Życie potrafi przytłaczać. Codzienność, obowiązki, brak czasu i pieniędzy, chorowanie, tragedie, brak bezpieczeństwa, kłótnie, frustracje, bezradność, niedostatek wiary, nadziei, miłości lub odwagi, niespełnione marzenia, niepewność… W domu, pracy, szkole, sklepie, w otoczeniu. Własne, cudze. Duszone w ciszy, wzajemnie podtrzymywane, rozsiewane wokół.
Wszyscy mamy jakieś problemy. Powiedzenie, że inni mają gorzej, albo też im coś innego dolega, nam pomaga na krótko. Nic dziwnego. Nieszczęściem cudzym szczęścia własnego nie zbudujemy. Choćby negatywne emocje twierdziły inaczej.
Czy faktycznie o szczęście chodzi?
Przecież zaledwie do niego dążymy. W ciągu życia, różnie bywało, jest i będzie. Zawsze jest jakieś „ale”. Dla wierzących, pełne szczęście osiągniemy dopiero po śmierci. Niektórzy dodadzą, że dopiero po odpokutowaniu grzechów.
Czy wierzymy czy nie, jak jednak dobrze żyć już tutaj i teraz? Przecież większość z nas czeka jeszcze trochę lat życia. Zamiast się męczyć, niemal wszyscy chcemy możliwie szczęśliwie ułożyć sobie życie. Znacznej części się to udaje.
W byciu szczęśliwym, w poszukiwaniu i dążeniu do szczęścia, nie ma przecież nic złego. Budujemy materialne i duchowe dobrobyty dla siebie, własnych rodzin, naszego ludzkiego otoczenia i potomnych pokoleń. Całego świata nie zbawimy, ale jakiś fragment świata, naszego i cudzego, chcielibyśmy ułożyć po swojemu.
Owszem, definiując swoje szczęście lub uzurpując definicję cudzego szczęścia, możemy się pomylić, źle je rozpoznać albo dobrać szkodliwe lub neutralnie nieskuteczne narzędzia. My sami oraz nasze ludzkie (i anielskie) otoczenia zweryfikują jednak z czasem tak cel, jak środki.
Można zarażać szczęściem, jeśli faktycznie o czyjeś szczęście tu chodzi. Jednakże, wmawiać siłą coś komuś jako jego własne szczęście, lecz nie tak, jak je ktoś rozumie i pragnie, lecz tak, jak my je pojmujemy, byłoby co najmniej nierozsądne, jeśli nie krzywdzące. Możemy próbować dialogu i motywowania, ale jeśli nie widzimy efektów lub co gorsza wprowadzamy tym komuś większy chaos, trzeba być czujnym i albo zmienić sposób oddziaływania, albo porzucić dotychczasowo postrzegany cel. Inaczej dobrymi chęciami odbieralibyśmy komuś godność i sens życia, jak to się dziś często dzieje.
Nie bójmy się natomiast wyznaczać i próbować własnego szczęścia. Mamy do tego prawo, możemy o to zabiegać. Nic od razu ani samo za nas się nie dzieje, wszystko jest procesem, wymaga jakiegoś wysiłku. Raz pod górkę, raz z górki, raz niziną, raz szczytem. W różnych proporcjach i zakresie. Tak po prostu jest, tak ma być. Obrażanie się na świat, los, Ludzi, Boga, nic tu nie pomoże.
Niektórzy nie potrafią być szczęśliwi. Tak im się wydaje, tak wmawiają sobie, innym. Chcieliby od razu, bez przygotowania, bez wiedzy i prób, bez cierpliwości, żeby się po prostu już stało, zadziało i skończyło, co by stanu zmienić nie zdążyło. Nie chcą wszystkiego, ale czegoś konkretnego, dla siebie upatrzonego. Wydaje im się, że chociażby do tego jednego upatrzonego celu mają prawo, a wszyscy wokół obowiązek, by natychmiast się stało. A tu nic się nie dzieje lub nie tak, jak chcą.
Pochłanianie wiedzy nie przynosi oczekiwanych ocen. Pracy nie ma, a jeśli jest, to nie taka jak chcemy lub bez potrzebnych pieniędzy. Relacje z jakimś człowiekiem mimo naszych prób nie wychodzą najlepiej. Bóg nie wysłuchuje modlitw. Po co więc się uczyć, szukać pracy i pracować, nastawiać drugi policzek i kochać, lubić, szanować, modlić się?
Tak wiele rzeczy składa się na poczucie bycia szczęśliwym. A jedna rzecz potrafi zaćmić wszystkie szczęścia jednym drobnym nieszczęściem. Dlaczego nie potrafimy się cieszyć tym, co mamy, rozpaczając za czymś, czego (jeszcze) nie ma? Dlaczego nie potrafimy, ba, nawet nie chcemy, nie próbujemy dążyć do tego, by to zmienić?
Życie jest czymś przejściowym. Czymś, co przemija. Potrafi zacząć i skończyć się w sekundę, ale nim to się stanie, to będzie się trochę działo. Mamy na to wpływ. Całe życie w jakimś sensie jest procesem, zmianą, przemianą. Ślepo i nieświadomie spokojnym osiągniętego szczęścia być nie warto, ale też nie należy popadać w niepokój, bo ilekroć, kiedykolwiek i cokolwiek się (nie) stanie, przecież powracać będziemy do zaktualizowanego szczęścia. Wpierw tak samo nie warto poddawać się, bo przecież dopniemy swego.
Co zrobić, gdy w tym całym swoim nieszczęściu nie tylko nie widzimy szczęścia, nie tylko się nam nie udaje, ale i wydaje się nam, że już nie potrafimy jego szukać, a nawet nie potrafimy być szczęśliwi?
