24.02.2013

Oddech

Życie potrafi przytłaczać. Codzienność, obowiązki, brak czasu i pieniędzy, chorowanie, tragedie, brak bezpieczeństwa, kłótnie, frustracje, bezradność, niedostatek wiary, nadziei, miłości lub odwagi, niespełnione marzenia, niepewność… W domu, pracy, szkole, sklepie, w otoczeniu. Własne, cudze. Duszone w ciszy, wzajemnie podtrzymywane, rozsiewane wokół.

Wszyscy mamy jakieś problemy. Powiedzenie, że inni mają gorzej, albo też im coś innego dolega, nam pomaga na krótko. Nic dziwnego. Nieszczęściem cudzym szczęścia własnego nie zbudujemy. Choćby negatywne emocje twierdziły inaczej.

Czy faktycznie o szczęście chodzi?

Przecież zaledwie do niego dążymy. W ciągu życia, różnie bywało, jest i będzie. Zawsze jest jakieś „ale”. Dla wierzących, pełne szczęście osiągniemy dopiero po śmierci. Niektórzy dodadzą, że dopiero po odpokutowaniu grzechów.

Czy wierzymy czy nie, jak jednak dobrze żyć już tutaj i teraz? Przecież większość z nas czeka jeszcze trochę lat życia. Zamiast się męczyć, niemal wszyscy chcemy możliwie szczęśliwie ułożyć sobie życie. Znacznej części się to udaje.

W byciu szczęśliwym, w poszukiwaniu i dążeniu do szczęścia, nie ma przecież nic złego. Budujemy materialne i duchowe dobrobyty dla siebie, własnych rodzin, naszego ludzkiego otoczenia i potomnych pokoleń. Całego świata nie zbawimy, ale jakiś fragment świata, naszego i cudzego, chcielibyśmy ułożyć po swojemu.

Owszem, definiując swoje szczęście lub uzurpując definicję cudzego szczęścia, możemy się pomylić, źle je rozpoznać albo dobrać szkodliwe lub neutralnie nieskuteczne narzędzia. My sami oraz nasze ludzkie (i anielskie) otoczenia zweryfikują jednak z czasem tak cel, jak środki.

Można zarażać szczęściem, jeśli faktycznie o czyjeś szczęście tu chodzi. Jednakże, wmawiać siłą coś komuś jako jego własne szczęście, lecz nie tak, jak je ktoś rozumie i pragnie, lecz tak, jak my je pojmujemy, byłoby co najmniej nierozsądne, jeśli nie krzywdzące. Możemy próbować dialogu i motywowania, ale jeśli nie widzimy efektów lub co gorsza wprowadzamy tym komuś większy chaos, trzeba być czujnym i albo zmienić sposób oddziaływania, albo porzucić dotychczasowo postrzegany cel. Inaczej dobrymi chęciami odbieralibyśmy komuś godność i sens życia, jak to się dziś często dzieje.

Nie bójmy się natomiast wyznaczać i próbować własnego szczęścia. Mamy do tego prawo, możemy o to zabiegać. Nic od razu ani samo za nas się nie dzieje, wszystko jest procesem, wymaga jakiegoś wysiłku. Raz pod górkę, raz z górki, raz niziną, raz szczytem. W różnych proporcjach i zakresie. Tak po prostu jest, tak ma być. Obrażanie się na świat, los, Ludzi, Boga, nic tu nie pomoże.

Niektórzy nie potrafią być szczęśliwi. Tak im się wydaje, tak wmawiają sobie, innym. Chcieliby od razu, bez przygotowania, bez wiedzy i prób, bez cierpliwości, żeby się po prostu już stało, zadziało i skończyło, co by stanu zmienić nie zdążyło. Nie chcą wszystkiego, ale czegoś konkretnego, dla siebie upatrzonego. Wydaje im się, że chociażby do tego jednego upatrzonego celu mają prawo, a wszyscy wokół obowiązek, by natychmiast się stało. A tu nic się nie dzieje lub nie tak, jak chcą.

