak dane nam będzie znaleźć i żyć z życiowymi partnerami. Nie wiem, czy i kiedy się odnajdziemy po zgubionych latach bez siebie, które każdy przeżywał na swój sposób. Teraz przynajmniej wiem, że wielu innych już wyczekuje chwili, gdy się poddam, by potwierdzić tezę przyjętą przez Nich jeszcze przed poznaniem tego bloga. Gdy w rozumieniu wielu osób upadnę, nie chcąc już miłości, bo rani, bo nie znalazłem, bo zbyt trudno, bo ileż można czekać. Jedni zechcą wtedy zalecać, że gdy brakuje miłości, pocieszenia należy szukać w samym seksie. Drudzy zechcą pouczać, że pedalstwo zamiast afirmować i promować należy poddać konwersji, tak jakby teraz homoseksualizm lansowano, w(s)pierano, broniono. Tak jakby heteroseksualizm był idealnym wzorem do naśladowania.

Jestem tylko i aż człowiekiem. Żyję. Nie jestem skałą. Czuję. Pragnę. Zwyciężam. Popełniam błędy. Upadam. Podnoszę się. Kocham ludzi, świat, Boga. Chcę kochać w szczególny sposób mężczyznę. Tu i teraz, pośród tych ludzi. Nie chcę tego czynić w sposób, w który moi oponenci sami mnie jednocześnie wpychają, zarzucają, przestrzegają i prorokują, jak się to może skończyć.

I choć do stałego związku nie jest mi potrzebny papierek, to nie mogę o czymś nie wspomnieć. Bo kiedyś sam uważałem, że społeczeństwo nie ma interesu, by mniejszościom pozwalać żyć tak, jak one chcą szczęśliwie żyć.

W najbliższym czasie (już w przyszłym tygodniu), Sejm Rzeczypospolitej Polskiej ma zająć się projektami ustaw m.in. o związkach partnerskich. Tak, polscy posłowie pochylą się nad zagadnieniem, czy para mężczyzn albo para kobiet w polskim społeczeństwie ma prawo się kochać i mówić o tym na głos przy akceptacji społeczeństwa. Czy gdy jeden z nas umrze, będziemy mogli być pochowani we wspólnym grobie. Czy możemy mieć wspólny majątek i możemy go po sobie dziedziczyć. Czy w agonii będziemy się mogli pożegnać w szpitalu. Czy społeczeństwo chce naszych monogamicznych związków, czy też wyczekuje tylko naszych upadków, bo tylko wtedy potwierdzą się przyjęte na wstępie tezy.

Polecam blog akcji wspierającej legalizację związków gejów i lesbijek w Polsce (nie: małżeństw). Co bardziej przekonani i odważni z Was być może zechcą go dodać do obserwowanych i skomentować. Co mniej przychylni zaszufladkują mnie do osób promujących homoseksualizm, tak jakby w ogóle dało się promować jakąkolwiek orientację.







 PS. Aktualności z mego życia innym razem :)

2012-07-14

Nie chcę być homoseksualistą

Ktoś trafił na ten blog szukając wyżej wymienionych słów w internecie. Być może wpisał je np. dziennikarz, psycholog, psychoterapeuta albo po prostu ktoś zainteresowany zagadnieniem samoodrzucania orientacji seksualnej. Być może jednak słowa te wpisał Ktoś, kto nie akceptuje odczuwanego przez siebie pociągu seksualnego do innych osobników własnej płci. Jeśli jesteś taką Osobą, poniższe słowa kieruję do Ciebie.

Ja też bardzo długo nie chciałem być homoseksualistą. Starzy bywalcy tego bloga wiedzą to aż do znudzenia [;)], ale ponieważ Ty trafiasz tu zapewne po raz pierwszy, odsyłam Ciebie do starszych wpisów chronologicznie.

Doskonale wiem, co czujesz. Serio. Przechodziłem to przez kilkanaście ostatnich lat. Bywało różnie, raz lepiej, raz gorzej, najczęściej po prostu się żyło na przeczekanie aż samo minie. Te wszystkie lata czekania pozwoliły mi nabrać dystansu i upewnić się, jak powinienem żyć, zwłaszcza, że jestem katolikiem.

Cały czas byłem, jestem i zawsze będę homoseksualistą, niezależnie od tego, że kiedyś nie dopuszczałem takich stwierdzeń nawet do własnych myśli. Moja/Twoja postawa wobec siebie, ludzi i świata nie mają wpływu na moją/Twoją orientację seksualną.

Jeśli jesteś osobą dojrzałą, a popęd płciowy (pociąg seksualny) do osób tej płci, co Twoja, jest niewątpliwie silniejszy niż seksualne zainteresowanie płcią przeciwną (tj. jako mężczyzna pożądasz mężczyzn zdecydowanie bardziej niż kobiety) — to jesteś homoseksualistą. Może Ciebie ciągnąć sama atrakcyjność i seksualność fizycznego ciała, może Ciebie pociągać potrzeba duchowej i psychicznej bliskości z drugim człowiekiem — tej samej płci. Przejawiać się to może w podejmowanych działaniach, odbieranych bodźcach, odczuwanych potrzebach, przeżywanych fantazjach, zapamiętanych snach. Co do zasady wobec płci albo tylko do ściśle konkretnej osoby lub osób.