Być może, trzeba wziąć oddech.
Oddech dziecka przychodzącego na świat. Oddech wtłoczony w płuca przez ratownika metodą usta-usta dla ratowania życia. Oddech pochłaniający powietrze z drzew, kwiatów, owoców czy perfum. Oddech ukochanej osoby odczuwany na własnej skórze. Oddech dla siebie i kogoś, od siebie, kogoś, czegoś. Jeden, drugi, trzeci, kolejny.
Jeśli coś nie działa, nie wychodzi, nie udaje się; albo boimy się, że mogłoby nie działać lub nie jesteśmy pewni, czy (za)działa; jeśli mamy mętlik w głowie ― może czasem spróbujmy dać odetchnąć i pooddychać. Daj pooddychać komuś, daj pooddychać sobie. Od czegoś, od kogoś, od siebie. Skup się spokojnie, wsłuchaj się milcząc, poczekaj, przeczekaj, wytrzymaj, zatrzymaj. Ale nie porzucaj, nie szukaj gdzie indziej ani innych osób. Być może obrane cele i środki, geograficzne i ludzkie otoczenia, z małymi poprawkami, przyniosą w dłuższej perspektywie szczęście.
Tylko pozwól jej zaistnieć. Nie bój się zmian. Nie bój się ponawiać prób. Nie bój się czekać. Nie bój się ufać. Czasem tak też trzeba, jeśli nie częściej. Bo życie jest rzeką, która płynie, a nie spokojną taflą w szklance wody. Czymże są pojedyncze pozorne porażki, pozornie stracony czas, zawiedzione nadzieje i zaufanie ― wobec możliwości, perspektyw i szczęścia, jakie mogą przynieść, wobec czasu dalszego życia. Nie ma nic nieulotnego i łatwego, ale czy nie warto podejmować i ryzykować zmiany, próby, czasu i zaufania, by czynić wszystko, by szczęście czasem osiągać, by było możliw(i)e jak najdłużej? Nikt z nas nie wie, czy i ile uda się nam osiągnąć, póki nie spróbuje.
Bo przecież nic nie musisz. Jeśli w ogóle, to możesz móc, jeśli wyjdzie; możesz chcieć. To wtedy się udaje. Gdy będziesz musiał być szczęśliwy, to tego nie osiągniesz. Nie musiej. Módz (chciej).
Zaufanie, cierpliwość, wytrwałość, zmiana. W różnej kolejności i stopniu. Koła pojazdu wiozącego do wielu różnych szczęść, za każdym razem i od nowa. I oddech, by to wszystko rozpocząć.
Thomas Fiss, Breathe z albumu Chasing Satellites, 2012
Kodaline, High Hopes z albumu o tym samym tytule, 2012
Od ostatniego biegania
dużo się działo. Niepodlegli, dojrzewamy w miłości. Teraz dalsze
dystanse nas czekają. Przygotujmy się do dalszych biegów…
Dawno też tyle słońca nie było. Wciąż
wieje i zimno. Przynajmniej nie pada. Gdy bieganie wznawiam.
Dziś sam, ale
przecież już nie sam, teraz już razem, a kolejne tygodnie,
miesiące i lata tak wiele dobrego przynosić mogą. Niech się nie
krępują, niech nikt i nic nie przeszkadza. Razem nadajemy i
odnajdujemy. Ścieżki, melodie, słowa, sens, nadzieję. W
kończynach, umysłach, sercach naszych…
Błoto na całej szerokości. Wejście i
pierwszy odcinek ścieżki rozjechane ciężkimi kołami. Padało.
Rankiem dziś na szczęście przy gruncie mróz. Wiosną nie będzie
tak fajnie. Ominąć nie ma jak.
Często przecież w
życiu ominąć niektórych faktów, rzeczy, a nawet Ludzi, także
się nie da. Jednych pragniemy, i dobrze, a z innymi wolelibyśmy
styczności nie mieć lub przynajmniej rzadziej, ale nie zawsze się
da, nie rzadko przez błoto przebiec trzeba, choć brudzi.
Z pokory i
cierpliwości czerpać pozostaje. Nie skreślać wody, co w Wiśle i
Odrze upłynęła, ani tego i tych, co z sobą na brzeg nanosi lub
nanieść może, choćbyśmy już nie dla brzegu żyli, lecz głębiej
wbiegali na stały ląd. Czasy i miejsca, nie mniej niż ich
niedostatki, serca ludzi łączą, gdy te punktami dalekie, a mimo
to, coraz bliższe…
Ostatnim latem tylu biegaczy nie widywałem, co
dziś zimą. Bieganie coraz popularniejsze. Lokalnie indywidualne,
zbiorowe widuję na ulicach miast. Ludzie się zmieniają.
Poznają piękno tego,
co dotąd strachem i lenistwem zatapiali. Nie wszyscy widzą i chcą.
Różnorodny świat nam dano, nie wszystko dla wszystkich, ale co
jednym nie służy, innym niech nie odbierają. Z pozoru takie
pedałowanie i dreptanie jest bez sensu, ileż to obśmiewania się
słyszy, bo nie rozumieją. A teraz samemu i razem, na kołach i
butach, coraz piękniej przemierzamy własną wytrwałość i
zamiłowanie. Bo temu, co robimy lub nie, my sens nadajemy, nie inni.
Nie dawajmy sobie odebrać dobrego sensu, w czymkolwiek, choćby inni
zły wepchnąć nieświadomie chcieli…
To już nie ten sam park. Ścieżki te same.
Drzewa te same. Liści wszechświata zielonego tylko nie widać.