Pochłanianie wiedzy nie przynosi oczekiwanych ocen. Pracy nie ma, a jeśli jest, to nie taka jak chcemy lub bez potrzebnych pieniędzy. Relacje z jakimś człowiekiem mimo naszych prób nie wychodzą najlepiej. Bóg nie wysłuchuje modlitw. Po co więc się uczyć, szukać pracy i pracować, nastawiać drugi policzek i kochać, lubić, szanować, modlić się?

Tak wiele rzeczy składa się na poczucie bycia szczęśliwym. A jedna rzecz potrafi zaćmić wszystkie szczęścia jednym drobnym nieszczęściem. Dlaczego nie potrafimy się cieszyć tym, co mamy, rozpaczając za czymś, czego (jeszcze) nie ma? Dlaczego nie potrafimy, ba, nawet nie chcemy, nie próbujemy dążyć do tego, by to zmienić?

Życie jest czymś przejściowym. Czymś, co przemija. Potrafi zacząć i skończyć się w sekundę, ale nim to się stanie, to będzie się trochę działo. Mamy na to wpływ. Całe życie w jakimś sensie jest procesem, zmianą, przemianą. Ślepo i nieświadomie spokojnym osiągniętego szczęścia być nie warto, ale też nie należy popadać w niepokój, bo ilekroć, kiedykolwiek i cokolwiek się (nie) stanie, przecież powracać będziemy do zaktualizowanego szczęścia. Wpierw tak samo nie warto poddawać się, bo przecież dopniemy swego.

Co zrobić, gdy w tym całym swoim nieszczęściu nie tylko nie widzimy szczęścia, nie tylko się nam nie udaje, ale i wydaje się nam, że już nie potrafimy jego szukać, a nawet nie potrafimy być szczęśliwi?

Być może, trzeba wziąć oddech.

Oddech dziecka przychodzącego na świat. Oddech wtłoczony w płuca przez ratownika metodą usta-usta dla ratowania życia. Oddech pochłaniający powietrze z drzew, kwiatów, owoców czy perfum. Oddech ukochanej osoby odczuwany na własnej skórze. Oddech dla siebie i kogoś, od siebie, kogoś, czegoś. Jeden, drugi, trzeci, kolejny.

Jeśli coś nie działa, nie wychodzi, nie udaje się; albo boimy się, że mogłoby nie działać lub nie jesteśmy pewni, czy (za)działa; jeśli mamy mętlik w głowie ― może czasem spróbujmy dać odetchnąć i pooddychać. Daj pooddychać komuś, daj pooddychać sobie. Od czegoś, od kogoś, od siebie. Skup się spokojnie, wsłuchaj się milcząc, poczekaj, przeczekaj, wytrzymaj, zatrzymaj. Ale nie porzucaj, nie szukaj gdzie indziej ani innych osób. Być może obrane cele i środki, geograficzne i ludzkie otoczenia, z małymi poprawkami, przyniosą w dłuższej perspektywie szczęście.

Tylko pozwól jej zaistnieć. Nie bój się zmian. Nie bój się ponawiać prób. Nie bój się czekać. Nie bój się ufać. Czasem tak też trzeba, jeśli nie częściej. Bo życie jest rzeką, która płynie, a nie spokojną taflą w szklance wody. Czymże są pojedyncze pozorne porażki, pozornie stracony czas, zawiedzione nadzieje i zaufanie ― wobec możliwości, perspektyw i szczęścia, jakie mogą przynieść, wobec czasu dalszego życia. Nie ma nic nieulotnego i łatwego, ale czy nie warto podejmować i ryzykować zmiany, próby, czasu i zaufania, by czynić wszystko, by szczęście czasem osiągać, by było możliw(i)e jak najdłużej? Nikt z nas nie wie, czy i ile uda się nam osiągnąć, póki nie spróbuje.