Jeżeli wolisz płeć przeciwną (tj. mężczyzna — kobiety, kobieta — mężczyzn), ale „coś” czujesz do tej samej płci zdecydowanie słabiej, rzadziej, krócej i mniej pewnie — możesz być heteroseksualny lub biseksualny. To też są orientacje seksualne.

Homoseksualny byłeś, jesteś i zawsze będziesz. Choćbyś cały czas dobrze się ukrywał i zachowywał pozory. Chociażbyś nigdy nie pasował do stereotypowego obrazu geja. Bez względu na to, czy ktoś inny wie. Niezależnie od tego, czy przed samym sobą się do tego przyznajesz.

Orientacja seksualna to jest fakt. Obiektywna prawda. To nie jest wybór. Tak po prostu jest, bez względu na to, czy tego Ty lub ktoś inny chce, prosi, oczekuje, żąda, nakazuje, zakazuje lub nie.

Po prostu tak czujesz. To wszystko jest normalne. To czysta biologia, sama natura naszego człowieczeństwa. Nie ma w tym absolutnie nic złego. To nie jest zboczenie ani wynaturzenie, po prostu część z nas obiektywnie ma taką orientację. Tak było poprzez wszystkie wieki znanej historii ludzkości.

To nie minie. Ani samo, ani przy Twoich próbach, ani z pomocą z zewnątrz. Orientacji zmienić się nie da. To nie jest choroba, tego się nie leczy. Co więcej, czekanie nic nie da, a modlitwa też nie pomoże. Terapie twierdzące, że przestaniesz odczuwać pociąg fizyczny i psychiczny do tej samej płci, nie przyniosą nic poza przejściowym złudzeniem, które minie na pstryknięcie palca, gdy nie będziesz do tego gotowy. Nie będziesz nigdy byłym (ex-) homoseksualistą.

Możesz tylko i powinieneś natomiast z tym się pogodzić. W miarę możliwości jak najszybciej, bo nie ma żadnych obiektywnych powodów, żebyś tym miał się zadręczać i dołować. Zaakceptuj prawdę i naucz się z nią dobrze(!) żyć.

Wiem, jakie to niełatwe na własnej skórze. To jest pewien krótszy lub dłuższy proces w Twoim umyśle, którego potrzebujesz.

Potrzebujesz, by naprawdę szczęśliwie przeżywać kolejne lata swojego pięknego życia.

Nie kieruj się oczekiwaniami innych ludzi. Tak jak ja przez wszystkie lata nie chciałem zawieść rodziców, a zamiast tego nie odważyłem się ułożyć sobie życia. Musisz żyć dla siebie, być może również dla swojego ludzkiego otoczenia, ale to Twoje życie, ono nie należy do innych.

W tej ani w późniejszych chwilach nie musisz na siłę nieodwracalnie decydować, jak dokładnie chcesz żyć. To jest już decyzja, ją niemal zawsze możesz zmienić.

Czy będąc homoseksualny godzisz się na dożywotnie życie w czystości („celibat”), czy chcesz fizycznej oraz/albo psychicznej bliskości z drugim człowiekiem. Czy potrzebujesz obecności całego człowieka tak często jak to tylko możliwe, czy też może tylko przelotnego seksu. Czy i jak głęboko pozostajesz ukryty w szafie, czy też w jakimś gronie znajomych/rodziny z niej wychodzisz.

Taka świadomość własnych oczekiwań od życia przyjdzie w swoim właściwym czasie, nie wcześniej ani nie później, ale dopiero wtedy, gdy będziesz na to gotów. Przede wszystkim, przestań wreszcie tracić czas na zaprzeczanie prawdzie. Zaakceptuj siebie takim, jakim jesteś, żeby dobrze i możliwie szczęśliwie przeżyć życie. Czas najwyższy. Czeka Cię wspaniałe, piękne życie, tylko chciej właśnie tego! Przestań żyć, jakby Cię nie było. Bądź sobą.

Nie, ja nie potrzebuję ani chcieć ani nie chcę być homoseksualistą. To nie jest kwestia chcenia. Owszem, taki cały czas byłem, jestem i zawsze będę! Szkoda, że nie odnalazłem tego w sobie wcześniej, ale lepiej później niż wcale. W końcu cieszę się z tego :)

PS.
Czytelników bloga wyczekujących na wieści z mojego świata proszę jeszcze o chwilę cierpliwości :) Mój świat też się dopomina o obecność :)

[Stardust, proszę tylko nie odnoś powyższego wpisu jako moje pogrążanie się w przeszłości :) Być może uda mi się tym wpisem zasiać potrzebę porzucenia przeszłości w innych osobach podobnych dawnemu mnie :) I tylko tyle, ze mną prawie wszystko OK]


M83, We Own the Sky z albumu Saturdays = Youth, 2008
[K&G: o nie, to nie ja skradłem to niebo ;) ja byłem pierwszy :P]



On the Rocks, Bad Romance, 2010
(oryg. Lady Gaga z albumu The Fame Monster, 2009)
[a co, nie może być dwóch? :P ale tę skradłem ;)]