Całorocznej tęczy kolorów paleta, teraz skryta pod ciemną korą i
ziemią. Puste kolorami, dźwiękiem przestrzenie. Tylko nieliczne
ptaki popiskują.
Sercem dźwięki
melodii dni ostatnich wchłaniam. Słów zbyt dużo, czasem ich brak,
czasem nie trzeba. Do głowy i serca przychodzą różne, jednym(i)
budować łatwo, choć nauk nie
dano. Proste słowa, a nie wyczerpane. Umacniajmy sobą
ściany, by budynek na dłużej posłużył, zdążymy się w nim
wspólnie zestarzeć. Wstawiam okna, by nimi światło nadziei
wpuszczać pośród innych budynków i ich mieszkańców, choćby
dusili i cieniowali pobliże…
Raz dwa trzy, raz dwa trzy. Ruchy
stawów i kości w kończynach, powietrza i krwi w moim środku.Wszystkozgrane.
Niektórych rzeczy człowiek raz nauczony już nie zapomina na
szczęście.
Tak dochodzonej
rzeczywistości nie przewidywałem, na szczęście. Kamyczków,
rzucanych, by mnie poruszyć, popchnąć do ruchu, przechylić szalę,
umożliwić kolejne ―
musiało być wiele, by to wszystko teraz mogło się w nas dalej
dziać. Wdzięczność i dalsze zaufanie Im i Bogu w Nich, przez
których działa. Dawniej, teraz, wkrótce. Ale to my sami musieliśmy
wpierw nie przeszkadzać a pozwolić zadziałać.
Rodzice, dziadkowie,
przodkowie, rodzina, naród, ludzie. Bez nich by nas nie było.
Musieli być, by stały ściany domów, miejsc nauki i pracy.
Własnymi łzami i potem budowali przyszłość. By mogli żyć tak,
jak chcą, a nie, jak chce drugi człowiek: wójt, pleban, partia,
okupant, zaborca, feudalny właściciel. Bym i ja mógł żyć.
Walczyli o wolność, życie, ludzi, szczęście.
Tu śnieg, tam błoto. Zimą trudniej.
Styczniem rozpoczęte
powstanie, tak hucznie niedawno wspominane, krwawo stłumiono. Ile
tragedii, gdy przodek owdowiawszy, szybko drugiej żony we łzach
szukać zmuszony, by dziećmi miał kto się opiekować w trakcie
robót w polu, by nie musiał wcielony do wojska zabijać cudzych
dzieci. Niejedną bitwę i wojnę przegrali, ale nie poddawali się i
choćby dziś wciąż brakowało, bez dawnej odwagi nie byłoby tego
dobrego, co jest dzisiaj…
Każdy ma swój bój,
walkę. Wdzięczny jestem, że już nie o życie, już nie o wolność,
lecz tylko postawą życiową z takim puzzlem udowadniać nam
przyszło.
Ostatnie okrążenie. Zmęczony. Kończę bieg.
Ten. Na dziś.
Przeogromnie piękne
Serce we wspaniałym Ciele z urzekającą Duszą w jednym
fantastycznym Człowieku. Z miłości do Ciebie oddycham, piszę,
biegnę i czuję. Ten pociąg biegu nie kończy, dopiero rozpędzać
się zaczyna. Nie wszyscy wsłuchani w zapowiedzi w poczekalni, my
jednak na swój pociąg trafiliśmy. Jego bieg po mapach naszymi
marzeniami i snami obmyślony przed laty. Teraz razem je układamy.
Dowiedziałeś się, że w najbliższej rodzinie, wśród krewnych, przyjaciół, kolegów ze szkoły czy pracy, innych znajomych lub sąsiadów, których dotąd szanowałeś, lubiłeś, ba, być może nawet kochałeś jak brata, masz tego homoseksualistę, geja, pedała, ciotę, zboczeńca, odmieńca, zboka, pederastę, sodomitę, kochającego inaczej... A przecież to Twój własny syn, brat, kumpel z piaskownicy! Jak on mógł Tobie i swoim bliskim to zrobić?! Co powiedzą inni? Jak można się do takiego przyznać? Dlaczego on jest nienormalny? Dlaczego zawiódł Wasze oczekiwania? Dlaczego nie chce być taki, jak powinien?
Ale wstyd!
Jakim prawem promuje takie wynaturzenia? Dlaczego stosuje perwersyjną, rozwiązłą i rozpustną propagandę epatowania wypaczonymi zaburzeniami seksualnymi? Swoim zachowaniem sam pozbawia się godności i człowieczeństwa, ale jakim prawem zagraża i narzuca się normalnym ludziom, młodzieży, dzieciom, małżeństwu, rodzinie? Dlaczego śmie pokazywać się poza czterema ścianami, zabierać głos, przypominać o swoim moralnie zdeprawowanym istnieniu, przyznawać się do swoich nieetycznych występków i homoseksualnych zbrodni przeciwko ludzkości i pokojowi na świecie? Takie hedonistyczne osoby deprecjonują tradycyjne wartości, zacierają różnicę między dobrem a złem, świętością a grzechem. Zamiast sam zacząć pracować i płacić podatki, zająć się czymś pożytecznym, biedą i ubóstwem na świecie, bezrobociem czy kryzysem gospodarczym, zawraca taki dewiant innym głowę jakimś wydumanym tematem zastępczym, swoimi niewyżytymi seksualnymi zachciankami i dewiacjami.
Normalnie, wstyd!