Bo przecież nic nie musisz. Jeśli w ogóle, to możesz móc, jeśli wyjdzie; możesz chcieć. To wtedy się udaje. Gdy będziesz musiał być szczęśliwy, to tego nie osiągniesz. Nie musiej. Módz (chciej).

Zaufanie, cierpliwość, wytrwałość, zmiana. W różnej kolejności i stopniu. Koła pojazdu wiozącego do wielu różnych szczęść, za każdym razem i od nowa. I oddech, by to wszystko rozpocząć.




Thomas Fiss, Breathe z albumu Chasing Satellites, 2012




Kodaline, High Hopes z albumu o tym samym tytule, 2012




Billy Joel, And So It Goes z albumu Storm Front, 1989




Mumford & Sons, Lover Of The Light z albumu Babel, 2012

12 komentarzy:

  1. Brak szczescia to nie zawsze brak checi, staran, lenistwo, czy marzenia nie poparte ciezka praca. Na to skladaja sie rowniez inne uwarunkowania, jak otoczenie, w ktorym przyszlo zyc, rodzina, w ktorej przyszlo sie na swiat lub ktora sie pozniej samemu zalozylo. To nie takie proste, ze wytrwaloscia i praca ludzie sie bogaca (i mam na mysli nie tylko wymierne bogactwo, rowniez to duchowe).
    Ja wychodze z zalozenia, ze szczescie, niechby i maly jego lut, jest nam albo podarowane juz przy narodzinach, albo nie doswiadczymy go nigdy, bez wzgledu na starania i wysilek wlozony w jego wykreowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym zaś tego szczęścia tak wszechogarniająco nie definiował. Zawsze może być coś, z powodu czego cierpimy. Ale po pierwsze zawsze wtedy należy pamiętać i dostrzegać te szczęścia, które istnieją. Po drugie zaś, nie popadać w marazm i prokrastynację, że zmiany i dążenie do szczęścia są nie dla nas. Nie wszystko można zmienić, zgoda. Ale należy próbować zmienić to, co można. I tamymi słowami chciałem Kogoś konkretnego, a i nie tylko, zmotywować. Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Mateuszu, myślę że wymagasz rzeczy niemożliwych. Proponujesz wziąć oddech - tak jak oddech dziecka przychodzącego na świat lub oddech wtłoczony w płuca przez ratownika metodą usta-usta dla ratowania życia. Porównanie piękne ale... to są oddechy, niezależne od naszego umysłu. Oddech dziecka przychodzącego na świat jest odruchem bezwarunkowym. Oddech wtłaczany przez ratownika, dzieje się bez udziału naszej świadomości. Oba przypadki mają fundamentalne znaczenie dla naszego życia, ale to nie my decydujemy o ich zajściu. Czy jesteś świadomy tego, że niekiedy człowiek sam tego życiodajnego oddechu nie jest w stanie zaczerpnąć? Nie jest nawet sam w stanie zawołać o pomoc. Zadać sobie myślę należy pytanie, czy na świecie jest wystarczająca liczba ratowników gotowych wtłaczać oddechy życia, tym którzy sami swego życia uratować nie potrafią. Czy sami potrafimy stać się takimi ratownikami i czy potrafimy ludzi potrzebujących pomocy dojrzeć. I wreszcie, czy tej pomocy potrafimy udzielić właściwie? W takich przypadkach pomoc nie powinna się ograniczać do dobrego słowa. Działanie powinno być zdecydowane i przynosić długotrwałe efekty.
    Pozdrawiam,
    Grzegorz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem świadomy, że ja sam nic nie mogę, nawet najbardziej wyświechtane i puste słowa nie pomogą, nawet ponadludzki wysiłek w działaniu nie pomoże, jeśli ktoś nie pozwala sobie pomóc i działa przeciwko osobom próbującym pomóc. Ratownik idealny? Powodzenia w użalaniu się, że taki jeszcze nie znalazł. Jestem tylko niedoskonałym człowiekiem. Mówię, działam, niedoskonale. Jeśli szkodzę, usuwam się w cień i sam biorę oddech, daję spokój cudzym nadziejom. Przykro mi, że myślałeś, że czegokolwiek wymagam. Chciej od siebie, nie ode mnie.