Wiadomą i oczywistą oczywistością jest przecież to, że to to należy tępić, inaczej postępowa, liberalna, lewicowa i antyklerykalna laicyzacja doprowadzi do legalizacji poligamii, kazirodztwa, pedofilii, zoofilii i nekrofilii, które ów pedał też skrycie praktykuje lub na pewno chciałby. Udaje pozory nieprawdziwej, zakłamanej, fałszywej, fikcyjnej, urojonej, schizofrenicznej i chorej miłości. To jest sprzeczne z naturą, biologią, fizjologią i anatomią normalnego człowieka. To przyczynia się do zakażeń HIV/AIDS i innych chorób wenerycznych, których kiedyś tyle nie było, to wszystko ich wina. Homoseksualizm zagraża życiu i zdrowiu, to się przecież leczy. Nieużyteczne i nikomu niepotrzebne pedały zagrażają społeczeństwu i państwu, walczą z porządkiem i czystością mężczyzny, sieją tylko etyczny zamęt, podkopują fundamenty i podwaliny cywilizacji, obrażają Boga, niszczą Kościół i Naród, przyczyniając się do jego moralnego upadku, autodestrukcji, degeneracji i kryzysu rodziny oraz ogólnoświatowego nieładu i degrengolady. Występują przeciwko dobrobytowi porządnych ludzi, wbrew ciągłości i przedłużeniu gatunku ludzkiego. To jest jawny atak i zamach terrorystyczny na wszystko, co do tej pory najlepszego, nienaruszalnego i nietykalnego wytworzyły przez wieki pokolenia prawdziwie cnotliwych ludzi, a oni teraz chcą to wszystko odebrać, zniweczyć, zaprzeczyć, zburzyć. Homoerotyzm to zezwierzęcenie i uniżanie się istot, które kiedyś były mężczyznami, odbierając tym sobie to zaszczytne miano.
Wstyd!
Tylko małżeństwo mężczyzny i kobiety zapewnia optymalny i należyty model życia, który należy wspierać za wszelką cenę. Związki jednopłciowe nie są pożądaną normą, nie zasługują na uznanie, wsparcie ani akceptację, są natomiast niesakramentalnym, nieobyczajnym wybrykiem i dziwactwem znikomej grupy pojedynczych, nielicznych, żałosnych, błądzących i zepsutych do szpiku kości ludzi. Pederaści nie mają i nigdy nie będą mieć dzieci, biologicznych ani adoptowanych, a jeżeli takie w ich pobliżu się znajdują, należy je im odbierać, choćby do sierocińca. Istnienie pedałów odbiera innym prawo do posiadania żony i dzieci, stanowi realne zagrożenie i przeszkodę w normalnym rozwoju innych dzieci, przyczynę dysfunkcji i patologii prawdziwych rodzin, których oni nie tworzą, a którym oni odbierają pozytywne wzorce, wartości i etos. Homoseksualistom żyje się zbyt dobrze, już mają za dużo praw, kosztem wykreślenia całego Dekalogu, zdefraudowania Prawa Bożego, a nawet likwidacji małżeństwa mężczyzny i kobiety. Nadużywając wolność i wykorzystując prawo do wypowiedzi, w niecnych celach chcieliby wyłudzić i zagarnąć wszystkie przywileje tylko dla siebie, celem zalegalizowania niekonstytucyjnego, niebiblijnego, łatwego, hulaszczego, sielankowego, wygodnickiego i sodomickiego życia w nietrwałych, niewiernych, antymonogamicznych, wolnych związkach otwartych, w konkubinacie, na kocią łapę, bez trudu zobowiązań i konsekwencji, opartych tylko o seks, erotykę, pornografię, sadomasochizm i inne obrzydliwe procedery i li tylko cielesne doznania.
Wstyd, wstyd, wstyd!!
A niechby już nawet to to było udawane daleko z dala oczu, ale dlaczego blisko nas?!? Przecież nie muszą tego praktykować tutaj i teraz, niech wyjadą gzić się na Madagaskar. I jeszcze mi odgrażają, że zakażą homofobii i mowy nienawiści. Sami wzbudzają do siebie i wzniecają przeciwko sobie uzasadnioną, uprawnioną i usprawiedliwioną nienawiść, agresję i dyskryminację. Ja tylko spokojnie chcę żyć bez takich różowych nowinek. Nikt się nie wtrąca w ich pedalski żywot, niech się kochają jak chcą, ale niech nie zmuszają nas, byśmy to tolerowali i akceptowali. Nas do tego niech nie zmuszają ani w to nie mieszają. My tak nie chcemy i nie zamierzamy. Nie zezwalamy na istnienie lobby gorszych ludzi, wprowadzenie dyktatury relatywizmu, narzucanie poglądu mniejszości nad jedyną prawdą, której właścicielem jest większość. To, co wiąże „tych” dwóch panów, nie może być nazywane taką samą „miłością”, jaka łączy tylko mężczyznę z kobietą. To nie mieści się w definicji związku dwóch ludzi.
Masz nieopodal pedała. Ale wstyd!
Ten pederasta powinien się wstydzić, zejść z oczu i ust, trzeba wykreślić go innym z głowy i
serc! Jego imię i istnienie należy przemilczeć, trzeba się go wyrzec,
kto może niech wydziedziczy. Najlepiej, żeby sam opuścił okolicę,
wyjechał za granicę. Albo przynajmniej wykastrować go, zamknąć na
przymusowym leczeniu psychiatrycznym. Niech się sam powiesi, rzuci pod
pociąg, rozwiąże problem. Mogą go spotykać wszelkie nieszczęścia,
choroby, zasłużone cierpienie. Zapracował, przyczynił się przecież.
Chciał taki być, dokonał wyboru, niech płaci. Hańba. Na pohybel z nim. Z
nimi wszystkimi. Każdy taki sam.
Być może do pedałów mógłbyś nic nie mieć, ale doprawdy, dlaczego wszyscy preferują
analnie w d...?!? Jak mogą tak zohydzić seks? No bo niby jak to tak, facet z facetem, pocałunek w usta? Ohydne! A niby gdzie ch.. wepchać, c... przecież brakuje, nawet cycków babie nie pomaca. Gdzie pcha te ręce, gdzie pcha swojego, odbyt służy do srania a nie p......... Zaraz rzygnę. To jest zdecydowanie nieakceptowalne, nie do przyjęcia. Nie można tak.
Wstydźcie się, pedały!
I teraz ten marny, znany Ci człowiek, też został ciotą! Z własnej nieprzymuszonej woli, tak po prostu, dobrowolnie. Co za wstyd!
A może, ktoś inny dowiedział się, że to Ty jesteś gejem, ale nie przyjął tego dobrze. Albo
chciałbyś powiedzieć, ale obawiasz się braku akceptacji. Bo zareagował
lub zareaguje mniej więcej tak, jak powyżej. Bo tak naprawdę trochę sam siebie nie akceptujesz, albo nie oczekujesz od innych, żebyś miał prawo do bycia akceptowanym takim, jakim jesteś. I z tych powodów, wszystkich lub jednego, jest ci
przykro, że nie zasługujesz nawet na tolerancję i szacunek, nie
potrafisz chcieć się zmienić, albo ci to nie wychodzi. Przynosisz taaaką ujmę i plamę na honorze dobrego
imienia i czci prawomyślnej, religijnej, wzorowej rodziny. Tylko ty
jedna czarna owca, wszyscy od ciebie są lepsi, tyś najgorszy. Ludzie
obgadują i plotkują lub dopiero zaczną oblewać smołą, wyśmiewać,
szantażować, prześladować, znęcać się, rzucać kamieniami, bić. Będzie wstyd, już jest wstyd. Być może Ty sam już akceptujesz siebie takim, jakim jesteś, ale na Boga, jak masz powiedzieć innym i co zrobić, skoro ktoś wie lub gdy się dowie?
Dość.
Nie wiem, czy jesteś tym pierwszym, czy tym drugim Człowiekiem, którego możliwe skrajnie negatywne i dołujące myśli i emocje, trochę przesadnie zestawiłem. Nie wiem, czy czujesz pogardę, nienawiść, złość, rozczarowanie, niepokój, przykrość, ból, obojętność.... Do Kogoś, czy do Siebie. A może tylko do tego, jaki jest Ktoś lub jaki jesteś Ty, nie odbierając godności Człowieka, bo póki co śmiesz utrzymywać, że to sam Człowiek takim homoseksualnym zachowaniem sobie ją odbiera?
Nie wiem, skąd się tu wytrzasnąłeś, z Księżyca przecież nie spadłeś. Może z Marsa, ale to trochę daleko od Ziemi i tego, co się tutaj naprawdę cały czas dzieje. Najwyraźniej jakoś tu trafiłeś i doczytałeś do tego miejsca. Tych kilka więcej chwil Cię nie zbawi (a może?), więc czytaj dalej do końca.
Osoby z dużą empatią, prawdopodobnie nie były w stanie tego steku prawd nieobjawionych doczytać do końca. Osoby, których to dotyka, również. Do głębi resztek moich zasobów łez, przepraszam, że być może słowami takimi wzbudziłem w Tobie negatywne emocje. Byle nie głupi śmiech.
Trudno się przez nie przebić, nieprawdaż? Trudno teraz ot, tak, przejść spokojnie z uśmiechem do innych rzeczy, jakby nic się nie stało. Emocje wpływają na to, co i jak rozumiemy, słyszymy, mówimy, czynimy. Lub raczej chcemy rozumieć, słyszeć, mówić i czynić. A inni nie chcą zrozumieć, usłyszeć, pozwolić nam powiedzieć i zrobić. Złe utrudniają, dobre ułatwiają.
Dość!
Jak poradzić sobie z tak wielkim bagażem negatywnych słów, emocji i wyobrażeń o gejach, o nich samych, w nich samych albo w ich otoczeniu? Własnych, cudzych. Zupełnie zbędnych i niepotrzebnych. W dodatku nieprawdziwych.
Jak poradzić sobie z tą górą narosłych barier, poruszeniem w sercu lub umyśle, ciężarami dla ducha? Pomimo potrzeby zrozumienia kogoś innego, skoro już musimy mieć z nim do czynienia, a mimo tego, nie wypada lub nie można go zrozumieć. Pomimo potrzeby bycia zrozumianym przez kogoś innego, skoro już mamy z nim do czynienia, a mimo tego, ten ktoś nawet się nie wysila, nawet nie próbuje nas wysłuchać i zrozumieć.
Co musi (po)czuć gej, gdy (u)słyszy takie słowa? Jakie mechanizmy powodują, że zbyt wielu odbiera sobie życia, a niektórzy popadają ze skrajności w skrajność? Jak wiele trzeba im jeszcze odebrać normalności, by stali się tak nienormalni, jak się im próbuje wmówić?
Nie wiem, skąd Twój wstyd. Dlaczego wstydu oczekujesz od Kogoś. Dlaczego wstydzisz się Kogoś. Dlaczego wstydzisz się przed kimś. Dlaczego wstydzisz się za Kogoś. Dlaczego godzisz się na wstyd, wzbudzasz to w sobie, wywołujesz w innych, pozwalasz robić to innym. Dlaczego cudze Życie tak mocno jest Tobie solą w oku, niestrawnością w żołądku, rozwolnieniem w ostatniej części układu pokarmowego.