      Odpozdrawiam.

      Usuń
  3. Przeczytałem i odebrałem to jednak jak ślizganie się i po temacie i po wytartych już dawno dawno próbach. Bardzo to osobiste, samotne i puste poszukiwanie szczęścia. Szukaj więzi z innymi ludźmi, przeglądaj się nie w lustrze, a w oczach innych, znajdź ciszę, ale w zgiełku ulicy, zawierz Uniwersalnej Zasadzie Wszechświata i idź naprzód - tak to moim zdaniem się odbywa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę się użalać albo iść do przodu. Mogę wysłuchiwać czyichś żali, jaki to ktoś jest beznadziejny i nic nie potrafi, albo zagadać je na śmierć takimi głupimi tekstami. Trudno, na nic innego mnie nie stać. Od biernego słuchania żali i mnie dosięga depresja. Dodam, cierpliwego i spokojnego wysłuchiwania wiele razy. Przy mojej empatii wytrzymałość na cudze nieszczęście też ma granice.

      Usuń
  4. Ze szczęściem rzecz ma się podobnie jak z miłością. Przez całe lata upajałem się kolekcjonowaniem różnych jego definicji. Sam też stworzyłem kilkadziesiąt bardzo efektownych. To wszystko były definicje cząstkowe, po których, niczym po szczeblach drabiny, doszedłem do tej ostatecznej: szczęście to stan, w którym czujesz się absolutnie bezpiecznie; nie musisz z trwogą rozmyślać, co przyniesie jutro. Żeby osiągnąć taki stan, musisz mieć swoją opokę - człowieka lub kilkoro ludzi, którzy mimo zmiennych kolei losu nigdy się nie zmieniają, tzn. ich stosunek do ciebie w kwestiach zasadniczych nie podlega zmianom. Śpiewa o tym Sade w piosence ze swojej płyty "Lover's rock". Nieszczęście jest odwrotnością tego stanu: mniej lub bardziej przypadkowi ludzie zmieniają się w twoim życiu jak w kalejdoskopie, a ty czujesz się coraz bardziej osamotniony i wyalienowany. Nieszczęście to świadomość, że nie masz żadnej kontroli nad swoim życiem - staje się ono twoim wrogiem.
    Filip

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że dojście do takiej definicji zajęło Ci tak dużo czasu i poświęceń, ale chwała Ci za podzielenie się nią. Dobrze napisane.

      Usuń
  5. Właśnie dzisiaj dużo rzeczy zaczęło się w moim życiu walić. Szczęście... Tylko dla niego żyję, ale na razie w moim życiu go brak. Nie wiem, czy kiedyś do mnie przyjdzie - to co wyżej napisała Pantera... To jest chyba prawda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczęście to nie wieczysty orgazm, by je dostrzec, po drodze trzeba się nieźle natrudzić... czego Ci życzę. Pozdrawiam :)

      Usuń
  6. Samo dazenie do szczescia juz moze stanowic male szczescie. Fakt - jego definicja jest dla kazdego czlowieka inna, malo tego, w kazdym okresie zycia moze byc inna dla tego samego czlowieka. A dazenie do szcescia czlowieka niewierzacego bywa bardzo intensywne - ot - trzeba zyc pelnia zycia - pelna piersia oddychac - wlasnie dlatego, ze to tylko raz, ze to przemijajace bezpowrotnie. I stymuluje do pokonywania problemow.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dążenie do szczęścia człowieka wierzącego może być równie intensywne. Grunt, by tym dążeniem uniemożliwić możliwie mało innych szczęść, jakie mogłyby przyjść później.

      Usuń