Doprawdy, aż tak wielką rzeczą jest orientacja seksualna, większą niż sam Człowiek, ważniejszą niż nawet Bóg? Czy ten element osobowości uniemożliwia i niweczy wszelką komunikację, godność, szacunek i miłość do bliźniego? Usprawiedliwia te wszystkie emocje, które zrodziły się wskutek słów, które padły? Czy doprawdy miały paść? Czy można komuś odebrać wszystko? Jakie „...ale...”?!? Są jakieś wyjątki?
Dość!!!
Zamilcz.
Wysłuchaj.
Nie wiem, jakie masz wyobrażenia o gejach. Na pewno zbyt dużo w tym stereotypów, generalizacji i uproszczeń, wykreowanych przez media i wieść gminną niesioną drogą kropelkową. To jest zaraźliwe. Strzeż się nienawiści i przemocy. Uważaj, by nie zgubić w tym wszystkim Człowieka. Zwłaszcza, jeśli do tej pory nie był Tobie obojętny. Zwłaszcza jeśli, gdyby jednak nie był homoseksualny, w gruncie rzeczy dalej na Nim by ci zależało. A skoro jest gejem, to już Ci nie zależy? Taki warunek wstępny, którego niezaliczenie powoduje odrzucenie bez mrugnięcia okiem? No tak, nie chcesz przecież. To pedał sam wybrał i Cię zmusił.
W jakimś sensie, każdy człowiek wyraża miłość, pożądanie, uczucia, emocje i potrzeby, bliskości cielesnej i duchowej, na różne sposoby. Każdy na jakiś własny, unikalny kształt.
Jedni są romantyczni i wierni, inni łatwiej ulegają okazjom i pokusom. Jednych interesuje wyłącznie seks, inni chcą pełni związku uznanego przez otoczenie. Jednym potrzeba namiętnej, burzliwej relacji, inni chcą
dotrzymać celibatu w cichej, spokojnej parze więcej niż przyjaciół. Niektórym wystarcza samotność. Ale przecież
nie wszyscy są do niej powołani. Nie wszyscy są aseksualni, pozbawieni, wyzuci takich uczuć i potrzeb.
Niektórzy potrzebują miłości i
wsparcia. Połówki lub połówka i otoczenia. Ludzkiego, dodajmy. Ale nie wszystkim ostatecznie się udaje. Nie wszystkim przychodzi to szybko i
łatwo. Najczęściej związki potrzebują wiele wysiłku, cierpliwości i wzajemnej
życzliwości, gdy mija najgwałtowniejsze, pierwsze zakochanie. Jedni zaczynają od łóżka. Inni od neutralnych i przypadkowych spotkań, gestów, długo rozwijającej się znajomości. Tylko jedną osobę w życiu lub tylko nieliczne wyjątkowe, dopuszczą do własnej alkowy.
Czy pisałem to o osobach sparowanych: heteroseksualnie różnopłciowych, czy homoseksualnie jednopłciowych, obu to dotyczyło. W takich samych warunkach, osoby homoseksualne nie kochają inaczej niż heteroseksualne. Tylko zawsze warunki inne, tylko cierpliwość i chcenie różne, tylko otoczenie odmienne.
Owszem, odpada w obrębie dwóch osób homoseksualnych tej samej płci możliwość świadomego rodzicielstwa lub zaliczenia wpadki, gdy pomimo zabezpieczenia, wskutek głupoty lub gwałtu, potomstwo jest przypadkowo niechciane.
Owszem, łatwo zarzucić, że bez prokreacji seks nie ma sensu. Że bez dzieci, bliskość fizyczna jest zła. Jak to nie ma sensu, jak to jest zła? To przecież Ludzie mogą nadać, lub nie nadawać, seksualności jakiś sens. Dobrze, jeśli jest to wspólny sens. Może być to dziecko. Ale nie musi, nawet w heteroseksualnych małżeństwach. Czy to mężczyzna i kobieta, czy dwóch mężczyzn, czy dwie kobiety, żaden człowiek ani żadna para ludzi nigdy nie jest zbędna, niepotrzebna... a przynajmniej nie z tego powodu, że nie realizuje (bo nie chce lub nie może) funkcji prokreacyjnych.
To pary mogą, jeśli tylko chcą i wystarczająco konsekwentnie próbują, wykorzystywać tę wspaniałą sferę życia do cementowania czegoś dobrego, gdy dwoje różnych Ludzi, pomimo wielu rzeczy, które im przeszkadzają, które nie odpowiadają ich dawnym oczekiwaniom i ideałom, nagle próbują zbudować coś wspólnego, dobrego, pięknego. Jeśli tylko próbują, bardzo wielu się to udaje. Tylko wpierw muszą chcieć. Tylko wpierw ktoś lub coś musi ich do tego nakłonić. Także do przeskoczenia w prawną lub sakramentalną formę.
Nie bądź tym, który zachęca innych do życia bez sensu, z pominięciem innych ludzi, bez zobowiązań. Nie bądź tym, który odmawia i odbiera innym możliwość poświęcenia swojego życia innemu Człowiekowi, w najwspanialszej pełni tego, co może całym sobą oferować. Każdy jest niedoskonały, mniej lub bardziej, ale takiego lub taką siebie niektórzy pragną współdzielić z jednym wyjątkowym Człowiekiem.
Czy Ty wiesz lepiej, jak Ktoś będzie dobrze przeżywał swoje chwile? Czy zagwarantujesz, że BEZ miłości, czy to wespół duchowej i cielesnej, czy to tylko tej uczuciowej świadomie bez udziału ciał, czy to tylko tej fizycznej bez udziału serca, a może naprzemiennie jak wyjdzie — Ktoś inny (a nie Ty sam za Kogoś) doprawdy będzie dobrze wypełniał i przeżywał swoje życiowe losy i role?
Człowiek pozbawiony miłości i sensu życia wegetuje i umiera. Nie odbieraj miłości, gdy ktoś już wcześniej nie ma wystarczająco wszechogarniającego innego sensu życia.
Jakim prawem za kogoś chciałbyś oczekiwać, decydować i zmuszać, by był dobrym człowiekiem, dobrym uczniem, pracownikiem, nauczycielem, urzędnikiem, politykiem, sprzedawcą, artystą, robotnikiem, sąsiadem? Nie zmuszasz? To jakim prawem odmawiasz komuś prawa do bycia dobrym? Nie odmawiasz? Bo Ty nie potrzebujesz miłości, bo Ty możesz się bez niej obyć, bo Ty wolisz inaczej, bo bez uczuć i sfery intymnej WSZYSCY bez wyjątku (także Ty, także Twoi Rodzice) mogą żyć, realizować się, spełniać? Bo Ty jesteś w tym lepszy, najlepszy? Bo tylko Ty posiadasz monopol na mądrość i jedynie słuszne uczucia i namiętności?
Bo Ciebie do wielu rzeczy też zmuszono, też Ci zbyt dużo zakazano? Nie chciałeś się żenić, nie chciałaś wychodzić za mąż, ale Twoi Rodzice zmusili Cię do ślubu z kimś, kto nie był najlepszym wyborem, kogo nie kochasz? Może zmusili Cię do aborcji, a może do urodzenia niechcianego dziecka? Co gorsza, bo Tobie nie wolno było być homoseksualnym, to inni też nie mogą? A może ktoś Cię skrzywdził, zgwałcił, pobił, wykorzystał, oszukał, porzucił? Sam musiałeś stawić temu czoło, tak naprawdę nigdy się z tym nie pogodziłeś. Teraz jak gdyby nigdy nic, musisz pracować, uczyć się, mieszkać i chodzić tam, gdzie nie chcesz. Teraz Ty masz prawo oczekiwać od Kogoś gorszych poświęceń. Serio? Masz? Nie wszyscy muszą wszystko, nie wszystkim wolno. Dlaczego niby inni mieliby móc robić co chcą, kochać kogo i jak chcą.
Nie. Nie mówimy o dzieciach. Ani zwierzętach. Ani zwłokach. Ani prostytucji. Ani jednoczesnych stosunkach lub relacjach z wieloma ludźmi. Ani nawet malowaniu się i przebieraniu w sukienki. Nie poniżaj, nie wyśmiewaj, nie odbieraj godności. Nie myl. Geje i lesbijki nie są pedofilami. Nie są zoofilami. Nie sprzedają swojego ciała. Nie zdradzają i nie pozostają w wielokątach. Nie są transwestytami ani transseksualistami. Pomijając już samą absurdalność zestawiania różnych osób.
Istnienie mężczyzn, dla których sposobem osiągania satysfakcji seksualnej jest kontakt z małymi chłopcami, nie wyczerpuje kategorii płci męskiej. Do kategorii mężczyzn należą także tacy, którzy wolą małe dziewczynki, zwierzęta lub rozkładające się zwłoki, którzy czerpią zyski z własnego ciała lub płacą za ciało ulicznych prostytutek, którzy mają własne haremy, którzy każdą noc spędzają w innym kobiecym łóżku, którzy wolą to robić grupowo z wieloma naraz lub naprzemiennie, którzy robią to w damskich ciuszkach. Oczywiście, że zdecydowana większość mężczyzn woli dorosłą kobietę. W tej dorosłości, odpowiednio do własnej, w miarę dojrzewania. Ale także część mężczyzn woli jednego mężczyznę, dorosłego. I zupełnie nijak mają się do tego inne zjawiska tego świata, których nie należy mieszać. Ani zarzucać, że akceptacja jednego pociąga akceptację drugiego. Czy ktoś widział paradę zoofilów i nekrofilów, żądających ślubów ze zwierzętami i trupami? Ach tak. W cyrku różne rzeczy ze zwierzętami robią. W Halloween z wampirami i zombie też.
Wracając z Marsa na Ziemię. Niektórzy mężczyźni po prostu mają taką naturę, że z kobietą im wyjść nie może, a z innym mężczyzną, i owszem. Nie odrzucają żadnego aspektu takiej relacji. Aż tyle i tylko tyle. Bo czasem ludzie po prostu ze sobą są i nawet chcą być. Bo tak im w jakimś zakresie przyjemniej. Bo tak im w jakimś sensie łatwiej. Jakkolwiek, to uproszczenia. Bo nie każdy musi rozumieć miłość, odnaleźć własną i przyznawać, że miłość w ogóle istnieje. Ale przynajmniej niech nie odbiera tego innym. Tym bardziej, jeśli sam jest do niej niezdolny. Tym bardziej, jeśli większa cudza miłość nie umniejsza małości jego własnej. A może właśnie o to chodzi, że porównanie czasem zaboli. Spokojna głowa. Różnie bywa.
Geje także kochają, tworzą wieloletnie, monogamiczne związki. Osoby
heteroseksualne także są ze sobą długie lata bez formalizowania związku,
a ich małżeństwa też czasem się rozwodzą, czasem krzywdzą. Osoby homoseksualne też.
Wszystkie te negatywne,
ale i pozytywne wynalazki relacji międzyludzkich, nie są przecież
zastrzeżone dla określonej płci, jednej rasy, orientacji czy religii. Bez względu na płeć czy orientację, choćby dopatrywać się jakiejś większości, to przecież wszyscy jesteśmy różnorodni. Przyjmujemy różne postawy i oczekiwania. Jedni chcą seksu, inni związku, w różnych proporcjach i kolejności.
Czy jest coś moralnie złego w tym,
że jakiś Człowiek komuś się podoba, wywołuje
pozytywne emocje na widok, dźwięk, zapach, dotyk, samą myśl? Czy moralnie złe jest samo
odczuwanie, że cudze ciało jest atrakcyjne? Że dorósł do świadomości, że chciałby z Kimś być? Czy moralnie dobre jest
zakazywanie innym dojrzałym ludziom bycia szczęśliwymi w takich
cielesno-sercowo-sformalizowanych relacjach, jeśli tylko się nie
krzywdzą?
Serio zakazywać? Bo klasa społeczna nie ta, bo
profesja zawodowa nie ta, bo majątek nie dość wielki, bo kolor skóry nie
ten, bo brak różnicy płci niby nieuświęcony tradycją, bo to z wiochy a to z wielkiego
miasta, bo odległość zbyt duża, bo język ojczysty i narodowość inna, bo
religia lub niewiara różnią, bo rozwodnik albo dziewica, bo ma już
własne dzieci? A jeśli miłość wszystko i tak scala? Też zakazać? Zadecydować za nich?
Geje też mają prawo do szczęścia, samorealizacji. Nikt nie będzie narzucał, żeby wchodzili i trwali w relacjach z niewinnymi kobietami, za wszelką cenę wyniszczając się wzajemnie w
nieszczęśliwym związku, pod moralną presją, że to wina geja, że nie potrafił usatysfakcjonować siebie i kobiety w związku.
Dlaczego mieliby być obywatelami drugiej kategorii? Też mają wykształcenie, wiedzę, umiejętności. Też pracują, zarabiają, płacą podatki. Też mają własne rodziny, domy, samochody, pasje. Własne obowiązki, kłopoty i troski. Czasem tracą i poszukują pracę. Migrują. Miewają choroby i urlopy. Tak jak w relacjach między mężczyzną a kobietą, tak i relacje męsko-męskie lub kobieco-kobiece dzieją się pośród normalnego, nadzwyczajnie zwykłego życia.
Cóż począć, przecież to nie wina, wybór ani decyzja, że jest się
homoseksualnym. Nikt o zgodę nie pytał. Nikt nie zmieni, nie wyleczy, bo
to nie choroba. Homoseksualność powstaje najczęściej przed urodzeniem,
genetycznie lub hormonalnie. Potem się nie cofnie. Nie rozmyśli, jeśli dobrze rozpozna przed pochopnymi relacjami.
Seksualność nie jest zabawką. Nie powinno się podejmować aktywności seksualnej niezgodnej z własną orientacją dla wypróbowania lub z nudów. Tym nie mniej, niektórzy nie mają orientacji heteroseksualnej i też mają prawo do samorealizacji w miłości, darując swoje ciało i serce innej osobie, wzajemnie czerpiąc z cudzego ciała i serca. Tej samej płci. Ciała. Bo serce nie ma płci. Bo serca od ciała oddzielić się nie da. Ciało od serca można, choć różne są opinie. Ale różnica płci i tu nie czyni różnicy.
Nikt też nie narzuca, nie promuje, nie propaguje, nie epatuje. Tym nie można się zarazić, nabrać ochoty, zachęcić. Jak to dziś zasłyszałem,
promować to można kurczaki w supermarkecie, a nie homoseksualność. Różne są postawy, nie wszyscy geje rozbierają się i całują w miejscach publicznych. W przeciwieństwie do par męsko-damskich, które robią to z premedytacją. Nie? A że niby męsko-męskie lub damsko-damskie tak? Bo może wynika to z takiego samego naturalnego romantyzmu, bez względu na orientację? Bo czasem człowiek się po prostu zapomni?
I nie podniecaj się, Ty — męski macho na baby, już myślą jak to dwie lesbijki razem... bo się zjarasz, a cieknąca Ci ślina nie pomoże. To też homoseksualizm. Tylko że lesbijki Ciebie — faceta — sobie nie wyobrażają. Kto jest więc bardziej zboczony: ten, który czyni i myśli o jednej osobie (choćby tej samej płci), czy ten, który na hasło: pedał, musi sobie to wszystko wyobrażać, choćby (co oczywiste i w Jego przypadku naturalne, ale natura Niektórych jest różna) sam tak nie chciał czynić?
Dość.
Nie wstydź się kogoś, nie wstydź się siebie, nie zawstydzaj innych, skoro nie zasłużyli. Nie słuchaj transmisji sejmowych debat nad związkami partnerskimi. Nie uzależniaj własnej wartości od najbardziej nienawidzącego Cię człowieka, lecz od tego, który akceptuje, szanuje i kocha Cię najbardziej. I przede wszystkim, szanuj innych i siebie. Bez względu na orientację. Bo seksualna jest tylko z nazwy, ale nie wszystko do tego sprowadza się. Bo to tylko cząstka wspaniałego Człowieka, jeśli tylko nie zabronisz mu lub sobie takim w pełni sobą być. Jeśli tylko zechcesz go poznać lub pozwolisz dać się poznać. Polubić. Zaakceptować. Pokochać.
Jeśli jesteś tu pierwszy raz, przeczytaj jeszcze początek bloga. Kto by przypuszczał rok temu, jakie to wielkie rzeczy będę przeżywał za rok...
Sigur Rós, Heima z albumu DVD o tym samym tytule, 2007